To się musiało tak skończyć.
Hania od jakiegoś czasu coraz bardziej więdła i smutniała. Nie poprawiły nastroju ani święta, ani bal andrzejkowy, ani huczne urodziny przyjaciółki. Słońce nie dało rady i świeżutkie dostawy białego puchu, nie podziałały krzepiąco rozśmieszanki wszelakie, łaskotanie i dopytywanie: może się zakochałaś?
Ewidentnie z dnia na dzień wpadała coraz głębiej w dół apatii i marazmu.
W końcu nawet mężulek to zauważył i zapytał :
– Co się z nią dzieje?
– Nie wiem, nie chce powiedzieć – odparłam.
Oboje zaczęliśmy analizować od jakiego czasu to trwa, kiedy się zaczęło, domniemywać przyczyny. No, ale przecież bez świadka koronnego nic nie wymyślimy.
– Czekaj – powiedziałam wieczorem – skończę modlitwę i pójdę ją przepytać.
I jak postanowiłam, tak zrobiłam.
Jeszcze miałam nadzieję, że to nic takiego i że wszystko nam się wydaje, ale gdy Nusia już po pierwszym moim pytaniu zaszlochała, zrozumiałam, że moje nadzieje są płonne i że to raczej sprawa dużego kalibru.
No, ale niestety Nusia – jak to już nieraz wspominałam – jest uparta jak wół i osioł razem wzięci i w naszej rozmowie ograniczyła się tylko do płaczu lub kiwania głową na znak zgody lub przeczenia. Nie wyrzekła ani słówka.
A moja wyobraźnia z każdą chwilą budowała piętrowe tragedie, do których żadna z szekpirowskich sztuk się nie umywa. Co ja sobie wtedy nawyobrażałam, to włos na głowie się jeży:)
Oprócz wybujalej wyobraźni mam na szczęście także osławioną intuicję, więc zaczęłam drążyć, zadając coraz bardziej szczegółowe pytania. Hania kiwała tylko głową w jedną lub w drugą stronę i szlochała.
W końcu wpadłam na trop i po nitce doszłam do kłębka.
Nigdy nie zgadniecie co było na końcu moich dociekań i dlaczego Hania pogrążała się w smutku i beznadziei od tygodni.

Otóż, Hanię zawsze fascynowała biologia i od lat była przekonana, że chce studiować jakiś kierunek z nią związany, przygotowywała się do matury z biologii, kupiliśmy jej internetowy kurs z tej dziedziny, chłonęła wiedzę i wciąż z Alą omawiały nowe ciekawostki biologiczne. Ale…
jak już wspomniałam na początku opowieści – to musiało się tak skończyć…
Jej mama parę lat temu zaczęła malować, dom powoli zmieniał się w galerię obrazów, Hania zaczęła jeździć na wystawy, kupować albumy z malarstwem, czytać biografie artystów, w jej pokoju króluje van Gogh, na ścianach, na poduszce, biurku, wszędzie…
I oto pewnego dnia obudziła się i już wiedziała, że nie chce iść na żadne studia medyczne, że chce studiować zupełnie coś innego.
– Chcesz studiować coś związanego ze sztuką? – zapytałam, gdy już nitka doprowadziła mnie do rozwiązania.
Kiwnęła głową, a na ustach pojawił się blady uśmiech. Pierwszy od tygodni.
Wiecie jaki kamień spadł mi z serca?
To tylko to!
Więc w tył zwrot i szukamy kierunku artystycznego, na który nasza córka może się dostać mimo, że zdaje maturę z biologii.
Prawdopodobnie będzie to historia sztuki:)

* * *
Zadziwia mnie zawsze to przemożne ciągnięcie ku czemuś, to szaleństwo, jakie nagle w człowieku wybucha i w jednej sekundzie świat obraca się do góry nogami. Idziesz prostą ścieżką, zadowolony pogwizdujesz pod nosem i zdaje ci się, że widzisz swoje życie aż po horyzont, racjonalnie zaplanowane, ułożone wedle reguł i nagle… dochodzisz do zakrętu, a za nim droga zupełnie zmieniła kierunek. Jesteś zdezorientowany, a jednocześnie wiesz, że musisz tam pójść, bo jeśli zawrócisz, zniszczysz w sobie coś ważnego, zaprzeczysz jakiejś prawdzie o sobie.
Skąd to wiem?
Bo sama przeszłam taki sam zakręt.
– Jesteś moją córką i jesteś taka sama jak ja. – mówię jej – Ja też przez wiele lat marzyłam, by studiować polonistykę, a potem, na pół roku przed maturą oszalałam i nie chciałam już słyszeć o niczym innym poza teologią.
Czy mogłabym zabronić ci iść tam, gdzie serce ci się wyrywa?
To się musiało tak skończyć:)
* * *
Jesteśmy mądrzejsi o nasze własne ścieżki, o nasze własne kroki i nasze potknięcia.
Z czasem już wiesz więcej i nie boisz się tak bardzo drogi i tego, co za zakrętem
bo…
„Twoje uszy usłyszą słowa rozlegające się za tobą: To jest droga, idźcie nią!” ( Iz 30, 21)

– Dlaczego nam nie powiedziałaś wcześniej? – pytam jeszcze Nusię – Po co było się tyle smucić?
Uśmiecha się. Znowu uśmiecha się jak to ona swoim kocim uśmiechem i mówi:
– Czasem trzeba się trochę posmucić.
I ma rację:)
Dobry smutek nie jest zły.