lekkość i cień

Jestem mamą, więc jak wiele mam,
wędruję latami za rękę z córkami,
z wielkimi torbami
TAM.

To niechcący ten rym:)

Teraz już chodzę TAM, czyli do biblioteki tylko z Nusią i Lalcią. One buszują w poszukiwaniu swoich smaczków, a ja czasem skuszę się na wiersze. Lubię wierszyki Doroty Gellner. Tajemnicze, pełne lśnień, zwiewne i bawiące się słowem. Czytam je wciąż na nowo i na nowo. Jakbym piła lemoniadę w upalny dzień.

Ostatnio znów wróciłam do domu z kolorowym tomikiem wierszy dla dzieci. Usiadłam na patio, podniosłam okładkę jak się odsłania wieko skrzyni i… zanurzyłam się w piękny świat.

A potem… znalazłam stary zeszyt Laurci ( był do matematyki brrr), kawałek długopisu i zaczęłam pisać.
Wierszyk o angielskiej filiżance, i o stoliku okrągłym, i o hamaku, i o drodze za sadem, i o lawendzie, i ten…

siedzę sobie na leżaku
wiatr szeleści obok w krzaku
siedzę sobie, słońce świeci
łapie moje myśli w sieci
złotych blasków, lśnień i drżeń
a za krzakiem drzemie cień
jak kot szary mruczy sobie

a ja blaski nadal łowię
w myśli, włosy
krople złote
sprawią, że cień będzie kotem

niczym więcej
niczym mniej

kot za krzakiem,
żaden cień

– Lekko – mówi z kocim uśmiechem moja córka najstarsza, gdy wieczorem czytam jej moje wierszyki przedpołudniowe.
Nagle uśmiech koci zmienia się w podkówkę.
– Ja tak nie umiem. Nie umiem lekko. Moje wiersze są takie ciężkie.- skarży się.

Patrzę na to moje dziecię.
Stoi na progu życia. Ja też kiedyś taka byłam. Wystraszona młoda kobieta. Tylu rzeczy się bałam. Że nie wybiorę dobrze drogi. Że nie znajdę miłości prawdziwej. Że nie będę miała dzieci. Że nie poradzę sobie z tą olbrzymią przestrzenią przede mną, którą zwą życiem. Albo że umrę młodo. Bałam się, że koleje losu zmiażdżą mnie, stłamszą i oderwą mi skrzydła. I że na koniec zgubię się i sobie i Bogu. Moje wiersze wtedy były ciężkie, wszystkie na zatrzymanych oddechu.

Żadna z obaw nie ziściła się, więc wyspokojniałam trochę.

Siedzę na drewnianym progu, jem zupę i rozmawiam z kotem.

Martwię się czasem. Głównie o moje dzieci. O ich los w tym coraz dziwniejszym świecie. O ich dorosłość, wybory małe i duże.

A wtedy głos w sercu mówi:

„To kolejny etap życia. Przejdziesz go Rut tak samo dobrze, jak poprzednie. Wsparta o Mnie”

Serce staje się lekkie jak motyl.
A cienie?

zmieniają się w koty.

przypowieść o szopce na drewno

Moja koleżanka opowiada mi o sporze, jaki jej rodzina prowadzi z kuzynami.
Spór toczy się o starą szopkę na drewno. Proces ciągnie się już dziesięć lat. Szala przechyla się raz na jedną raz na drugą stronę. Jedna – chce wyburzenia szopki, druga – nie. Obie strony uparcie odwołują się na przemian od wyroku.
– I to wszystko za pieniądze podatników – dodaje znajoma – Też za wasze Rut.
Słucham i nie wiem co powiedzieć, gdy ona uzasadnia racje swojej rodziny.
– Tak w zasadzie to ta szopa i tak do niczego nie jest nam już potrzebna – przyznaje na końcu – ale mój brat postawił sobie za punkt honoru, by wygrać ten proces.

Nic nie mówię.
Czuję się tak, jakby ktoś mnie uderzył tępym narzędziem w głowę.
Myślę o tym dnia następnego i kolejnego. Myślę o tym w nocy.
Wiem przecież, że to nie jest odosobniony przypadek i że wielu z nas żyje w takiej konwencji.
Walczymy o coś, co nie jest nam potrzebne i nazywamy to honorem. Gryziemy się i szarpiemy walcząc o bezużyteczne rzeczy. I nazywamy to prawem. Sprawiedliwość jest tylko wtedy sprawiedliwa jeśli nie dosięga nas.

