bez okładu z kapusty:)

 

– Mamo, czy kobieta może urodzić bez męża? – pyta Dusio w trakcie zbiorowych igraszek z Laurką.

– Nie, nie może. – odpowiada mama.

– A czy może urodzić jak nie ma męża? –  synek drąży jak kornik od innej strony.

– Może. – „oj, robi się coraz bardziej pod górkę” – myśli Rut i mężnie kontynuuje wyjaśnienia – Może synku, jak ma na przykład narzeczonego, albo jakiegoś innego mężczyznę…

– Czyli bez mężczyzny kobieta nie może urodzić dziecka – konkluduje dociekliwy.

– No pewnie, że nie może. – wtrąca się do ciekawej dysputy Nusia – Ktoś musi ją przecież zawieźć do szpitala:)

No i wybrnęliśmy. I to bez pomocy bociana i kapusty:)

 


błogosławieństwo

 

– Oooo, ręka Boga!!! – krzyczą nasze dzieci patrząc przez okno.

 

 

 

My to tak nazywamy:)

On palcami swymi muska wszystkie nasze ziemskie sprawy,

dachy przykurzone,

świetlisto- żółte narcyzy,

pióra gołębi w locie,

berety na głowach pań,

trawy prostujące po zimie swoje plecy,

włosy podlotków, a pod nimi całkiem już dorosłe myśli,

uprane obrusy na sznurach,

karoserie śmigających aut,

kłębki wronich gniazd na czubkach drzew,

uliczne zebry z wędrującymi po nich tornistrami,

tafle okien wiosennie wypucowanych,

zadarte noski bobasków,

laski staruszek stukające o chodnik,

szepczące fale rzeki,

zwitki białej kory na pniach brzóz,

mnie, ciebie, nas.

„ Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie.” – mówi.

 

… słyszę to oczami.

 


kwitnienie

On trzyma bobaska na kolanach. Maluszek ssie piąstkę prawie usypiając.

W TV „Jaka to melodia” rozbrzmiewa dźwiękami przebojów.

„Przetańczyć z tobą chcę całą noc…” – wypełnia melodią wieczorny pokój.

– Pamiętasz? – pyta on

– Pamiętam. – mówi ona

Przecież zawsze będzie pamiętała. Piosenka, która rozpoczęła ten najważniejszy wieczór ich wspólnego życia. Którą odtańczyli w obłoku zachwyconych spojrzeń i  fleszach uśmiechów przyjaciół.

– Nawet więcej niż noc… – rozmarza się ten, który tańczy z nią już 12 lat.

Zaczynają się całować.

I tu – zgodnie z kanonami kina amerykańskiego – powinno być dyskretne ściemnienie. Klaps. Koniec sceny.

Tymczasem to film polski jest, więc…

– Weź mnie na kolanka i pogłaskaj po pleckach – rozlega się głosik Nusi

– Rozepnij mi z tyłu guzik – prosi Ala.

– Weź mnie na kolanka i pogłaskaj plecki – wobec braku odzewu ze strony rodziców powtarza natarczywiej maluch.

– Pamiętasz – mówi mężulek, przerywając romantyczny pocałunek – jak kiedyś marzyłaś, by nasze dzieci widziały, że się całujemy?

Pamiętam.

Takie moje stare marzenie.


Ta scena zachwyciła mnie w jednej z książek Musierowiczowej. Aniela i Bernard całują się na fotelu, niepomni, że do mieszkania wchodzi gość. Ich dwaj synowie bawią się w najlepsze w kojącej atmosferze ich czułości. Nie są zdziwieni zachowaniem rodziców. Wszak to oczywista oczywistość, że się kochają.

Ja jako dziecko nie miałam tej pewności.

Nie można wyrządzić większej krzywdy dziecku niż wychowywać je na ruchomych piaskach.

Pamiętam więc i nigdy nie zapomnę –

dzieci muszą mieszkać w oazie pod słońcem miłości.

Tylko tam zakwitają te delikatne, orientalne kwiaty.

różne wypadki

Najstarsza nasza córka jedzie za czas niedługi na szkolną wycieczkę. Wycieczka jest z gatunku tych dłuższych i zahaczy również o ościenny, przyjazny, wręcz pobratymczy według starych podań kraj UE. Lecz by odświeżyć więź krwi konieczny jest paszport lub – w wersji bardziej ekonomicznej czasowo i materialnie ( nerwowo również) – tymczasowy dowód osobisty.

Na wieść o tym średnia córka zgłasza roszczenia:

– Ja też chcę mieć dowód.

