prośba o zwyczajność

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Och, jaki piękny jest zwyczajny dzień
powszedni – westchnęłam, gdy dzieci pomyte poszły do łóżek, zmywarka szumiała
rozprawiając się z ostatnią partią brudnych naczyń, stoły i krzesła stanęły w
swych zwykłych, zadumanych pozach, lodówka trzeszczała w szwach, bo jedzenia
jak zwykle było za dużo.

– Taak. – zgodnie przytaknął mężulek
uwolniony z galowego garnituru, który znów z trudem się dopiął.

Po gwarze zapanowała cisza przetykana srebrną
nitką zegarowego tykania.

Po bałaganie ład zaczął zakradać się do
każdego kąta.

Po szumie w głowie myśli zaczęły układać się
w logiczne ciągi.

– Dusio był dziś taki poważny, skupiony,
jakiś inny… – szepcze Miś.

Prawie go nie widziałam w kościele zajęta
lulaniem Laurki w bocznej kaplicy. Widziałam tylko przez moment tuż po tym jak
przyjął Komunię i łzy same potoczyły się po policzkach. Że takiego syna mam,
dobrego, mądrego, dorosłego prawie. Ja – Rut – kobieta najzwyczajniejsza w
świecie – takiego giganta urodziłam, wychowałam, światu dałam.

– Dobrze go wychowałaś Rut – usłyszałam
szelest w głowie.

 

 Nie
proszę dla niego o bogactwo, o sławę, o przepych. Niech tylko będzie dobry,
niech będzie mądry, niech nie odpadnie – to wystarczy za cały splendor, blask i
szczęście. Niech nie odpadnie jak uschła gałąź, niech trwa i zieleni się w
winnym krzewie – to wszystko co warto osiągnąć tutaj.

 

A teraz – dnia naszego powszedniego daj nam
dzisiaj, bo piękne są dni świąteczne i ważne jak milowe kamienie, ale to w
kuźni powszednich dni wykuwamy swoje życie.

 

Och, jaki piękny jest dzień powszedni, jaki
ważny, owocny trudem niewidzianym, niedocenionym, nienagrodzonym wierszykiem i
bukietem kwiatów.

Dnia powszedniego daj nam dzisiaj…

 

lekkość

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

 

– Mamo, co to? – pyta Nusia pokazując dziwną
laskę w gazetce reklamowej jednego z hipermarketów.

– To? – Rut pochyla się nad płachtą gazetki –
to taka laska dla starych ludzi, którzy nie dają rady się schylać i wtedy takim
chwytakiem mogą sobie brać różne rzeczy z podłogi .

– Aaaa – wyraża jednogłoskowe zrozumienie
córeczka – Pogramy balonem? – przeskakuje na inny temat z szybkością pong-pongowej
piłeczki.

– Pogramy.

– Ja jestem młoda to mogę się schylać –
wyjaśnia maluch sięgając po czerwony balonik – Ty też mamo jesteś młoda. Ludzie
bardzo długo są młodzi – kontynuuje pacając rytmicznie balon.

– I wiewiórki też. – dorzuca przy którymś
pacnięciu.

 

???

 

Pac –pac-pac fruwa balonik pod sufitem, a
główka Laurki obraca się jak tarcza kwiatu do słońca.

Wielofunkcyjna Nusia toczy dalej swój wywód:

– Ty mamo od dziecka jesteś taka zmęczona.

– Od dziecka? – nie posiada się ze zdumienia Rut.

– Tak. Bo dziecko cię budzi w nocy i jesteś
niewyspana:)

 

Trochę w tym racji. Tym bardziej, że dziecko
znów ma katarek i słabo sypia.

Ale i tak spodziewałam się większego poziomu
zmęczenia materiału, bo wszak jutro Pierwsza Komunia Dusia. Przyjęcie
tradycyjne, w domu. Powinniśmy być nieprzytomni, biegać z obłędem w oczach i
zadyszką. Postanowiliśmy jednak, że tym razem tak nie będzie. Ani za dużo
jedzenia, ani zamieszania żeby najważniejsze nie umknęło.

 

– Jak to mamo było z twoją pierwszą
spowiedzią? – pyta wieczorem Dusio.

