Historynka

 

I znowu siedzę i czytam. Gardło chrypi, więc w pogotowiu trzymam kubek z herbatką o nazwie „grzane wino”. Jeden z prezentów na urodziny.

Reszta towarzystwa leży na kanapie obok i raz po raz zwija się ze śmiechu. Gdyby ktoś zajrzał tak przez okno do środka i zobaczył jak wszyscy w konwulsjach taczają się po wielkiej rozłożonej kanapie, byłby zaniepokojny stanem zdrowia naszej rodziny:)

Bo oto znowu wyjęliśmy z półki naszą „Historynkę” i przypominamy sobie stare dzieje i perypetie naszej rodzinki.

– Jak to dobrze, że to zapisałaś – mówi mąż jeszcze rano, gdy do porannej kawy przeczytałam mu parę pikantnych kawałków o małej Lalci i jej wyczynach.

– Nigdy byśmy tego nie zapamiętali, gdybyś nie spisała.

Tak.

Ile takich historii, pięknych, śmiesznych, wzruszających, ciekawych zapada się w odmętach naszej krótkiej ludzkiej pamięci. To tak jakby znikały całe olbrzymie światy, planety, księżyce, galaktyki, gwiazdy. Niepowetowanie i na zawsze.

Jak cudownie jest móc zapisać, utrwalić, a potem odwiedzić jeszcze raz i jeszcze raz swoją własną przeszłość, pospacerować po niej z mężem i dziećmi, podzielić się nią z najbliższymi, razem pochichotać lub zadumać się nad obfitością życia.

Od tomu trzeciego „Historynki” minęło już trochę czasu, więc w czasie nadchodzących ferii postanowiłam popracować nad kolejnym tomem. Nie mogłam się jednak powstrzymać i już zrobiłam pierwszy zarys.

A ferie zaczynają się u nas dopiero jutro:)

– Szybka jesteś – powtarza mi zawsze mąż.

Tak

Jak się do czegoś zapalę, albo coś zaplanuję, chcę to zrobić w mgnieniu oka. Taka już jestem:)

 

 

 

przebudzenie motyla:)

 

– Nie wiem co się ze mną stało  – mówi zaskoczona Laurka, buszując w sklepowych alejkach wypełnionych domowymi gadżetami – Ale ostatnio zaczęły mnie interesować wazoniki, świeczki, poduszki… – wymienia na jednym oddechu.

– Nic się nie stało – śmieję się – jesteś kobietą.

Tak, ostatnio widać to coraz wyraźniej. Zaczęła zakładać inne kolory niż czarny, błyszczące kolczyki, coraz częściej odwiedza drogerie, kupuje tusze, mgiełki, rozjaśniacze, pilingi, a ostatnio po zakupach z tatą poskarżyła się:

– Takie były piękne kwiaty, a tata mi nie kupił.

– Bo jest mróz na dworze, kwiaty by zmarzły – przechodzi od razu do obrony oskarżony.

Zmarszczyłam tylko brwi.

I już dziś jadą po te kwiaty:) Mimo mrozu;)

 

 

zima

 

Kto powiedział, że zima jest nudna, chyba stracił wzrok, słuch i inne zmysły:)

Gdy wracam z pracy, sunąc zaśnieżoną wiejską drogą, śnieg w zagłębieniach jest delikatnie lawendowy. Namyślam się jakie farby musiałabym wymieszać, by uzyskać ten piękny odcień.

Woda miarowo jak zegar kapie z długiego sopla wiszącego u nosa rynny. Zaświergocze nagle, króciutko sikorka. Śnieg skrzy się od słońca jak rozsypany brokat. Mróz szczypie po palcach ukradkiem, gdy robię zdjęcia ośnieżonej gałęzi. Dzięki podszewce z bieli, las nagle robi się przejrzysty i przestronny jak jasny salon. Zatracają się w nim niepokojące cienie i gubią gdzieś nieprzeniknione zakątki. Teraz jest przyjazny i otwarty dla oczu. Nic a nic niestraszny.

Z dachu zjeżdżają lawiny. Zaczyna się od jęzora, który nawisa nad rynną, a potem wszystko spada z głuchym plaśnięciem. Czasem coś strzeli gdzieś daleko i boleśnie. To gałęzie starych jabłoni i sosen pod naporem mokrego śniegu łamią się i odpadają.