Nagle w moim sercu budzi się obraz sprzed kilku miesięcy. Wypchnięty już mocno z pamięci.
Miałam ostatniej jesieni w dowód uznania dostać list gratulacyjny. Jednak na skutek pomyłki list został wypisany na inne nazwisko i wręczony mojej koleżance. Zdałam sobie z tego sprawę już po uroczystości. Uśmiechałam się i gratulowałam jej, choć myśl o „utracie” paliła żywym ogniem.
– Pamiętasz to wydarzenie Rut? – odezwał się głos w sercu – To była kartka papieru. Dlaczego tak cię zabolało, że jej nie dostałaś? Co byś zrobiła z tym listem uznania po powrocie do domu?
– Włożyłabym do tego pudełka i wsunęła pod łóżko.
– I zapomniałabyś o tym Rut.
– Tak. Zapomniałabym.
– Widziałaś jaka ona była zaskoczona i szczęśliwa ?
– Widziałam.
– Po co ci śmieci Rut? Czy ktokolwiek odczuwa ból po utracie śmieci? Nie oceniaj tych, którzy walczą o szopę na drewno. Ty, która cierpiałaś po stracie skrawka papieru.

Wtedy wszystko we mnie ucichło. Gorycz, rozczarowanie, osądzanie.
Stanąć w prawdzie to stanąć naprzeciwko lustra i spojrzeć sobie w oczy.
Zrozumieć, że każdy z nas jest jak morze – ma swoje głębie i… ma swoje płycizny.
Każdy z nas.

Nie jestem inna.

„O sobie na piedestale myśl z czują pogardą” (x. J. Szymik)

balkon

Pelargonie w różnych odcieniach różu i czerwieni uśmiechają się do mnie na zielonym balkonie. Z talerzyka w chińskie smoki uśmiecha się kawałek malinowej chmurki. To ciasto na cześć powrotu Alusi z obozu harcerskiego.
Dwa dni się z nim bawiłam, ale wszyscy zgodnie wczoraj orzekli, że warto było.

Jest poranek.
Cichy, wiejski, przetykany strumieniem ptasich treli i zdobny w szum drzew. Jeden z tych poranków – głębszych oddechów, które następują zaraz po letnich upałach i złamaniu pogody. Ciepły, ale tą przyjemną ciepłotą ludzkiego ciała.
„Tylko patrzeć – myślę – jak w wiatr wplecie się zapach jesieni”.
Wciągam powietrze w płuca.
Nie, jeszcze nie.
Wkładam kolejny kawałek ciasta do ust. Cztery warstwy: chrupiąca kruchego ciasta, giętka malinowej galaretki z owocami, kremowa ze śmietany, a zaraz po niej słodka pianka bezy. Wszystkie żywioły świata przenikają się w jednym małym kawałku ciasta.

Patrzę w głąb domu.
Stamtąd przyszłam. Po świerkowych błyszczących deskach, sunąc dłonią po drewnianej poręczy. Przeszłam po wszystkich pokojach, uchyliłam dzieciom drzwi i okna. Mój niemal codzienny rytuał.
Przemknęłam jak duch po całym poddaszu ( jeśli duchy kiedykolwiek zakładają czerwone szlafroki:),zarejestrowałam kratkę pełną obozowego prania, przesunęłam czule wzrokiem po odkrytych plecach syna, po śniadym ramieniu starszej córki, zbadałam wzrokiem zwinięty kłębuszek córki najmłodszej uśpionej jak kot i jak kot czujnej. Nie ma jeszcze tylko jednego dziecka.
Hania wciąż w lesie na innym obozie, też harcerskim.
Ale w niedzielę będzie już komplet. Dom się wypełni po brzegi.
A potem…
Wybiegam nagle myślą do października. Jeśli Ala dostanie się na studia…
Wybiegam myślą jeszcze dalej. Za dwa lata… Za cztery…
Nieuniknioność odlotów nie przemawia do głupiego serca.
Oswajanie tej myśli trwa we mnie już jakiś czas. Nie będę zaskoczona.
Lecz nie o zaskoczenie wszak chodzi. I nie o logikę.