– Siostra nam powiedziała, że będziemy lekcy
jak piórko.

– I co?

– No i po spowiedzi zaczęłam podskakiwać w
kościele żeby to sprawdzić.

– I byłaś lekka?

– Tak. Lekka jak piórko.

– Ale ja się nie czuje ciężki – zastanawia się
synek.

 

I obyś nigdy tego nie poczuł – myśli mama
głaszcząc przed snem jego plecki.

 

Niech nigdy się nie zgubi, nie odejdzie za
daleko, niech na końcu  trafi do Domu. Tylko o to
Cię dzisiaj proszę. O nic więcej.


nieopierzony Ikar

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Miałam dziś dwa piękne sny – opowiada Nusia
przeciągając się porannie

– Jakie? – pytam

– Jeden, że byłam księżniczką Jasminą ( do
przewidzenia w świetle ostatnich tygodni), a drugi… że miałam skrzydła i
latałam ( do przewidzenia w świetle ostatnich dni).

 

 

Łup!!! Łup!!! Łup!!! Dudni podłoga raz po
raz. Nusia założyła skrzydełka irlandzkich elfów, które przysłała ciocia
Anetta, wdrapuje się na kufer i skacze zeń machając obficie rękami.

– Może mi się uda. – postękuje pomiędzy
lądowaniami.

Łup!!! Łup!!! Łup!!! Oj, babcia powinna
podeprzeć sufit stemplami, bo gotów się zarwać:)

– Mamo? – zatrzymuje się elf na chwilę
refleksji – a jakbym skoczyła z wyższa to bym pofrunęła?

– Nie!!! – gwałtownie oponuję, by wybić jej
ten pomysł z głowy jeszcze w zalążku zanim zdąży urosnąć do postanowienia
skoczenia z balkonu na przykład.

– Bo ptaki skaczą z wyższa… – argumentuje
uparcie.

 

 

Skrzyp – skrzyp – skrzyp – jęczy nadwyrężona
nieco kanapa.

Tym razem Nusia skacze z jej poręczy na
kołdrę.

– Dlaczego nie mogę polecieć???

– Bo ludzie nie latają.

– A ptaki to mogą?

– Ptaki mają skrzydła.

– Ja też mam – maluszek wskazuje na
przymocowane gumkami do ramion skrzydełka

– Ale są za małe i nieopierzone i nie ruszają
się.

– Macham przecież rękami.

– Ale na rękach nie masz piór.

– Ale ja chcę lataaać.

– Może kiedyś polecisz samolotem.

– Nie, ja chcę na skrzydłach!!!

 

Takie oto scenki częściowo dialogowane
rozgrywają się pod naszą strzechą od dobrych paru dni. Nusią zawładnęło
odwieczne marzenie istot ludzkich, by wzbić się w powietrze i poszybować jak
ptak. Marzenie nieracjonalne, utopijne, lecz jakże żywotne. I cóż tu dziwić się
Ikarowi, że nie posłuchał ojca. Nasz mały Ikar też nie przyjmuje do wiadomości,
że okolice słońca są przestrzenią zakazaną.

I może ma rację – kto wie.

Może warto zatracić się w swoim marzeniu jak
Ikar.

– Zobaczysz – szepcze mi mężulek na ucho –
ona jeszcze będzie skakać z bungee.

 

Tak wyglądała kiedyś…


 ale od tamtego czasu skrzydła jej urosły.

Marzenia wraz z nimi:)

weteran dwóch wojen

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Gdy Ala była w wieku Lauci i ząbkowała równie
siarczyście, toczyła nieustanne za-żarte boje z pewnym pieskiem.

Piesek onegdaj
należał do ciotki Leny i był – zdaje się – wyrazem czci okazanej jej przez
jednego z adoratorów. Widocznie ofiarodawca „dostał kosza”, bo maskotka szybko dostała się
w niewolę siostrzenicy.  

Twarda to była
służba. W krótkim czasie, sterany na bitewnym polu piesek miał  oderwaną nogę i poszarpane czerwone majtki, a ogon w polowych warunkach doszywany był po wielokroć.
Od czasu do czasu dzielny żołnierz był wyzwalany z rąk okupanta i wyżymany ze śliny. Stąd
otrzymał nadobne imię Wymoczek.