Na białych odsłoniętych połaciach można tropić ślady tych, co to tu byli, gdy nas nie było. Przecinają się tropy i ścieżki małych i dużych gości. Tu ptaszek, tam zając, jaszczurka lub mysz, kot, sarna i ktoś jeszcze, z pazurami …

Tyle domysłów snuje się wtedy po głowie.

Kto nas odwiedza w nocy i gdy dom stoi pusty?

*  *  *

Każda śnieżyca zaczyna się od pierwszego okruszka. Spada on nagle, niedbale wirując, jakby się namyślał, gdzie możnaby przysiąść na ziemi. Patrzę na niego i uśmiecham się.

– Pada śnieg!!! – oznajmiam rodzinie gromko.

Potem pojawia się drugi, podobnie niezdecydowany. I za chwilę już sypie. Najpierw bardzo drobniutko, potem płatki przypominają już duże pióra.

Najpiękniej wirują wkoło zielonej czupryny sosny, która rośnie na samym środku podwórka i w świetle ulicznej latarni – z drugiej strony domu. Gdy jest ciemno, tylko tam, w trójkącie światła spływającego z góry, można poznać czy pada śnieg czy już przestał. Stoję czasem w nocy i patrzę. I jakaś niesamowita cisza i pokój pokrywają serce wraz z kolejnym centymetrem śniegu osypującym się na świat.

Czasem, zanim jeszcze zacznie padać, czuję już zbliżającą się śnieżycę w głowie. Myśli spowija jakiś ciepły kokon, zawijam się w koc, a gdy budzę się po chwili, za oknem wszystko wiruje.

*  *  *

Lubię zimę i nie przyłączam się prawie nigdy do chórku biadającego, że ślisko, zimno, mokro i szaro, że ciężko chodzić, jeździć i żyć.

Jeśli nie potrafi się docenić zimy, nie będzie się też umiało ucieszyć szczerze z wiosny, czy lata.

Wszystko jest darem, łatwiej lub mniej dostrzeganym, lecz darem.

Wszystko i wszyscy, którzy pojawiają się na naszej drodze.

Choć z tymi wszystkimi jeszcze mi tak dobrze nie idzie jak z „wszystkim” 🙂

Pewnie dlatego wciąż jeszcze tu jestem.

Żeby poćwiczyć:)

 

 

 

 

pół wieku

 

Czy też to zauważyliście?

Że najwięcej dostajesz, gdy nie liczysz na wiele lub nie spodziewasz niczego:)

Nigdy nie sądziłam, że dożyję pięćdziesięciu lat, a oto proszę:) I nie spodziewałam się tak szczęśliwego życia, a oto jest takie, że nawet najpiękniejsze sny nie bywają tak piękne.

I nie liczyłam na żaden prezent z tej okazji, a morze prezentów zalewa mnie potężną falą od trzech dni. I potoki miłych, dobrych słów wydobywanych z samego dna serca.

Jak dobrze mieć tak wielu dobrych, życzliwych ludzi wokół, którzy otaczają się ciasnym wianuszkiem w dni smutne i radosne. Którzy umieją płakać, gdy ty płaczesz i śmiać się razem z tobą. Powiedzieć cicho do ucha: „Dobrze, że jesteś”.

Dziękuję za Was. Tych, których już znam i tych, którzy jeszcze nie dali mi się poznać. Za Was wszystkich, bo wiem jakimi ciepłymi myślami mnie otaczacie. To się czuje. Płynące ku mnie błogoslawieństwa i modlitwy otulające jak pled nawet w najciemniejsze noce.

Jeśli żyję i jestem szczęsliwa, to tylko dzięki Bogu i dobrym ludziom.

Wśród wielu prezentów otrzymałam ikonę o tytule: „Młodzieńcy w piecu ognistym”.

I pomyślałam, patrząc na nią:

 

doszłam do tego dnia

brodząc stopami

w ogniu i zielonych trawach

nic mi nie zostało oszczędzone

ani nic poskąpione…

 

To było życie w całej pełni, w pełnej skali muzycznej, w całej palecie barw, od A do Z.

I – w zasadzie – mogłabym już odejść, postawić kropkę na końcu zdania.

Ale skoro się dziś znowu obudziłam, widocznie plan jest zupelnie inny:) I jestem go niezmiernie ciekawa i gotowa do dalszej drogi.