– A po co ci dowód? – pyta Rut – Alutka jedzie na wycieczkę i jest jej potrzebny, a takim maluchom jak ty robi się dowody tylko w WYJĄTKOWYCH wypadkach – wyłuszcza racjonalnie macierz.

– Ale – wchodzi w słówko rzeczony maluch – ja przecież miałam WYPADEK. Brat mnie popchnął i upadłam:)

Trudno dyskutować, gdy na stół wyjechały takie argumenty. Wypadki wszak chodzą po ludziach, a po naszym maluchu to całymi stadami przebiegają.


Twierdzi ostatnio, że jest księżniczką Dżasminą, co nie przeszkadza jednak szlachetnie urodzonej w bieganiu z plastikowym rewolwerem w dłoni i kopaniu piłki w salonie.

Może ją nawet do reprezentacji przyjmą tyle goli strzela

i wtedy…

… warto wyrobić dowód – tak na WSZELKI wypadek:)

 


starocie

Na specjalne zamówienie nasz targ staroci:)

Okiennice babci niebieskiej

 

stary płotek z koronką jaśminu

 

 

czerwone maki i czerwone ręcznie robione cegły

 

 

stare rosochate jabłonie w sadzie

 

 

i niebo – stare jak świat, lecz równie zachwycające jak przy jego stworzeniu:)

 

 

A teraz pchli targ zamykamy:)

zganiony

 

– Oooo, cukierki!!! – cieszy się Nusia przecierając porannie zaspane oczka – Skąd?

– Może krasnoludki przyniosły. – podpuszcza Rutka

– Nie, to ja przyniosłem – przyznaje się Miś – Wczoraj dzieci w szkole rozdawały i pomyślałem, że wezmę trzy dla moich dzieci.

– A nie zapomniałeś o Lauci? – z wyrzutem strofuje Nusia.

– No właśnie! Nie zapomniałeś o Luci?!!! – przyłącza się do przygany maszynka do przerobu cukierków na mleczko 🙂

Zapomniał. Do czterech zliczyć nie umie.


– Nie martw sie mamusiu. – pociesza Nusia patrząc z dezaprobatą na winowajcę – Ja się z tobą podzielę.


przeoczenie

A wczoraj na działce  oprócz stukotu młotków, świstu szlifierek, nawoływań brygady: „Poooodaj!!! Nie, nie z tej stroony!!! Młotek? Gdzie młoootek!!!?” wiosna przechadzała się…

Wykluły się kurczęta na skalniaku

 

jaszczurka piekła boczki na słońcu

 

wytropiliśmy uciekinierów z ogródka. Już byli za płotem:)

 

różowe słońce przykucnęło na trawniku

 

 

Tyle sie działo oprócz zmiany dachu.

Ale większość przechodniów widziało tylko dach i słyszało stukanie młotków:)

Drobne przeoczenie.

 

Sztukmistrz

– Ala nie pomogła mi rozwiązać chustki – melduje Nusia po powrocie ze spaceru.

Chustka jest zielona w małpki i mama zawiązuje ją Nusi na szyi, bo wiosenne wiaterki lubią płatać figle.

– I sama rozwiązałaś? – pyta mama rozbierając Laurkę.

– Pociągnęłam o tak – prezentuje córeczka szybkim ruchem – i sama się rozwiązała. To po prostu czary mamo! – ekscytuje się – Pan Bóg mi pomógł zamiast Ali.

🙂 🙂 🙂

Jak się cieszę malutka, że umiesz Go dostrzec w takich drobiazgach.

To większa sztuka niż największe czary największych sztukmistrzów.


i to też czary…

 


 

przebić się przez twardą grudę w jedwabnych spódniczkach:)

 

grafika dnia

Rut usiłowała rozdwoić się na działce.

Jedną ręką woziła śpiącą Laurkę w wózku, drugą – prawą porządkowała mały ogródek przy budynku.

(Zupełnie jak Izraelici odbudowujący Jerozolimę: w jednej ręce – murarska kielnia, w drugiej – miecz dla obrony przed wrogiem.)

Laurka nie wożona, obudziłaby się „wtimiga” ( dla Zachodu Polski : „szybko”), a ogródek nie odgruzowany po remoncie dachu, mógłby już nigdy nie dojść do formy.

Ale  proces rozdwajania Rut ma opanowany do perfekcji. W tak pracowite soboty jak ta  musi się roztroić albo rozczworzyć.

„Dzięki Ci Boże, że uczyniłeś mnie mężczyzną” – modlili się pobożni Żydzi.

„I za co tu dziękować?” – myśli Rut – przekora – „Mężczyzna jak kopie to tylko kopie, jak grabi – to tylko grabi, jak śpi – to tylko śpi…”

Dziękuję, że raczyłeś Panie stworzyć mnie kobietą.