Po kilku miesiącach nierównej walki z
przeważającymi siłami wroga wymoczony piesek zniknął jak kamfora i słuch po nim
zaginął. Pachniało to na kilometr zdradą i dezercją, ale nikt się bardzo nie
przejął, bowiem sezon ząbkowania uroczyście zamknięto.

I oto… po 11 latach Rut go odnalazła.
Zadekował się w najciemniejszym kącie strychu, pewien , że dożyje tu spokojnej
starości jako wojenny weteran.

O, jakże się pomylił stary wiarus!!!

Nie w naszym domu przywileje wczesnej
emerytury dla służ mundurowych.

Wymoczek więc został bez pardonu wyprany, odwirowany,
wysuszony i ponownie rzucony na front…

 

w największy wojenny ogień…

trzeszczą szwy na starych bliznach wojennych…

błyszczy jak bagnet świeżo wykluty ząbek.

 

 

 PS. Jak widać właścicielka ząbka czuje się
już o niebo lepiej. Chorobie zaś poddaje się ostatnia niezdobyta flanka, czyli
Rut. Cóż, szpital polowy ma ograniczoną ilość prycz – trzeba chorować na raty:)

Dobrze, że chociaż dobrze jeść dają…

półroczny torcik:)

z epoki brązu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Rut rozwiesza pranie na strychu.

– Mamo przynieś mi jakąś zabawkę!!! – dudni
głos Nusi z dołu.

– Nie. Starczy już tych zabawek!!! – stanowczo
odkrzykuje mama z ciemnej czeluści.

 

– Przynieś mi, to dam ci pieniążka!!! –
ponawia modły głosik.

– Nie. ( Grunt to konsekwencja – myśli Rut
dawno zasłyszanym sloganem)

– Przynieś mi, to dam ci dużo pieniążków!!! –
podbija stawkę głosik

 

No i Rutka ulega rozczulona desperacją  pociechy.

 

 

 

Tak to korupcja kwitnie jak wiśnie w Kraju
Wiśni.

Korupcja emocjonalna.

A żelazna konsekwencja nie zawsze musi być
gruntem wychowania, ale o tym mądrzy autorzy poradników jeszcze nie wiedzą.

My jeszcze w epoce brązu jesteśmy:)

a może kamienia łupanego?


zawiłe losy kota z obrazka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po południu narysowałam głowę kotka. Z braku
laku – na odwrocie zaproszenia ślubnego Amelki ( tak, tak – ślub lada dzień).
Kotek miał sobie spać słodko zwinięty w kłębuszek i być może – docelowo –
znaleźć się na jakimś nowym modelu naszego łóżeczka.

Tymczasem …

jak to zwykle bywa w naszej chacie, kotek
musiał poczekać, rysowniczkę bowiem porwał wir wydarzeń ( Laurka wciąż chora i
ząbkująca, dzieci szykowały się na przyjęcie balonikowe u ciotecznej
siostrzyczki Tosi).

Dopiero późnym wieczorem mój okręt znów
zawinął do portu Kuchnia w celu uzupełnienia zapasów ( czasami trzeba coś zjeść).
Na stole leżał mój kotek, lecz bynajmniej nie zwinięty a … rozkraczony:)

 

 jakby go walec drogowy przejechał w czasie
błogiej drzemki.

Od razu znać charakterystyczny styl
współautorki obrazka. Z pewnym zmieszaniem ośmieliłam się tylko zapytać:

– Co to ten kotek ma na brzuszku?

I usłyszałam to czego się spodziewałam:

– Pipcioszkę.

 

Po co się pytam , jak wiem:)

 

Rozkraczony kotek przespał na stole calutką
noc. Może to niezbyt wygodne leże, ale i tak zwierzak miał szczęście – ja i Miś
prawie nie spaliśmy i spokojnie moglibyśmy tę noc ustawić na półce z horrorami
i thrillerami.

Gdy rano półprzytomna doszłam na późne
śniadanie, okazało się, że kotek nie jest już sam, bo oto z pułapu zwieszał się
okazały …

 

pająk:)

Tu już musieliśmy trochę pogłówkować z mężulkiem
kto w twórczym porywie spłodził stawonoga razem z jego pajęczyną.