Na balkon zakrada się Lalcia w długiej różowej koszulinie z podobizną Kopciuszka.
– Bogumił, Bogumił – szepcze z figlarnym uśmiechem, zezując na uchylone drzwi pokoju starej siostry.
Uśmiecham się wspominając wczorajsze zwierzenia Alusiowe. Leżałyśmy we trzy na wielkim hamaku, chrupałyśmy miętówki i słuchałyśmy obozowych opowieści.
Bogumił był w nich jedną z pierwszoplanowych postaci:)

„Jak to szybko zleciało” – myślę – Jeszcze parę lat i zostanę babcią Rut”.

Mężulek jakiś tydzień temu zaczął pompejankę w intencji… dobrego męża dla naszej pierworodnej.
– Co najmniej tak dobrego jak ja – zaśmiał się.
– No tak. – przyznałam – Bo ty też jesteś wymodlony. Latami cię wymadlałam.

Wiatr szumi w igłach sosny na potwierdzenie. Pelargonie mienią się feerią barw. Wdzięczność rozlewa się w sercu ukrytym za czerwoną połą szlafroka.
Wkładam ostatni kawałek ciasta do ust.

Wszystko jest jak miało być. Wszystko będzie jak być powinno.
Choć nie my to wszystko zaplanowaliśmy.
A może właśnie… dzięki temu.

Patrzę w głąb Domu.
STAMTĄD przyszłam.

szukanie drogi

Czasem zdarzają się dni pochmurne, wietrzne i zimne. Czasem deszcz zacina i wiatr szarpie połami płaszcza, zrywa kaptur z głowy, a w oczy sypnie piaskiem.

Nie masz ochoty absolutnie na nic. Położyłbyś się spać i przeczekał to wszystko: grafitowe niebo, łzy deszczu na oknach i wycie wiatru w kominie.
Zbierasz się jednak na odwagę innego wyjścia z sytuacji. Opatulasz się ciepło, zakładasz kalosze, ręce wbijasz kieszenie i wychodzisz skrzypiąc sosnowymi drzwiami.
To prawie heroizm, ale…
… pamiętasz, że nie raz i nie dwa to się udało. Że wychodząc naprzeciw wichrom i niepogodzie, wygrałeś z nimi.
I z samym sobą.
A to niełatwe zwycięstwa.

Idziesz na początku wlokąc noga za nogą, krople dżdżu przyklejają się do butów, rzęs i myśli.
Ale się nie poddajesz.
Kładziesz się na wilgotnym hamaku i obserwujesz jak wiatr nad tobą wykręca ręce sosnom i szarpie włosy brzozie. Myślisz: „A jeśli ta gałąź zaraz spadnie?”

Nie dajesz odpowiedzi. Wstajesz. Idziesz dalej.
Coraz bardziej w głąb niepogodny. Tej na zewnątrz i tej w tobie.
Wiesz, że prędzej czy później dojdziesz do tej linii. Przekroczysz ją. Oddech stanie się lżejszy, promień blasku przeszyje szaro utkaną myśl.

Pamiętasz.
Tak było nie raz i nie dwa.
Nie masz pewności czy i tym razem… A jednak idziesz.

krople rosy

Przedzierasz się pod gałęziami obrzmiałymi deszczem. Krople osypują się na ciebie zimną kaskadą. Coś pachnie gorzko roztarte twoimi krokami. Jakieś zioło.
Otwierasz bramkę. Jest zamknięta na haczyk z drutu. Stawia opór. Wymykasz się przez wąską szczelinę.
A za nią droga wciąż ta sama. Pamiętasz ją z dzieciństwa. Szukasz patyka i kucasz. Rysujesz na drodze. Najlepiej rysuje się po deszczu. To też pamiętasz.
Domek z okienkiem, kominem. Do domku droga. Ile razy już to rysowałeś w swoim życiu?

Podnosisz wzrok. Oba brzegi drogi zanurzone w błękicie.

Znów jesteś dzieckiem.
– Tylko gdy jest pochmurno, cykoria otwiera kwiaty tak szeroko. – myślisz.

Promień przeszywa ci serce. Powietrze wypełnia płuca. Światło – myśli.

Znowu się udało.

Zapamiętasz.

„Nie obawiaj się mroku. On ma swoje granice.”

polszczyzna

Wakacje.
Zaczęły się wędrówki ludów.

