fotoreportaż z oazy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ponoć wszędzie dookoła są burze, wichury zrywają dachy, pioruny
biją pięściami w ziemię, a rzęsiste deszcze zmywają wszystkim głowy.

Ponoć… po u nas cisza, spokój przetkany złotą nicią cykania
świerszczy i upał .

Jedyne co leje się z nieba to żar, więc …

 

 

 Jedyne zachmurzenia wyglądają tak:

 

Jedyne co grzmoci to nóżki Nusi o podłogę.

– Zdrowy duch – zdrowe cielę – zacytowała z pamięci stare
przysłowie:) i pobiegła jak wicher wprowadzając słowa w czyn.

– Żyki na zakwasie, żyki na zakwasie!!! – podśpiewuje ( też
z pamięci) skacząc po schodach jak koziołek.

– Chyba : „żytni na zakwasie” – prostuje mama, a Ala wybucha
śmiechem, bo nasunęło jej się niezbyt eleganckie skojarzenie.

Drobne przejęzyczenia .

A wszystko z zabandażowaną nóżką, a wszystko z pamięci:)

 A deszcz – zaklinany po wielokroć – nie nadciąga.

Więc pielęgnujemy ogrody chroniąc je przed upałem.

 

Laurka też angażuje się jak umie.

Pasję ogrodniczą wyssała bowiem z mlekiem matki:)

Cisza, spokój, oaza.

podpowiedź

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niedzielne popołudnie na działce. Mama i dzieci grają na
kocu w scrabble . Rut dla kurażu popija raz po raz mrożoną kawę z mlekiem.
Szare komórki wyraźnie szybciej się po niej ruszają. Dusio i Ala dotąd męczą aż
dostają po łyczku zakazanego w ich wieku napoju.

Tylko pięciolatek jest niepocieszony.

W końcu, zniecierpliwiony ignorowaniem jego potrzeb, zabiera
woreczek z literkami.

– Albo mi dacie łyczka, albo zabieram litery! – grozi Nusia
– Tak mi mój SUMIEŃ podpowiada!

Ocho, powiało grozą jak za Inkwizycji:)

 

zgrzyt

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Obudził mnie dziś dziwny dźwięk . Coś pomiędzy chrobotaniem
myszy a jeżdżeniem styropianem po szybie.

Miś?

Nie. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że śpi jak
ubity przez Jacka Soplicę w kniei. Z łapami szeroko rozrzuconymi na boki.

Jak nie Miś i nie ja to kto?

Czarne szpileczki oczu wbiły się figlarnie w twarz mamy.

Aaa Laucia!

Uczyniwszy odpowiedni grymas zgrzyta zębami z wyraźną
lubością.

U dołu półtora zęba, u góry ledwie dostrzegalny rożek
jedynki i już odkryła nowe możliwości wynikające z faktu posiadania uzębienia.

Są też inne zalety – gdy się nie chce już ssać cyca, zawsze
można to dobitnie mamie zasygnalizować:)

Aj, jak dobitnie!!!

reklama reklamówki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niektóre przedmioty, z natury swej nieciekawe, położone w
odpowiednim miejscu lub umieszczone we frapującym kontekście potrafią
uskrzydlić wyobraźnię człowieka i to skrzydłami o rozpiętości skrzydeł orła:)

I oto na ławie w pokoju leży w niedbałej pozie porzucona
reklamówka.

– Co jest w tej reklamówce? – interesuje się Nusia, a błysk
w oku świadczy, że procesy myślowe poszły, ba, poleciały lotem błyskawicy w
odpowiednim kierunku.

No bo co może być w takiej reklamówce? Cukierki, czekolady,
ciastka, napoje, gumy, zabawki…

– Nic. – brutalnie odpowiada mama

– To po co ona tu leży? – łuna nadziei nie gaśnie w oku.

No bo po co może leżeć taka reklamówka na ławie w pokoju,
wyraźnie gotowa na załadowanie w nią … cukierków, czekolad, ciastek, napojów,
gum i zabawek?

– Wyjęłam ją z torebki, bo jest mi niepotrzebna – odpowiedź
nie pozostawia złudzeń i maluch ulatnia się do swoich zajęć.

Ale…

… oto wchodzi do pokoju Miś, zatacza spojrzeniem po wnętrzu
niczym sokół.