No i choć niewyspani i nie w sosie i
posiwiali od wczoraj o kolejne dziesiątki włosów musieliśmy się roześmiać z
całej tej historyjki o kotku, która zupełnie wymknęła się spod kontroli.

 


Gdy byłam na studiach w ramach pracy nad sobą
układałam każdego wieczoru harmonogram dnia następnego. I potem punkt po
punkcie realizowałam swoje plany. Czasem z uporem maniaka i kosztem zamknięcia
się na to, co oferowało życie. Czy to było dobre? Nie wiem. Na pewno prostsze,
bardziej uporządkowane.

Bo kiedy jesteś sam, scenariusze są
łatwiejsze do przewidzenia, znasz swoje historyjki od początku aż do puenty.

 Kiedy
zaczynasz dzielić życie z innymi, opowieści rozrastają się w zadziwiające
fabuły, a nad wieloma wątkami tracisz władzę. Nikt cię nie pyta jakie miałeś
plany i czy wszystko idzie po twojej myśli, a wydarzenia zaskakują cię raz po
raz, barwy mieszają się, powstają nowe odcienie .

Ale takie życie wolę.

I bawi mnie, że kotek z obrazka, który miał
być słodkim kłębuszkiem, wygląda jak dywanik przed kominkiem:)

 

archiwum dni

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Jak ty Rut szybko wijesz wianki – mówi
sąsiadka uśmiechając się zza ogrodzenia.

Zdziwiona Rut szybko robi w głowie przegląd wypadków
ostatnich dni.

Jest. Jest wzmianka.

Archiwum, strona 112, werset 56.

Siedziała na słoneczku przy tarasie, kołysała
w wózku uśpioną Laurkę, Nusi kazała nazrywać z ogródka mleczy na wianek, a
potem szybko, szybko splatała wianek dla córeczki. Musiało być z prędkością
światła, bo do wicia potrzebne  dwie
kończyny górne, a wózek napędu jeszcze nie ma. No i osy nieco interesowały się
złotym bukietem. Już zdążyły obudzić się w kominie i  natarczywie umilają życie wszystkim
domownikom.

Sąsiadka całą scenę musiała widzieć przez
okno, a teraz wyszła pospacerować po chodniku, różaniec odmówić i obejrzeć
beatyfikacyjno – patriotyczne dekoracje przy domach.

Łopoczą flagi. Biało – czerwone, biało – żółte
i niebieskie.

 

Archiwum, strona 113, werset 13.

Laurka pierwszy raz choruje.

Dotyka życia od tej
twardszej strony. Dzielna jest nad podziw.

Gdyby kogokolwiek z
dorosłych bolały zęby, męczył katar, uciążliwy kaszel i gorączka czuliby się
umierający , a ona… potrafi nawet uśmiechnąć się i pogaworzyć.

A Rut prawie nie
sypia czuwając, całe dni spędza na bardziej lub mniej udanych próbach „ulżenia
jej w niedoli” i gdyby tylko to było możliwe – chciałaby zabrać jej tę chorobę
i sama zachorować.

Wie, tak czują
wszystkie matki.

 

Rut lubi patrzeć na
tego złotego pelikana na ołtarzu. Kiedyś nie wiedziała co ma wspólnego pelikan
z Chrystusem. Teraz wie. Ptak – gdy nie ma czym – karmi młode własną krwią.

 

z każdą nieprzespaną
nocą

z każdym drgnieniem
serca na krzyk dziecka

z każdą jego chorobą

z każdym utuleniem
szlochu

rozumie Rut coraz
bardziej i Jego i wszystkie pelikany.

 

Archiwum, strona
114, werset 167.