Wiem, że nic mi nie zostanie oszczędzone, ani nic poskąpione, nasypią mi pełną miarę w zanadrze.

Przede mną na stoliku nowy obrus wyszywany w lawendy ( wciąż myślę o przygodzie z lawendą:), na nim tomiszcze wierszy Miłosza ( może znowu zacznę pisać wiersze:) i butelka z bialym pół-słodkim winem ( takim w sam raz:)

Jestem wdzięczna, że jestem🌸

Niewysłowienie wdzięczna.

 

 

 

 

łaskawość

 

Leżę na łóżku, przytulona do poduszki, owinięta aż po uszy ciepłym kocem z wełny.

Za oknem hula wiatr i sypie śnieg, za oknem mróz i szary horyzont, a ja leżę sobie jak jeż zakopany w stertę liści i po prostu odpoczywam.

Wróciłam z pracy, z chrypką i pustym brzuchem, zjadłam obiad, wypiłam kawę, rozwiesiłam pranie, odmówiłam różaniec, przygotowałam lekcje na jutro i dopiero potem – z czystym sumieniem – mogłam wślizgnąć się pod koc.

I nagle się zaczyna.

– Trzeba by jeszcze zmyć podłogę w łazience,

podlać kwiaty,

sprawdzić prace uczniów,

zmienić obrus w kuchni,

zadzwonić do … – nie kończąca się wyliczanka w głowie.

I jeszcze parę lat temu ściągnęłabym się resztką sił z łóżka, wstała i zrobiła to wszystko i jeszcze więcej.

Lecz teraz jestem inna, nauczyłam się czegoś.

– Bądź dla siebie dobra – słyszę inny głos, uśmiecham się, zawijam jeszcze szczelniej, wtulam nos w owczą wełnę i zamykam oczy.

Bądź dla siebie dobra. Daj sobie odpocząć. Świat nie zawali się jeśli natychmiast na stole nie pojawi się świeży obrus, a podłoga w łazience poczeka cierpliwie jeszcze jeden dzień.

Niestety mam za sobą długą historię „nie – bycia dla siebie dobrą”, katowania się i zadręczania, nie odpuszczania sobie na milimetr, twardych zasad egzekwowanych z żelazną konsekwencją, przymuszania się, nie liczenia ze swoją słabością i kruchością.

Wciąż jeszcze to mnie czasami nachodzi. Wyrzuty sumienia, że nie jestem idealna i nie zawsze sobie radzę.

Ale teraz coraz częściej słyszę ten łagodny głos:

„Bądź dla siebie dobra”.

I o dziwo, słucham go:)

 

Posłuchajcie i wy.

Bądź dla siebie dobra.

Bądź dla siebie dobry.

Od dziś.

Od teraz.

Popatrz na człowieka w lustrze, pogłaskaj swój policzek, popatrz  w swoje oczy, uśmiechnij się.

Tyle już przeszedłeś.

Okaż sobie łaskawość.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸

 

 

 

 

zakręty

 

Patrzę przed siebie na olbrzymią przestrzeń rozpoczynającego się roku. Jest wielka jak step akermański, tajemnicza i pociągająca, nieodgadniona, bo któż z nas może dołożyć choć jeden dzień, czy jeden włos…

Mimo to, wiem, że ten rok będzie obfitował w znaczące daty, wielkie wydarzenia, słupy milowe i zakręty, za którymi nie wiadomo co dalej.

Bo oto za chwilę kończę 50 lat, później pół wieku wybije także mojemu mężowi, a razem będziemy świętować 25 gody. Nasza najstarsza córka skończy studia, średnia wejdzie w pełnoletniość, zda maturę, prawo jazdy i wybierze studia. To już nasze trzecie dziecko, które wylatuje z rodzinnego gniazda. Potem Julcia wyjdzie za mąż i zacznie nowe życie. Duże zmiany:)

Na horyzoncie rysuje się także prespektywa tego, że po dwudziestu latach stracę pracę. Pewnie już wielu z was domyśliło się, że jestem nauczycielem religii, więc…

Nie, nie boję się ani nie smucę. Jestem pewna, że Bóg mnie nie opuści i że ma plan. Tyle razy w życiu stawałam pod ścianą i wydawało się, że nie ma wyjścia, a potem… nagle okazywało się, że ściana jest jednak bramą do czegoś nowego, większego i piękniejszego.