– A po co ta reklamówka? – dostrzega łakomy kąsek.

No bo po co może być taka reklamówka rozpostarta na środku
ławy?

Może żoneczka kupi kolejne opakowanie kawy, a może już
kupiła?

E, nie.

Żona zaśmiewa się do rozpuku nie wiadomo z czego.

– Po nic. – udziela banalnej odpowiedzi pomiędzy jednym
chi-chi, a drugim.

 

 Tak się zastanawiam,
że może nie warto chować reklamówki do torebki skoro ma ona aż takie zasługi w
dziedzinie pobudzania wyobraźni i procesów myślowych.

 

No bo może po to jest właśnie ta reklamówka.

A co by to było, gdyby np. skarpetkę umieścić w szufladzie
ze sztućcami?

Spróbujcie:)

chaotyczny rachunek

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Jak przy każdym weselu czas zrobić rachunek zysków i
strat.

Miło było spotkać się wreszcie w kompletnym komplecie, a
nawet z bonusem w postaci kotki Czesi należącej do Maxa. Kotka przyjechała aż z
Pomorza, po czym wpadła w wir przygotowań i tłum ludzi ( bo jako rodzina już
niezły tłum stanowimy, samego narybku osiem sztuk było), więc źrenice z
przerażenia rozszerzyły się jej do granic możliwości i takie już pozostały aż
do końca wizyty. My zaś, mimo niesprzyjających okoliczności typu braki łóżek,
zmienna pogoda, deficyty ciepłej wody i naczyń wszelakiego kalibru, mogliśmy
wreszcie spotkać się, pogadać bez reżimu upływających darmowych minut, pośmiać,
poczuć, że – choć rozsiani szerokim gestem po kraju – jesteśmy bliscy.

Kto wie kiedy następnym razem równie sprzyjające wiatry
przywieją nas w jedno miejsce o jednym czasie.

Może na ślub Maxa? Choć Amelia usilnie doradzała mu wzięcie
go po cichu i bez  rodzinnych zlotów.
Tylko to jednak nie ma takiego uroku, a każdy moment graniczny w naszym życiu
powinien mieć jakąś oprawę. Niekoniecznie wystawną ucztę. Może raczej chodzi o
wianuszek bliskich zgromadzonych wokół, może raczej o wspólny śmiech, o dobre życzenia.
Pewnie, że można pójść w dżinsach do USC 
i zarejestrować w pięć minut związek, a później zjeść z tej okazji
burgera w Mc Donaldzie. Tylko czy wtedy poczujesz się inny, a twoje życie
odmienione? A o to właśnie chodzi. O zmianę, która zaszła, o to, by ją poczuć,
wyryć w pamięci i sercu. Po to człowiek od zarania świata świętował, tworzył
rytuały, oprawiał ważne wydarzenia w kruszec obrzędów i niezwykłości.

Dużo dobrych rzeczy się wydarzyło.

Zadzwonił telefon i Kora dostała wymarzoną pracę, o którą
starała się od miesięcy. Aż oczy się wszystkim zaszkliły z radości, że oto
ciężkie czasy ma za sobą.

Przyszedł list i Rut wygrała kuty stolik kawowy do swego
ogrodu na działce. Och, już marzymy o chwili, gdy usiądziemy przy nim we dwoje
na patio i poczujemy aromat unoszący się z filiżanek.

Nusia tradycyjnie podbijała serca wszystkich znajomych i
nieznajomych.

– Przyjadę do ciebie – zaoferowała bez ogródek ojcu pana
młodego, a ten chodził potem i opowiadał wszystkim ze śmiechem jakiego będzie
miał gościa.

Zyskaliśmy więc nową rodzinę, odnowiliśmy stare więzy.

Ale i straty były. Jak zawsze, gdy tajfun wydarzeń porwie wszystkich.

Do dziś nie wiemy na jakim świecie jest część zastawy
stołowej. Prawdopodobne, że Charon przewiózł niektóre talerze i półmiski do
Krainy Wiecznego Milczenia.

Były też straty w ludziach…

Dusio się przeziębił, bo pogoda prześcigała samą siebie, by nam
udowodnić jak może być zmienną pod koniec maja.

A Nusia… tu jest najsmutniejsza część tej chaotycznej
opowieści o weselu.