Od sms-ów więdną linie. Ustalenia telefoniczne i przez komuniktory. Jakby się tu wstrzelić w termin? Kto? Kiedy? Gdzie przenocować? Ala i Nusia na harcerskich obozach. Wracają w połowie miesiąca. W międzyczasie odwiedzić dziadków choć na 3 dni, w jakiś weekend wyrwać się do Kurek do stolicy? Tylko w który weekend? A przecież do Maxa nad morze się wybieramy, w końcu jego świeżo-nabyte mieszkanie obejrzymy. Ewa przyjedzie. Kawusiowa w sierpniu. Monia pisze w nocy: „Przyjedź jutro”. Wróciła z tygodniowych wakacji w Egipcie, z których gro czasu spędziła w wc. Mimo bimbru swojaka, który przemyciła jako lekarstwo:)
Kora pakuje pudła i wysyła do domu kurierem. Rzuca pracę i wyjeżdża na kilka miesięcy do Ameryki Południowej. Po co? – nikt nie wie. Im niebezpieczniejszy rejon świata, tym bardziej ją tam ciągnie. Zanim jednak wyruszy, przyjedzie do nas na chwilę. Z dronem pod pachą, którym filmuje nasze siedlisko i okoliczne pola i lasy.
Rwą się linie.
– Nie, jednak teraz nie mogę przyjechać.
– Może w następny weekend.
– 13tego nam bardzo pasuje.
– Jakoś to dogramy.

Nawet szkoda w kalendarz zapisywać, bo sytuacja z minuty na minutę się zmienia i jak koń dziki ponosi w inną stronę.
Przyjeżdża Amelka z rodziną. Dzieciaki biegają. Kawkę na patio pijemy. Late – nasza kotka śpi przy nogach.

– Ej – budzę dziś rano mego męża nagle olśniona – A kim jest dla ciebie Robi?
Robi to mąż Amelii – rudy, brodaty, do wikinga podobny.
– Nooo – przeciąga się mężulek – Szwagrem? – pyta.
– Nie. Nie może być szwagrem. Szwagrem jest dla ciebie mój brat, Max na przykład. Robi nie może być szwagrem – drążę bez miłosierdzia przed siódmą rano.
Mąż opiera się na łokciu i sięga po komórkę. Stary niezawodny dziadek Internet.
– Wpisz tak – podpowiadam – „Kim są dla siebie mężowie sióstr?”
Wyszukiwanie trwa trochę, ale…

– Mam!!! – krzyczy Miś i nagle wybucha śmiechem – Nigdy nie zgadniesz.
– Daj, pokaż. – proszę.
– Mąż szwagierki to : PASZENOG!!!
– Nie żartuj. – wyciągam rękę po komórkę.
– Tak. Zapożyczenie z języka awarskiego.

Chichoczemy oboje..
– Ty i Robi jesteście PASZENOGAMI. Od dzisiaj tak do siebie mówicie: „drogi paszenogu”.

– Słuchaj – przerywa – A żona brata męża to JĄTREW.

– Czyli Basia jest dla mnie jątrwą. A może jątrewą? Wiesz: to brzmi jak nazwy tych dzikich stworzeń, które zabija Wiedźmin. Paszenog i Jątrew.

Akurat jestem na bieżąco , bo po latach odświeżam sobie lekturę Sapkowskiego.

I tak to letnim porankiem znów przekonaliśmy się, że podróże kształcą. Nawet te, których jeszcze na dobre nie zaczęliśmy.

Ba, nawet takie, które za nas zaczęli inni.

Wystarczy jedna kawa wypita na tarasie z paszenogiem:)

w poszukiwaniu szafirów

„Zobacz. Znalazłam patery Babci Niebieskiej” – piszę do Anett – „Piękne jak klejnoty. Jakby kawałki witraża wypadły Bogu z nieba”.

„Mam drobiazgi, które do nich pasują” – odpisuje przyjaciółka – „Znalazłam je dziś na wystawce przy śmietniku”

I do tego wszystkiego motyl, który fruwa codziennie wokół naszego domu.
– Mamo, mamo – krzyczy Lalcia – poleciał na górę, idę go złapać!!!