Kiedy Laurka
zasypia, Rut zostawia ją z mężem, bierze dzieci, pudełko z krzaczkami
stokrotek, które podarowała jej sąsiadka i jedzie na działkę. Chociaż na
chwilę. Odpocząć, nasycić oczy zielonością, płuca powietrzem sosnowym, uszy –
ptasim trelem. Działka w pełni rozkwitu. Wytrysła biała fontanna tawuły,
niezabudki rozlały się jak lazurowy strumień, brzozy zazieleniły. Rut szybko
biega, sadzi swoje ulubione kwiatki. To tu , to tam kępka. Rozsieją się,
rozrosną, zaludnią kiedyś cały trawnik białymi łepkami. Jeszcze obejrzeć nowe
pączki, podlać kilka roślin. Dusio i Nusia biegają jak młode źrebięta, śmieją
się, piszczą, bawią wodą. I szybki powrót przez wioski, wśród lasów, pól i łąk.

 

Archiwum, strona
115, werset 1

Ranek. Laurka lepiej
spała w nocy, już nie poświstuje przez nosek, nie wyrywa ze snu atakiem kaszlu.
„Będzie dobrze” – myśli Rut z ulgą. Opatula niemowlaczka, uchyla okno. Mąż już
zaparzył jej kawę. Siedzi sobie Rut w różowej pidżamie, słucha porannego
świergotu ptaków, popija czarny napar. Laurka śpi, Dusio leży obok niej
cichutko i dotyka ustami małej ciepłej rączki. W kuchni Miś i Nusia wiodą
jakieś ciekawe dysputy. Ala jeszcze z głową w chmurze dziewczęcych snów. Do
późna Musierowiczową czytała.

 

Ach, życie jest
piękne.

Bywa trudne, ale to
nie ujmuje mu uroku.

Dziś beatyfikacja.
On umiał kochać życie jak nikt.

tak właśnie

pierwsze ząbki wykluwają się w buzi

pierwszy spacer po nałęczowskim parku

pierwsza sukieneczka pierwszy raz założona na wypukły brzuszek

pierwsza łyżeczka deseru marchewkowo-jabłkowego ( smakowanie życia zaczynamy od deseru:)

pierwszy raz w ramionach dziadka

pierwszy kwiatek włożony za uszko

pierwsze podróże na siedząco w wózku spacerówce

pierwszy daleki wyjazd z drzewami tańczącymi w oknach samochodu

pierwsze zanurzenie noska we wnętrzu narcyza

pierwszy kosmyk włosków odcięty

pierwsza burza

pierwszy deszcz

pierwsza zamieć z płatków dzikiej wiśni

Dla niej wszystko jest pierwsze, świeże,  zadziwiające.

A dla mnie…

pewnie tyle rzeczy jest już po raz ostatni, choć zupełnie o tym nie wiem.

Ale przecież są  rzeczy pierwsze, które są ostatnimi, więc może są też ostatnie, które są pierwszymi?

Bo może wszystko zdarza się raz tylko.

pierwszy raz tak właśnie patrzę jemu w oczy

pierwszy raz tak właśnie dotykam dłonią trawy

pierwszy raz tak właśnie rozmawiam z mamą

pierwszy raz tak właśnie budzę się o świcie

pierwszy raz taką właśnie piję kawę

pierwszy raz zdarzył mi się taki dzień jak dzisiaj

i dlatego –

pierwszy raz tak właśnie… mówię do was.

ogród fresków


Życie jest przebogate.

Usiłuję zatrzymać choć miligram z tego co się dzieje, upleść kobierzec słów, zamknąć w puzderkach pamięci, ale na koniec zawsze muszę się pogodzić ze swą bezsilnością.

Pudełek zbyt mało by ukryć wszystkie skarby, komputer co i rusz wyświetla wiadomość „ za mało miejsca na dysku”, słowa zbyt oklepane, zbyt zwyczajne by osnuć na nich przędzę cudu.


Jak opisać bogactwo codzienności?

Patrzę, słucham, chłonę, składam myśli, biorę długopis, zeszyt z jeżykiem, siadam przy klawiaturze i po pierwszych słowach zastygam. A potem … odkładam długopis i zeszyt, odchodzę od biurka.


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów…


Nie umiem napisać nic więcej niż : „życie jest przebogate”.

Jak freski w Kaplicy Sykstyńskiej.