Nusia i pan młody przez nieuwagę Rut poparzyli sobie nogi
wylewając na siebie kubek gorącej kawy:( 
Pan młody – Artur – z uwagi na fakt, że ma nieco grubszą skórę i był pod
spodem – obrażenia ma niezbyt dotkliwe. Nusia zaś, która siedziała w swej
ulubionej pozycji, czyli na kolanach u nowego wujka, ma na nóżce oparzenia I i
II stopnia, czyli duże bolesne bąble. Na szczęście Opatrzność , prócz nieuwagi
( być może spowodowanej zmęczeniem) wyposażyła nas również w refleks, więc
oparzenia zostały szybko wsadzone pod lodowaty prysznic i równie szybko
zaordynowano maść i opatrunek polecone przez Amelię, która – także dzięki
łaskawej Opatrzności – jest pielęgniarką i na co dzień zajmuje się podobnymi
przypadkami. Szczęście w nieszczęściu.

A jeśli dobrych stron szukać jeszcze uporczywiej to –
powinnam już wrócić do pracy, ale nie wracam, bo lekarz dał mi opiekę na Nusię
i jej nóżkę.

Nusia jest bardzo dzielna, daje sobie zmieniać opatrunki i
nie płacze. Wspomina tylko o nagrodzie za odwagę, czyli wymarzonym diademie
księżniczki.

Choć ostatnio wersja się zmieniała:

– Poprosiłam Pana Boga – zwierza się pacjentka – żeby to
krasnoludki dały mi diadem na Dzień Dziecka, żebyście wy nie musieli wydawać
ciągle pieniążków.

Cała Nusia:)

A nóżka do wesela się zagoi.

Tylko do czyjego wesela? Maxa? Kory? A może najmłodszego
Leosia? Czas obstawiać zakłady i dokupić naczyń:)

ze środka oceanu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Życie kipi, przelewa się, bulgocze jak aromatyczna
potrawa w garnku.

Świętowaliśmy Alusiowe urodziny – pierwsze
nastoletnie, potem Dzień Matki – pierwszy poczwórny, a wszystko to zanurzone w
słodko-kwaśnym sosie przygotowań do ślubu Amelii.

– Och, gdybym wiedziała, wzięłabym cichy ślub
– wzdycha panna młoda udręczona obrusami, poszukiwaniem sosjerek, rwaniem
koperku, zakupami, fryzjerem i wodną awarią.

A to tylko małe przyjęcie dla najbliższej
rodziny, a to dopiero odcumowanie statku w porcie.

Patrzę na nią, rok młodszą ode mnie z
zadziwieniem , niedowierzaniem.

Ona dopiero z doku wypływa, a za mną już
węzły szlaków morskich, a za mną już morza radości i oceany niepokoju, za mną
już burze i sztormy i dni bezwietrzne ze zwiędłymi płatkami żagli i śpiew
wielorybów i wyspy pełne skarbów, które odkryłam, za mną tysiące srebrnych
nieugłaskanych grzbietów fal, złote piaski plaż…

O tym wszystkim myślę wplątana w ślubne
przygotowania siostry, o tym dumam pomagając Dusiowi przygotować pracę na
konkurs. I czy to zbieg okoliczności, że temat brzmi: „O czym szumi morze?”

O czym szumisz moje morze?

Patrzę jak Amelia wsuwa złotą obrączkę na
palec męża i wydaje mi się jakby to było tysiące mil morskich ode mnie, setki
lat świetlnych wstecz. Jakbym życie przeżyła do końca i patrzyła z jego kresu
na początek.

A to przecież jeszcze nie kres.

Jeszcze tafla niezmierzona błękitna łączy się
cienką linią horyzontu z niebem. Jeszcze tyle razy mnie morze zadziwisz,
jeszcze tyle nie odkrytych lądów, nie zdeptanych piasków, szant wygrywanych
przez wiatry, jeszcze twarz nie zaorana do końca słoną bryzą, włosy nie
spłowiały w słońcu, jeszcze dziecko małe kwili.

Ale wstecz też to samo. Tafla niezmierzona
błękitna łączy się cienką linią horyzontu z niebem.

Gdzie jestem?

Jestem na samym środku oceanu.