Podobnie jest z wszystkimi naszymi życiowymi zakrętami. Niektóre są tylko łukami i rysują się przed nami tak łagodnie, że wyraźnie widzimy drogę za nimi. Są jednak i takie, które nagle skręcają pod kątem prostym lub ostrym i zupełnie, ale to zupełnie nie wiadomo co będzie dalej. Wtedy jest lekcja zaufania.

*  *  *

Gdy myślę o tych wszystkich zmianach, jakie czekają już wkrótce naszą rodzinkę, wiem, że to prawdopodnie jeszcze nie wszystko i że życie zaskoczy nas jeszcze bardziej niż to przewiduję.

A mimo to nie trzęsą się mi nogi i nie analizuję zanadto tego, co ma być.

Ktoś inny lepiej to robi niż ja i lepiej, by to On nadal to robił:)

Ostatnio wyświetlił mi się piękny cytat na instagramie:

Idź od zakrętu do zakrętu, na każdym zakręcie będzie ci pokazane co dalej. Ale idź! – nie stój!”

(Piotr Roztworowski OSB/EC, Wypatrując Jezusa)

 

I to zdanie, które stale wisi na naszej lodówce:

 

Pamiętacie? Spisałam je tak, jak zapamiętałam z filmu pt. „Nędzarz i madame”. Od razu przyznam się, że w rzeczywistości brzmiało nieco inaczej;)

 

Więc… wszystko przede mną, przed nami, przed Wami.

Pod naszymi stopami droga pełna zakrętów, a przed oczami rok rozległy, piękny i tajemniczy jak stepy akermańskie.

Jedźmy! Ktoś nas woła:)

 

świetlana przyszłość🌟

 

Sylwester. Za 20 minut północ.

– Czekajcie, czekajcie – przypominam sobie nagle w popłochu – Jeszcze moją modlitwę muszę odmówić przed pólnocą.

– Jaką?

– Tą, co już 7 lat odmawiam, nie mogę jej przerwać.

– Tak 7 lat się modlić? codziennie? – Lalcia wytrzeszcza oczy:)

– A, zresztą ja też codziennie się modlę – przypomina sobie uspokojona.

No fakt:)

* * *

Nie wiem czy kiedykolwiek tu o tym pisałam, ale rzeczywiście chyba od 7 już lat odmawiamy z mężem modlitwę, która zwie się „12-letnia”.

To prosta modlitwa: 7 razy Ojcze nasz i 7 razy Zdrowaś Maryjo. Jeśli odmówi się ją codziennie przez lat 12, uczczone zostaną wszystkie rany Jezusa, jak sam to powiedział kiedyś św. Brygidzie.

A w zamian On obiecuje takiej osobie wiele łask.

Naprawdę wiele. Możecie sobie doczytać:)

Mnie jednak uwiodła jedna obietnica i ona trzyma mnie w wierności tej modlitwie: że ani moje dzieci, ani wnuki, ani potomkowie do czwartego pokolenia … nikt z nich nie zostanie potępiony, czyli – wszyscy trafią do nieba i zostaną świętymi!!!

Bo nie wiem jak Wy, ale ja już kocham nie tylko moje dzieci, ale wnuki, prawnuki, praprawnuki itd. I póki tu jestem, chcę im wybłagać jak najwięcej łask, jak mnie – głęboko w to wierzę – wyprosili je moi przodkowie. A to, co mogę wybłagać największego, to zbawienie, żeby nie zginęło żadne z tych małych.

Dlatego pamiętam codziennie, od siedmiu lat:)

* * *

I druga piękna wiadomość na początek tego roku.

Bardzo bliskie jest mi Medjugorie, choć byłam tam osobiście tylko raz i to dawno, dawno temu.

Staram się jednak śledzić na bieżąco orędzia Maryi z tego miejsca.

Pierwszego dnia tego roku dostałam wiadomość od mojej koleżanki ze Słowacji, że ostatnie objawienie Matki Bożej było wyjątkowo długie i na koniec Maryja poprosiła, by od godziny 15-tej w Nowy Rok modlić się na Wzgórzu Objawień. Połączyłam się więc on line z tym miejscem, ujrzałam las parasoli i tłumy ludzi ukrytych pod nimi przed rzęsistym deszczem. Wszyscy modlili się na różańcu w wielu językach. Przyłączyłam się do tej modlitwy, bo Maryja prosiła byśmy wszyscy modlili się o to, by Jej zamiary i plany mogły się zrealizować.