Niestety skrzydełko ucierpiało podczas gonitwy:)

Gdy na niego spojrzysz z jednej strony, wydaje się niepozorny, brązowo-beżowy. Lecz gdy popatrzysz pod odpowiednim kątem i czasem jeszcze zmrużysz oczy, dostrzeżesz cud zmiany koloru na zupełnie nieziemski.

I trzykrotka wirginijska…

Jej kolor wydaje się być żywy, oddychać, płonąć. Wpatruję się jak zauroczona w jej trójpłatkowe kwiaty.
– To niemożliwe, by ten kolor mógł być piękniejszy w niebie – mówię mężowi podczas popołudniowej przechadzki.

A to bratek, który sam się wysiał u podnóża naszego tarasu. Szafir pomiędzy betonowymi płytami. Żyjący dowód na to, że można rosnąć i kwitnąć wbrew przeciwnościom losu.

I Matka nad tym wszystkim. Też szafirowa.

Każdego szafirowego ranka recytuję cicho starą pieśń: „Witaj Gwiazdo Morza, wielka Matko Boga, Panno zawsze czysta, bramo niebios błoga…”

Bo przecież każdego ranka wypływam w szafirowy rejs.

A Ona się uśmiecha spod leszczynowego krzewu do mojej kruchej łódki.

głębia niewiedzy

Umiem odróżnić dudka po głosie
Kowalika po sposobie schodzenia po drzewie
Wyczuć chorobę krzewu w innym odcieniu liści
Przewidzieć pojawienie się tęczy
Rozpoznać gatunki wielu roślin po pierwszym kiełku na wiosnę
Infekcję dziecka po jego zachowaniu
Własną alergię na mandarynki
Rozpoznaję wrzątek po bulgotaniu czajnika
Dobrą książkę po tekście z samego jej środka, bo początek i koniec zawsze się retuszuje i dopieszcza
Rozróżniam tysiące zapachów: kwiatów, trawy, deszczu, ziemi, sosen, piołunu, octu, miodu, mojego męża…

Umiem też odróżnić obłudę spływającą po twarzy w anielskim uśmiechu
Ból czający się w oczach i wołający o ratunek, choć usta się śmieją
Zalążki karierowicza bez skrupułów w 12-letnim dziecku
Nieszczerość, która plącze się w falbanach tłumaczeń
Zazdrość zieloną na twarzy
Umiem przewidzieć kiełkującą świętość
Wyłuskać orzech mądrości z twardej skorupy zdarzeń
Dostrzec proroka i mędrca w plew stercie
Łowić drobne gesty czułości i żywić się nimi długo
Odróżnić zwykłą ułomność od zła z premedytacją
I synogarlicę po białym sierpie na szyi
….
Tyle rzeczy wiem , tyle umiem, tyle odgadłam, nauczyłam się, przeczułam. Tyle się dowiem jeszcze nim dojdę do horyzontu.

Sama dla siebie jestem jedną z największych tajemnic i nie potrafię powiedzieć jak się zakończy moja historia.

Kojąca jest myśl, że Ktoś ZNA.
Że Ktoś WIE.
Przenika do głębi każdy nurt.
Zna liczbę gwiazd na niebie i włosów na mojej głowie.

przed

Czasem czuję bunt.
– Chciałabym choć raz na kilka lat wmieszać się w tłum i być zwykłym wiernym, który idzie za monstrancją, może niezauważenie zapłakać ze wzruszenia, pomodlić się w skupieniu… – skarżę się mężowi, zakładając sandały na nogi.

Tak. Buty muszą być wygodne jeśli część trasy procesji musisz przejść tyłem.

Moja koleżanka zakonnica sypie kwiatki z gromadką białych jak puch dmuchawca dziewczynek. Też idzie tyłem.
„ Święty, święty, święty… – recytuje monotonnie, nadając tempo. Kolega ksiądz biegnie w poszumie długiej alby zapalić świece na kolejnym z ołtarzy. Chórzystki w czarnych sukienkach suną rządkiem za nim. Zanim nadejdzie On, trzeba szyk uformować i pieśń zacząć. Kościelny poprawia przechylone kwiaty w wazonie, które wiatr potargał.
Trzeba poduszek przypilnować, szarfy rozplątywać, szyk uformować i tempo dostosować.
Wszystko musi być jak trzeba, bo Król idzie.