Zrozumiałam to patrząc na Amelię w białej
sukni z jedną herbaciana różą w dłoni, z jednym rozmarzonym uśmiechem na
ustach.

– Obyście byli tak szczęśliwi jak my – tylko
tego im życzyliśmy, gdy podnosili kotwicę.

Lepszych życzeń nie znamy.

a jednak Monet…



 … i patrzysz oczarowany i zadziwiony, że Ty też jesteś częścią tego obrazka. Z aparatem w dłoni na krawędzi perspektywy.
"A jednak Monet" – myślisz z wdzięcznością .
Jaki nadać by można tytuł?
Córki zrywające miętę?
Dama z parasolką?
Bujność życia?

A może po prostu: "Szczęście" ?

 Mimo całego mego optymizmu, nie spodziewałam się aż takich chwil…

alegoria brzozy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Dorastamy.

Leżaczek powoli wychodzi z użycia, głównie za
sprawą taty, który wprowadził pojazd formuły 1 czyli spacerówkę. F1 ma swoje
plusy, bo jest większy, ale i minusy, bo nazbyt angażuje ręce, które przecież
przydały by się np. do pisania na komputerze.

W wyższej kategorii wiekowej do użytku weszły
rolki i nowiuśki rower Dusia.

I tak całą karawaną wytaczamy się na naszą
osiedlową uliczkę z asfaltem na tyle świeżym, że jeszcze nie dziurawym jak
sito. Laucia w wózku, Nusia na rowerku-tygrysku ewentualnie hulajnodze, Dusio
na swym lśniącym czarnym rowerze, a Ala na rolkach – podtrzymywana kurczowo
przez mamę. Rut zaś – jedyna niezmotoryzowana, bo jej rower składak ukradli tuż
po Komunii i od tamtej pory dwukołowca już nie posiadała. A rower w
dzisiejszych czasach to luksus. Auto to potrzeba i mus.

Dorastamy – również i my – Rut i Miś – wciąż
– dzień po dniu dorastamy do roli małżonków, rodziców, ludzi po prostu, czy –
jakby rzekła jeszcze niedawno niepoprawna gramatycznie Nusia – do roli
„człowieków”.

Bo dorastanie jest chyba procesem
permanentnym, nieustającym jak szum wody w rzekach, jak przepływ obłoków na
niebie, jak erozja skał. I nie masz szans stanąć w miejscu, zostać skamieliną.
Musisz wciąż kruszeć, rosnąć, iść.

I dobrze.

Na tym to wszystko polega, prawda?

Dorastamy.

Jak nasze młode brzózki na działce, którym z
roku na rok w obwodzie przybywa, ale i kora coraz głębiej, boleśniej pęka. Bo
dorastanie nie jest tylko wzrostem, musi też być pękaniem, rozdzieraniem
dawnych skorup, odpadaniem tego, w czym już się nie mieścimy.

Rut siedzi na ławeczce, którą rok temu Dusio
zrobił dla swej ciężarnej mamy, głaszcze pień pochylonej brzózki. Jeszcze
gładki, młodzieńczy, choć tu i ówdzie biały zwitek odpada pod dotykiem dłoni. Choć
tu i ówdzie coraz głębsze szramy. To znak, że dorasta.

Jacy podobni jesteśmy do tych brzóz.

 Wszystko jest alegorią naszego życia. Wystarczy
tylko zapatrzeć się, zasłuchać.

Dorastamy.

Do czego?

Oby zawsze w kierunku nieba jak nasze brzozy. Nawet ta garbata tam biegnie z wyciągniętymi zielonymi rękoma.


kwestia sprytu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Kto gra w gumę?! Ja pierwsza!!! – wykrzykuje
Ala znienacka.

– Ja drugi!!! – Dusio ma szybki refleks.

– O nie. – spostrzega się jako ostatnia Nusia
i robi naburmuszoną minkę

– Nie gram!!! – krzyczy za odbiegającym
bratem i siostrą.

 

I tu jest pewna komplikacja, bo do gry
potrzeba trzech graczy. Od biedy tylko stawia się taboret, ale taboret ma z
natury drewniane nogi i nie rusza nimi, by utrudnić grę skaczącemu, a to żadna
frajda,

więc…

 

– No dooobra Nusia…  – ofiarowuje się łaskawie rodzeństwo – jesteś
pierwsza.