Nie nasze, ale Jej najlepsze plany dla nas i całego świata, pełne miłości.

Niestety nie mogłam do końca uczestniczyć w tej modlitwie, bo Julcia wraz z narzeczonym zapowiedzieli się z wizytą ( zapraszali nas oficjalnie na ślub i wesele, bo to już w czerwcu:).

Maryja ponownie miała się objawić o godzinie 18- tej tego dnia.

I tak zrobiła.

Według opisu widzącej Marii Matka Boża była wówczas bardzo radosna i szczęśliwa, pobłogosławiła wszystkich , a potem powiedziała:

„Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie i modliliście się w moich intencjach. Nie będziecie tego żałować, ani wy, ani wasze dzieci, ani dzieci waszych dzieci.”

Te słowa są jak plasterek na moje skołatane serce. Żyjemy bowiem w coraz trudniejszych czasach, jest coraz ciemniej wokół, wszyscy jakby poszaleli w amoku, grzech i kłamstwo rozlały się olbrzymim morzem, pochłaniają tysiące spośród nas. Prawdopodobnie będzie jeszcze ciemniej, ale…

Dziś Maryja – Gwiazda Morza, Latarnia prowadząca zbłąkanych, mówi na początku tego roku: nie pożałujecie żeście Mi zaufali, że poszliście za Moim Synem. Nie pożałujecie!!! Wasze dzieci i wnuki doczekają zwycięstwa światła nad ciemnością, prawdy nad kłamstwem, życia nad śmiercią, dobra nad złem.

Nie marzę nawet, że ja tego doczekam, lecz jestem szczęśliwa, że moje dzieci i dzieci moich dzieci będą żyły w innym świecie.

I moje serce rozrywa wdzięczność za tę łaskę, choć widzę tylko jej delikatne widmo na horyzoncie. Niewyraźnie i jak przez mgłę wzmaga się światło. Nadchodzi.

Trudno je jeszcze dostrzec oczami, lecz serce już pała, a ono jest niezawodnym barometrem.

Więc ufajmy i módlmy się, by plany naszej Matki wypełniły się.

*  *  *

Gorąco polecam Wam też film pt. „Ostatnie wezwanie”, który opowiada o Medjugorie, historii objawień i przyszłości, jaka jest przed nami.

 

 

czas biegnący do Sylwestra

 

Dwa dni przed Sylwestrem Adaś gra z kolegami całą noc w ping ponga. W nowym budynku, zwanym warsztatem, za stół mając jedną z płyt meblowych i za nic mając – późną godzinę:)

Jedną noc przed Sylwestrem Nusia zakłada czarną suknię, sznur pereł i moje futerko z lat studenckich i udaje się do przyjaciółki na 18-tkę w stylu retro. Zabawa ma trwać aż do rana.

– O, to Laura dziś nóg nie wystawi spod kołdry – mówię do mężulka, gdy na schodach znikają pięty pozostałych w domu obu córek.

– Dlaczego?

– Bo kiedy Hani nie ma w pokoju, Laura boi się wystawić nogi – przekazuję ostatnio zasłyszany od dziatwy news:)

Swoją drogą – dlaczego? Czyżby starsza siostra miała jakiś patent na obronę stóp w razie ewentualnego ataku ewentualnego intruza?

Ale nie dochodzę tej kwestii, bowiem pamiętam jeszcze, jak jako mała dziewczynka wolałam spać na wesalce od ściany, żeby Baba Jaga nie obgryzła mi nóg:) W moim przekonaniu mieszkała pod łóżkiem i żywiła się głównie dziecięcymi nogami. Amelka więc rada nie rada spała od brzegu, ale jej to chyba nie przeszkadzało, bo w jej wyobraźni Baba Jaga nie istniała.

*  *  *

– Alutka słyszy głosy – szepnęła dwa wieczory przed Sylwestrem Hania, patrząc znacząco na sufit, nad którym znajduje się pokój Ali.

– Co? – zdumiałam się.

– Słyszy głosy – powtórzyła znów szeptem córka.