Jestem wśród nich.
Wśród tych sług, którzy jako porządkowi i funkcyjni podążają przed Jezusem. Którzy nie mają czasu na rozważania dogłębne, zamyślenia ani łzy.
I czasem czuję bunt, bo chciałabym „pójść za Nim” – dosłownie.
Kilka razy tylko uchwyciłam wczoraj Jego spojrzenie ponad główkami w białych wiankach, spoza opadającego kolorowego konfetti płatków kwiatów, w furkocie wstążek, łopocie skrzydeł sztandarów.
– Umiłowany mój – poskarżyłam się cicho.

Bo taki smutek mnie ogarnął, że nie idę za Nim, że moje myśli nie zanurzone w Nim, lecz pogrążone w prozie banalnych spraw.
„Chłopcy, trochę na prawo”,
„Uważajcie, bo rozerwiecie różaniec”,
„ Agniesia, dasz radę z tą poduszką”,
„Może teraz ktoś inny poniesie”,
„Odwróćcie się do ołtarza”,
„Zatrzymajcie się, bo się rozłączyliśmy”.

I wtedy naraz ujrzałam jego uczniów. Wtedy, gdy głosił tłumom naukę, gdy leczył chorych i karmił na pustkowiach. Wszyscy zasłuchani, przejęci, na Nim skoncentrowani. A uczniowie?
Zajęci ustawianiem kolejki do Mistrza, rozsadzaniem ludzi w gromady, szukaniem chlebów i rybek, chronieniem Go przed ściskiem, tłumaczeniem ludziom, że jest zmęczony, rozsyłaniem ich do domów, szykowaniem noclegu. I tylko czasem, jak ja, na ułamek sekundy złowili Jego wzrok ponad głowami , szepnęli : „Mistrzu” i pobiegli dalej dbać o prozę życia. Jego prozę życia. Bo On też ją miał.
Wczoraj dał mi zrozumieć, że czasem „Idź za Mną” oznacza „idź przede Mną” , a w jednym spojrzeniu można zmieścić więcej miłości niż w tysiącu słów nabożnych.
Chcesz mnie tu, więc jestem Miły.
Przed.
Ogołocona ze wzruszeń, bycia sam na sam z Tobą, jednej łzy, chwili ciszy, oddechu.

szklanka ochłody

Płatki śniegu opadają powoli. Jakby z głębokim namysłem. Wahają się czy dotknąć ziemi czy rozpłynąć w locie.

Wracam autem do domu wśród zimowej ciemności. Ciemność jest w zasadzie pewnym rodzajem luksusu dla umysłu. Bo w ciemności nie widać jakim lodem pokryta jest droga przede mną. To się ujawnia dopiero w blasku przydrożnych lamp. Gdy zbliżam się do światła, widzę po jak niebezpiecznej ścieżce się poruszam i… zdejmuję nieco nogę z gazu.
Tak. Ciemność to luksus. Możesz wtedy brnąć jak dziecko w wyjaśnienia: nie widziałem, nie wiedziałem, nie miałem pojęcia.
Innym rodzajem luksusu dla umysłu jest beton. Możesz wtedy siedzieć niewzruszenie w twardym bunkrze swoich twierdzeń. Nieporuszony poruszyciel w betonowej puszce. Zupełnie nieprzepuszczalny dla światła z zewnątrz. Zaimpregnowany na cokolwiek innego oprócz tego, co już wiesz. Nic poza tym co wiesz, nie istnieje i nie ma prawa istnieć.
Światło wymaga bycia odpowiedzialnym. Może dlatego czasami tak uporczywie unikamy światła.
Odgradzamy się, bronimy przed nim.

Jadę więc ostrożnie, choć lęk już nieco oswoiłam, co dzień przemierzając tę samą lodową trasę.
Nie do końca mamy wybór którędy możemy pojechać.
Ja wyboru nie mam. By dotrzeć do bezpiecznej krajowej, muszę przebić się przez dwa kilometry śniegu, lodu, zasp i kolein.
By dotrzeć do domu, muszę zrobić to samo.
Tu nikt nie posypuje drogi solą dla ułatwienia, z rzadka pług przejeżdża, a wiatr od pól bawi się zaspami jak mu fantazja dyktuje.
A jednak kocham tę drogę.
Las jak z brabanckiej koronki mroźnym rankiem, rozległe połacie pól, które w blasku słońca zdają się być posypane brokatem, jastrzębia obserwującego swoje włości z wysokości przydrożnego krzyża, furkoczącą oderwaną wstążkę przy innym krzyżu, czerwone lampki lisich oczu migoczące w mroku, stadko saren poetycko upozowane na horyzoncie.