Ile trzeba by czasu, by opisać to wszystko co w nich zawarte; kolory, fakturę, postaci, detale, symbolikę, grę światła smużącego z okien, lot myśli krążących pod stropem, uczucia jakie wzbudza pełne wysiłku i lekkości dotknięcie palcem dłoni Adama, by żył…



A to tylko ogród fresków ludzką ręką wymalowany na ścianach. Tylko życia odbicie.


Gdybym mówił językami…


Laurka ma oczy jak migdały. Najlepiej to widać, gdy patrzysz od góry. Rzeczy widziane z innej perspektywy niż przyzwyczajenie zyskują na niezwykłości. Podobnie ludzie.

Mrużą się oczka, gdy stajemy obie przy drzwiach balkonowych. Oglądamy niezwykłe zjawisko – donicę pełną różnokolorowych bratków. Wyglądają jak strzępek oddarty od tęczy.

A to Miś je kupił na targu, Rut posadziła.

– Zapamiętaj synu – mówił mężulek – kobietom wystarczy kupić troszkę kwiatków, by miały taką minę.

Na stole kuchennym płonie bukiet żonkili. Tych spod płotka. Daleko nie uciekły. Usidliliśmy je, zatrzymaliśmy ich świeży urok w szklanym wazonie. Na obrusie haftowanym w mlecze i dmuchawce szklana kuleczka leży. Słońce gra nią w kolory. Żonkile zaglądają nam w talerze i kubki pełne bursztynowej herbaty.

Zaraz przy stole stoi łóżeczko Laurki. Bobasek bawi się gołymi stópkami, chwyta je w locie, ciągnie do buzi. Rozgłośne cmokanie przeplata się z radosnym piskiem, mruczeniem i kombinowanymi ariami operowymi. Ma głosik diwy ten nasz dzidziuś. Chociaż czasem…

– Zamknijcie okno – mówi Rut – bo ludzie pomyślą, że tu przemoc w rodzinie się dokonuje.

Wszak nie każdy jest melomanem:)


Palce zamierają na czarnej klawiaturze.

I co teraz?

Gdybym mówił językami, gdybym miał wszystkie barwy świata, gdybym znał wszystkie jego tony…

Ile razy artysto twoja ręka osunęła się świadoma, że nie ujmie wszystkiego we fresk?

Ile razy zszedłeś z wysokiego rusztowania z decyzją, że nie wrócisz?

I wracałeś.


Dudnią schody jak bębny tubylców, skrzypią podłogowe deski przeciągłym jękiem, ściany odbijają echo nawoływań: „Dusio, gdzie jesteś?!!! Mamo, nie przebiegała tędy Nusia?!!! Nie wolno na dole!!! Już się nie bawię!!!”

Rodzeństwo bawi się w chowanego. Znaleźć kogoś w tak ogromnym domu to jak szukać igły w stogu siana. Co za frajda zaszyć się pod stolikiem u babci, za grubą zasłoną, czy w szafie i udawać, że cię nie ma. A gdy się znudzi? Jest jeszcze guma. Od babci wyprosili kawałek, mama związała. Gra stara jak świat, która znów święci tryumfy na szkolnych korytarzach. I to nie tylko wśród towarzystwa z warkoczykami i kokardkami we włosach.

– Grałeś jak byłeś mały w gumę? – pyta Rut mężulka

– Fuj – odpowiada zgorszony

– A teraz wszyscy chłopcy grają – opowiadają na wyścigi dzieci – Każdy ma swoja gumę. Dziewczynki i chłopcy.

– Fuj – nie zmienia zdania staroświecki tatuś.


„Okruszki ze stołu” – szepcze myśl – „To tylko okruszki Rut”

Wiem. Nie wyzbieram wszystkich. Kartek za mało w zeszycie, bajtów w komputerze, tuszu w długopisie, chwil wolnych za mało.

Po raz kolejny odchodzę.

I wracam.


Kiedy odmawiamy koronkę do miłosierdzia za oknem dwie smugi światła przebijają szare sklepienie. Trzepot skrzydeł siwych i na nagim jeszcze drzewie lekko siada gołąb. Laurka patrzy dziwnym wzrokiem po twarzach monotonnie coś recytujących.

– Co się dzieje? Co wy robicie? – grucha do wtóru z gołębiem.

Wszystkie buzie śmieją się w odpowiedzi na jej pytanie.