Gotując – zmywam podłogę, piorę i prasuję. Jedząc – karmię dziecko, podlewam kwiaty i robię herbatę. Śpiąc – czuwam, opatulam kołderką i patrzę księżycowi w twarz.

A na działce?

Mężulek co prawda obiecywał, że bobaskiem zajmie się sam osobiście, a ona będzie mogła oddać się szaleństwu z grabiami, pazurkami, łopatką i z czym tam jeszcze jej do twarzy. Na miejscu jednak zew pracy okazał się tak silny, że po pierwszym kwadransie przykładnego tatusiowania, Miś porzucił wózek na rzecz taczki i łopaty.

Na bolesny wyrzut Ruciny : „ale to ja miałam dziś pracować na działce” odparował krótko: „nie dasz rady wozić taczką i zgarniać łopatą”.

„Dam” – jęknęła cichutko.

Przecież prawie od roku o tym marzy, by się ciężko spracować na świeżym powietrzu, poczuć kłujące szpileczki w oskrzelach, szum krwi w skroniach, a następnego dnia obudzić się  z obolałymi mięśniami i odciskami na dłoniach.

O takich prostych rzeczach się marzy kiedy wiele miesięcy wegetujesz prawie w bezruchu.

Upraszcza się rysunek planów do kilku grubych kresek. Jak czarno-biała grafika.

Pobiec kawałek przez las.

Położyć się na trawie i poczuć jej ciepły wibrujący zapach wokół twarzy.

Zmęczyć się aż przed oczami zaczną fruwać czarne płatki.

Pchać ciężką taczkę.

Przesunąć kamień.

Nic więcej. Żadnych fanaberii. Esów – floresów. Plątaniny barw.

Żaden tam Monet z jego makami, nenufarami, wschodami słońca.

Kilka prostych kresek.

Grafika.


krasnale

Mimo skonania na dobre i pogrzebania systemu socjalistycznego ładnych parę latek temu, w naszym domu wciąż istnieją dobra deficytowe.

Należą doń:

1.Nożyczki – które wciąż dokupowane, bo jednak w sklepach oprócz octu i zapałek można je nabyć, giną jak kamfora zaraz po rozpakowaniu.

2.Taśma klejąca – która, wszystkim zawsze potrzebna w celu uprawiania radosnej twórczości, może być dosłownie wszędzie, ale zwykle jest „nigdzie”

3.Klej – podobnież

4.Długopisy –  nie mają szans „długo – się – popisać”, mają bowiem taką mysią naturę, że wściubiają nosy w najmniejsze zakamarki i … szukaj wiatru w polu

No i…

5.Krasnoludki – o których wiemy, że są, bo co roku przynoszą na Dzień Dziecka prezenty sprytnie je ukrywając na działce, ale od wiek wieków* nikt ich nie widział. A najbardziej nie widziała ich pewna pięcioletnia kobietka, co ją mocno frasuje i denerwuje po trosze.

– Mamo, a gdzie jest ten domek z zapałek, w którym mieszkały? – pyta ( Pamiętacie? Pisałam kiedyś, że mieszkały i że je widziałam tak dokładnie jak Was nie widzę. Nusia też pamięta:)

– Gdzieś u babci.

– To pójdę do niej i pożyczę.

– A co będziemy z nim robić?

– Postawimy na działce, nakruszymy ciasteczek i ZWABIMY krasnoludki. – wyłuszcza swój chytry plan.

– A po co ci krasnoludki?

– Bo ja ich nigdy nie widziałam, a to niesprawiedliwe, że jest takie dziecko, które nie widziało:)

Nie można zaprzeczyć – niesprawiedliwość to jest dziejowa!!!

Socjaliści by do tego nie dopuścili:)

– Ale mamo, ty naprawdę je widziałaś jak byłaś mała? – docieka Dusio, któremu sceptyczni koledzy zdążyli już namącić w głowie.

– Naprawdę.

– Ale przyrzeknij.

– Synku, naprawdę je widziałam.

Błogi uśmiech wykwita na twarzy dziecka. A jednak istnieje ten świat.

– Jak je zwabimy to je znów zobaczysz – obiecuje Nusia

– Chyba nie.

– Dlaczego?

– Bo krasnoludki mogą widzieć tylko dzieci, ja już mam za stare oczy.

– Nie mamusiu, nie masz starych oczu – zapewnia z całego serduszka dziewczynka – Zobaczymy je razem.

Rut już nic nie mówi. Nawet jeśli ma zbyt stare oczy to i tak je kiedyś widziała. Naprawdę.

I to jej wystarczy.


* czyt. od dzieciństwa Rutki