 

No i jest.

I po co komu refleks?

Spryt wystarczy za wszystko:)


to i owo

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Nusia wpada jak piorun do kuchni, gdzie mama
ucina sobie kolacyjkę z pokomunijnych resztek

– Gdzie są Luci rzeczy do…do… pierzenia? –
zgłasza interpelację pociecha, u której rąk dyndają zdjęte rajstopki, a na nich
ekstrawagancko udrapowane majteczki.

– W pralce. – udziela szybkiej odpowiedzi
mama.

Zaświeciła różowa dupinka na progu, zatupały
przykurzone pięty.

Przykurzone, bo byliśmy dziś na działce. Po
kilku dniach zimnych, wietrznie porywistych, napadowo-deszczowych,
zaganiano-komunijnych postanowiliśmy wyprawić się do naszego majątku.

Przede wszystkim po to, by drzewko komunijne
Dusia posadzić. Miała być magnolia nigra, ale była tylko jasna. Miał być
migdałek, ale nie było. Wzrok Dusia przykuło zaś inne drzewko. Gładził ręką
zielone miękkie futerko, przeciągał po gałązkach, aż w końcu zapytał:

– A to jak się nazywa?

– Modrzew – odparł tato – podoba ci się?

Podobał.

I oto jedzie z nami na działkę, rozparł się w
samochodzie, jedną włochatą gałązkę Luci wtyka pod paszkę, czubkiem zawadiacko
o sufit szoruje. Wie, że jest drzewkiem nie byle jakim, więc się szarogęsi.

A na działce po wielkich deszczach i małych
deszczułkach wszystko nie do poznania wybujało. Rut niedawno tak pięknie
wypieliła, a tu chwast jak las znowu. Nie ma rady – uzbraja dłonie w rękawice i
znów próbuje się rozdwoić. Jedną ręka wózek tacza, drugą –  perz, pokrzywy, mlecze wyrywa. „Złe ziele
szybko rośnie” – mawiają tu ludzie i rację mają. Czemuż to kwiaty chwastu nie
zagłuszą, a zawsze odwrotnie?

W sercu podobnie – na dobro tak chuchać
trzeba żeby rosło, a zło samo kiełkuje i bez wysiłku rozrasta w krzaki.

Rękawiczki dobre są, ale za krótkie. Rut ręce
poparzyła pokrzywą aż po łokcie. Gdyby była małą dziewczynką to by płakała, ale
jest dorosła i odkryła, że to dziwne uczucie pulsowania poparzonych rąk  nie jest wcale takie nieprzyjemne. Zresztą,
może już dawno to odkryła. Gdy miała kilkanaście lat i skarżyła się na ból nóg,
mama odwołała się do mądrości ludowej i wyparzyła nogi córki wiechciem pokrzyw.
Nogi były jednym wielkim bąblem, ale Rut nie płakała, syczała tylko i
wsłuchiwała się strumienie chłodu i gorąca przepływające w poparzonym ciele.
Może już wtedy  powoli docierało do niej
zrozumienie, że ból jest częścią życia i że niemądrym jest w panice przed nim
uciekać. Ta świadomość pomogła bardzo przy jednym porodzie, drugim, trzecim,
czwartym. Wtedy nie wiesz nawet jak się nazywasz, ale wiesz, że ból jest nieunikniony,
więc próby ucieczki to strata cennego czasu, czasu, w którym możesz dać komuś
życie. Może to jest największa lekcja, jaką daje macierzyństwo.

 

Modrzew już posadzony przegarnia wiatr
zielonymi palcami. Miś podlał go raz, a potem Rut po raz drugi. Rośnij, rośnij
modrzewiu naszego syna.

A za kilka lat posadzimy drzewko dla Nusi,
potem dla Laurki.

– Wiesz, że gdy Laurka będzie szła do
Komunii, Dusio będzie miał już 18 lat? – mówi Rut do męża.

 
trudno to sobie wyobrazić.

Ale póki co Laucia śpi spokojnie w wózeczku,
a brat pędzi jak szalony na swoim rowerze, Miś mierzy budynek na działce, Nusia
biega dookoła, a Rut patrzy na stary sad, w którym bawiła się jako dziecko
łapiąc koniki polne.

Jutro wraca Ala. Tęsknimy już za nią.