Dwa paluszki wędrują do buzi. Może tym razem natkną się na trop ząbków.

Rut wyraźnie już je czuje w czasie karmienia.

– Au!!! niunia mnie gryzie!!! – płacze mamusia, a córeczka przerywa niecny proceder, spogląda kącikami oczu i się śmieje.


Dlaczego nie istnieje słowo na określenie tego czegoś co pomiędzy spojrzeniem a uśmiechem się tli? Dlaczego nie ma nazwy kolor jej oczu?


Gdybym znał wszystkie języki świata, gdybym był biegły w każdej mowie…Może moje dzieci, kiedyś.


Ala pisze opowiadania o żubrze i wiewiórce Basi. Szybko, sprawnie, z polotem niespotykanym u dzieci w jej wieku. Siedzi w łóżku do późnej nocy i drobniutkim pismem pokrywa kolejne kartki brulionu. Nieobecna, podekscytowana, z płonącymi policzkami.

Ja w jej wieku tez pisałam książki, bajki, ale jej talent stokroć przewyższy mój. Już to widać. Krople złotego jantaru spływają po palcach wprost na białe kartki.

Może ona pozna słowa, których ja nie znam, może ona znajdzie barwy dla mnie niewidzialne, może ona zapełni freskami przestrzenie dotąd puste.


Tymczasem budują na działce płotek z patyków dokoła swego domku na drzewie. Splatają go pracowicie z leszczynowych witek i wzmacniają skrawkami sznurka. Dusio jak zawsze jest sprężyną poruszającą wszystkie tryby. Planuje, przewiduje, nadzoruje, wieńczy dzieło.

W wózku śpi Laurka, trawa zielenieje, ptak śpiewa, z lasu dolatuje na fali wiatru zapach fiołków.

– Mamo, możemy iść je zerwać?

Idą. Przedzierają się przez krzaczaste poszycie lasu, pochylają głowy, co krok nadziewają się na sterczące gałęzie. Obserwuję przez siatkę ich pełną mozołu wędrówkę. Zupełnie jak w życiu.

Fiołki spadły z nieba, gdy aniołowie wykrajali w nim dziurki na gwiazdy:) Tyle rzeczy nam z nieba spada, lecz czasem tak trudno wyplątać myśli z zagajnika jeżynowych łodyg. Sama ostatnio tak uwięzłam.



Pokornieją palce stukające w czarną klawiaturzę.

Enter.

Gdybym znała języki ludzi i aniołów…



…ale nie znam


Znam tylko wiele tysięcy słów zupełnie nieprzydatnych przy opisywaniu cudu codzienności zwanej przez ludzi szarą.


dumka na gitarę

Oglądamy „Rodzinkę.pl”.

Filmowa żona w środku nocy „zawraca gitarę” mężowi, by wstał i poszedł do kuchni sprawdzić, bo ona się martwi, że pojemniki na śniadanie dla synów nie umyte.

Ha ha ha – śmieją się Rut i Miś w duecie.

Chwilę potem film się kończy, telewizor gaśnie, wszyscy ułożeni w kosteczkę pod kołderkami. Nie mija i pięć minut, gdy…

– Martwię się – szturcha Rut mężulka.

– Czym? – pyta nieprzytomnie kościstym łokciem dźgnięty.

– Czy Laurka oddycha. – szepcze żoneczka pochylając się nad bobaskiem – Bo ona ma taki katar. Może jej się zatkać nosek.

– Oddycha, oddycha – tonem bobaskologa – znawcy wybudzony Miś.

W tym momencie jakby na potwierdzenie tej śmiałej tezy daje się słyszeć rozgłośne chrapnięcie maluszka.

Chrrrr!!!

Uff.

Uspokojona Rut układa się do snu.

– Widzisz – z satysfakcją komentuje małżonek.

– No, przynajmniej tego, że ty żyjesz jestem pewna przez całą noc – nie pozostaje dłużna żona.

– Co??? !!!

Tu następuje seria pisków, szelestów i rechotów wieńcząca wieczorne „zawracanie gitary”.

Tak, tak Panie Kohelecie są różne czasy:

jest czas grania serenad na gitarze

i czas gitary zawracania:)