I gdy już w mojej wyobraźni rysowała się wizja wizyty u psychiatry, nagle mnie olśniło…

– A, suszy włosy!!!? – wykrzyknęłam słysząc stłumiony warkot suszarki.

– A ty co myślalaś? – śmieje się Nusia.

– Że Alutka słyszy głosy – chichoczę.

No i wizja psychiatry rozwiała się, ale czas pomyśleć o wizycie u laryngologa. Mojej:) Zdecydowanie za dużo hałasu źle mi robi na uszy.

*  *  *

Dwa dni przed Sylwestrem Lalcia – ku niememu zdumieniu rodziny – wyciągnęła z półki tom pierwszy Muminków i – zawinięta w biały puchaty kocyk – przeczytała go od deski do deski. Jeden dzień przed Sylwestrem przyniosła tom drugi i przeczytała go do połowy. W tenże sam kocyk zawinięta, z nogami prawie pod choinką.

Czyżby wydarzył się cud prawie – noworoczny i przez rwącą rzekę genów zostały raz na zawsze zerwane tamy niechęci do czytania?

Nie tracimy nadziei:)

*  *  *

Chłopaki ciężko pracują zarówno jeden, jak i dwa i trzy dni przed Sylwestrem. Gdyby mogli, pracowaliby także w dniu sylwestrowym, ale w tym roku popadł w niedzielę;)

My zaś a to gotujemy, a to pieczemy, chleb na zakwasie co dwa dni robimy, sprzątamy, pierzemy, igliwie spod choinki odkurzamy, bo sypie się nam w tym roku drzewko jak nigdy. Filmy, książki, zakupy, odwiedziny gości i wyjazdy w odwiedziny.

Kręci się nasz wesoły kołowrotek aż do ostatniej sekundy 2023 roku, furkocze aż w oczach się kręci.

Bo dla życia nie ma dat, ani godzin, miesięcy, granic. Raz wypuszczone ze źródła, płynie sobie nieskrępowanie jak strumyk, pokonując kolejne umowne granice, przepływając pod mostkami, kładkami, mijając niefrasobliwie nasze kamienie milowe, szeleści wydarzeniami jak dzieci rozwijające cukierki z choinki.

Niech takie będzie. Właśnie takie. To życie.

Trochę nieokiełznane, przebogate i płynące zawsze ku swojemu celowi, ku morzu.

Niech przepłynie wszystkie kwietne łąki i pustynie, góry i doliny, słoneczne dni i ciemne noce, jakie nas spotkają w kolejnym roku.

Tego Wam i sobie życzę❤️

 

I pamiętajcie, że wszyscy jesteśmy bogaci.

Te perły i futerko, w które ubrała się Hania są sztuczne, ale jej przyjaciółka dostała z okazji urodzin sznur prawdziwych pereł.

Nieważne jednak czy mamy naszyjnik prawdziwy czy z tombaku, bo nie na tym polega nasze bogactwo. Umieć dostrzegać najmniejsze dobro, piękno i prawdę – to zdolność ludzi naprawdę bogatych.

I takimi bądźcie:)

 

 

hej kolęda, kolęda

 

Dziś dzień kolędowy, czyli od rana czekamy na księdza. Wiadomo, że idzie od pierwszego domu od lasu, więc łatwo obliczyć naprędce, że nim dotrze do nas mieszkających obok kolejnego zagajnika – przy najlepszych wiatrach – zajmnie mu to co najmniej godzinę.

Więc spokojnie piję herbatę, potem pijemy razem kawę, niespiesznie zgarniam ze stołu, który od wigilii stoi w salonie (wciąż ubrany odświętnie i z adwentowym wieńcem) kubeczki, szklanki i talerzyki pozostawione przez ucztujące stadko wczoraj wieczorem. Potem wyjmuję dwa złote świeczniki, nieco nadpalone białe świeczki i starą, jeszcze po Babci Niebieskiej pasyjkę. Do małego talerzyka wlewam odrobinę święconej wody ( przez chwilę tylko się zastanawiam czy w tej butelce aby napewno jest święcona, a nie woda egzorcyzmowana czy np.cudowna z Gietrzwałdu przywieziona mi przez Bellę – można się pogubić:) i układam obok małe kropidełko splecione z jasnych wiórków.