Lubię nawet ten lód pod kołami. Nieprawdopodobieństwo przejechania po nim bezpiecznie i poczucie zwycięstwa nad żywiołem, gdy skręcam już w bramę.
Dom żarzy się na śniegu jak kwiat paproci. Łasi się do mnie blaskiem okien i czerwonych lampek wciąż uwieszonych świąteczną girlandą.
Jest jak rozpalone ognisko wśród białej zawiei i czarnej nocy.
Za chwilę tam wejdę i od progu zostanę okryta muzyką, głosami kochanych osób. Wciągnie mnie do środka zapach obiadu i świeżego prania. Otuli ciepło i światło .
Porzucę ciężką torbę pod stołem, zdejmę mokre trzewiki, rozplączę szalik i kilka natrętnych myśli za jednym zamachem.
I już jestem w domu.
Inną zupełnie Rut niż ta, która błąka się po tym świecie, czasem skutym lodem.

Chłodniej, prawda?
Czasem to pomaga: wziąć szklankę wody z lodem, zamknąć oczy i zapatrzeć się wstecz, w miniony zimowy wieczór.

nasiona tajemnicy

– Co posiałaś tam między tymi patyczkami pod czereśnią? – pyta zaciekawiony mąż.
Robię zakłopotaną minę, jedną z arsenału tych min dziecka, które coś przeskrobało.
– No właśnie… – zaczynam – Jakieś kwiaty, ale nie pamiętam jakie. Posiałam, a torebkę wyrzuciłam chyba.
– Oj wiewiórko, wiewiórko – śmieje się mąż – Jesteś jak wiewiórka, która coś zagrzebie w ziemi, a potem nie pamięta ani co ani gdzie.
– No ale zobacz: nie pamiętałam, że tu coś posadziłam – pokazuję miejsce przy pniu jabłonki – a teraz wyrosły te liliowe chabry. Dobrze, że ich nie wykosiłeś.
– Miałaś szczęście, bo były za blisko drzewa żeby podjechać tu kosiarką.
Takie mniej więcej rozmowy toczą się na naszym podwórku raz po raz.

Dziś znowu zagrzebałam nasionka nasturcji pod kilkoma drzewami . I pewnie za kilka dni o nich zapomnę. Aż pewnego dnia zaskoczona krzyknę: „Zobaczcie!!! Nasturcje!!!”

Może warto zaskakiwać samego siebie.
Samemu sobie robić niespodzianki.
Może warto czasem coś zapomnieć, by pewnego dnia odkryć to na nowo. To same, a jednak inne.
Książkę. Stary list od przyjaciela. Pocztówkę z dzieciństwa. Zasuszony liść nabrzmiały od wspomnień. Pukiel włosów dziecka. Własny rysunek sprzed miliona lat. Notatkę na marginesie książki, która jest jak podróż w głąb siebie.

Moja mama porządkuje strych naszego rodzinnego domu.
Królestwo rzeczy zgubionych i zapomnianych.
– Znalazłam moją starą sukienkę sylwestrową – mówi z rozmarzeniem.
– Tę chabrową, z której wycięłam kiedyś kwadrat na sukienkę dla lalki? – pytam podekscytowana.
– Znalazłam jesionkę taty – mówi dnia następnego – Aż się rozpłakałam.
Pamiętam tę jesionkę. W czasach kryzysu, gdy nie miałam kurtki na zimę, znalazłam ją i nosiłam razem z białym szalem, lansując nową modę w szkole.
– Znalazłam beciki, w których was chrzciliśmy… wasze zeszyty szkolne… sukienkę szytą u sąsiadki krawcowej…
– Mamo – krzyczy najstarsza z moich córek – Ja ją przerobię i będę nosiła. Jest bardzo ładna.

Urok rzeczy ukrytych, zapomnianych i odnalezionych na nowo.
Urok kwiatów posianych i zaskakujących pewnego dnia.
Urok myśli odłożonych na bok na jakiś czas i nagle rozbłyskujących jasnym płomieniem w głowie.
Urok tajemnicy.

Jej nasiona rozsiane w życiu.