Od dziecka fascynowało mnie kropidło, uwielbiałam je wyjmować z takiej specjalnej szafki w domu i dotykać. Było w nim coś nieziemskiego, magnetycznego. Tamto, z mojego domu rodzinnego było już pociemniałe od wielokrotnego kontaktu z wodą, nasze jest jeszcze zupełnie młodym kropidełkiem, jasnym i niemal dziewiczym.

Układam to wszystko, ustawiam, okruszki ze stołu zgarniam. Stare angielskie kolędy robią za tło moim poczynaniom, słońce zakrada się przez duże okna kuchni i salonu, a w międzyczasie sobie z mężem poranną pogawędkę ucinamy. Jest spokojny poranek, ani ja ani on nie musimy się spieszyć do pracy, a i dzieci nie budzimy z nadmiernym wyprzedzeniem. Niech się wyśpią.

W końcu jednak czas najwyższy, więc mężulek wspina się na poddasze i podejmuje pierwszą próbę reanimacji towarzystwa.

Próba jest tylko częściowo skuteczna, bo po pewnym czasie słyszymy szuranie na schodach i schodzi 1/4 naszego potomstwa, czyli Nusia.

Trzeba odczekać jeszcze kolejną dłuższą chwilę nim szuranie się ponowi i oto w kuchni pojawia się Alusia.

– Czy budziłaś może Laurę? – tata jest ciekawy.

– Tak – odpowiada szybko najstarsza latorośl – Budziłam, ale pocałunek prawdziwej miłości nie zadziałał. – wyłuszcza szczegóły operacji.

🙂

Niestety, na Lalcię nie działa ani ww.pocałunek, ani kolejne apele rodzicielskie. Ona musi sama dojrzeć do tak brzemiennej w skutki decyzji „wstać czy jeszcze pospać?” i to w czasie ferii świątecznych.

Zresztą, do wszystkich innych rzeczy też dojrzewa powoli i z rozmysłem;)

 

Ostatecznie udaje się i wszyscy „zdanżają” rychło w czas. – jak mówiła moja druga babcia.

Ale chyba tylko dlatego „zdanżają” , że tym razem po naszej wsi chodzi ksiądz flegmatyk, więc dotarcie do nas zajęło mu ostatecznie ponad dwie godziny:)

W tamtym na przykład roku był u nas pędziwiatr, który biegał aż mu sutanna furkotała, a na koniec przesiadł się na pożyczonego quada i resztę kolędy dokończył w tempie błyskawicy.

 

🙂

Tak czy owak nie przeraża nas fakt kolędy, ani nie peszy. Lubię ten zwyczaj, choć przecież – za sprawą Ksawerego – wizytę duszpasterską mamy co najmniej kilkadziesiąt razy w roku. A o Bogu i wierze rozmawia się w naszym domu naprawdę nie tylko od wielkiego dzwonu.

Możnaby zastanowić się głębiej nad formatem takiej wizyty. Czy ma być szybko i oględnie, czy powoli, z namysłem i dogłębnie? W tym właśnie czasie, czy rozłożona na cały rok? Czemu ma służyć? Co ze sobą nieść?

I wszystko – jak zawsze – zależy od człowieka. Od kapłana i od tych, którzy go przyjmują.

 

Przysłowie „gość w dom, Bóg w dom” w przypadku wizyty księdza przestaje być przenośnią literacką. Gdybyśmy o tym pamiętali z tej jednej i tej drugiej strony, może dotarlibyśmy do najgłębszego sensu kolędy.

 

Każdy z nas jest „Christo foros – niosący Chrystusa” i „Christo fora – niosącą Chrystusa”, lecz w sposób najdoskonalszy możliwy na tej ziemi jest nim kapłan – „Alter Christus – drugi Chrystus”.

O ileż łatwiej byłoby, gdybyśmy takim go widzieli, o ileż łatwiej, gdyby on był na tyle transparentny, by nie zasłaniać sobą Chrystusa.

Ale wciąż żyjemy na tej niedoskonałej ziemi. Są księża flegmatycy, jąkały, pędziwiatry, budowlańcy, menagerowie, nerwusy, a my nie umiemy przebić się przez tę ciężką powłokę zewnętrzną i ujrzeć w nich Tego, Który przychodzi.

Więc takie spotkania kolędowe są wprost proporcjonalne do naszej niedoskonałości.

Ale dobrze , że są; tak jak dobrze jest, że i my jesteśmy:)