raj na ziemi

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Marzenie się spełniło.

A może więcej prawdy będzie w
zdaniu, że: Marzenie spełniliśmy.

Spełniliśmy jak się spełnia
uroczysty toast. Powoli, z namysłem, czując każdą wypełnioną smakiem kroplę.

Spełnialiśmy je od ośnieżonej
zimy, przez długie trudne przedwiośnie, późną wiosnę i upalne lato.

Aż stało się.

Letnisko stało się letniskiem.

Spędziliśmy na nim dwa dni i dwie
nocy, pożegnaliśmy dzień i powitaliśmy kolejny, spoglądaliśmy w twarz
księżycowi, który, choć jeden na całą planetę, wszędzie jest inny.

 

Rano, skradając się na paluszkach,
wynieśliśmy z mężulkiem stół na patio i wypiliśmy naszą poranną kawę. Dzieci
budziły się jedno po drugim jak pisklęta w gnieździe.

– Jeszcze tylko kupimy sobie maszynę
do pieczenia chleba. – powiedziałam – Wiesz, taką, którą ustawia się na szóstą
rano i masz na śniadanie ciepły chleb…

– I to już będzie raj na ziemi. – dodaje
on.

 

Potem idę ścieżką przed siebie,
prosto w sad. W pidżamie. Wszystko jest tak, jak musiało być zanim świat się
obudził.

 

I myślę sobie: Jak bardzo trzeba
by być niewierzącym żeby nie wierzyć w Ciebie w takim miejscu i w tym czasie.

W środku starego sadu o świcie.

Pod jabłonią obwieszoną wstążkami
światła.

Ja, jedna z wielu źdźbeł trawy
stojących w słonecznej plamie.


Bo nie jestem nikim więcej. I
nikim mniej niż one.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

miłość do Czeszek

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wakacje to czas zakupów
oczywiście.

To, co odkładaliśmy cały rok
zaciskając pasa, bo „tak trzeba” nagle staje się potrzebą bardzo niecierpliwą.
Wierci się, przypila, zakrada do snów, przeciska między racjonalnymi
zapatrywaniami na życie.

Gdy byłam mała, miałam kilka
marzeń, które – zważywszy na fakt, że moje dzieciństwo upływało pod kuratelą
działaczy komunistycznych – nie miały szansy wyjść nigdy z cienia konspiracji.

Wraz ze zmianą ustroju wiele z
nich nagle się ziściło.

Na przykład to, że „kiedyś najem
się płatków kukurydzianych do syta”:) Nie, nie chipsów czy pszennych
poduszeczek z nadzieniem toffi!!! Zwykłych kukurydzianych płatków!

Najadłam się a i moje dzieci
chrupią je w każdym kącie, zostawiając na podłodze kłujące jak igliwie
okruszki.

Na pokładzie statku marzeń
pozostały jednak takie, których nie zrealizuję ze względu na swój podeszły
wiek.

Takim marzeniem są buty typu
czeszki.

Jest ich co prawda zatrzęsienie, w
różnych kolorach nawet i rozmiarach, ale gdzie ja w czeszkach będę chodzić?

 

Na szczęście mam córkę, której
czeszki mogę kupić i to bez znajomości w Pewexie.

Kupuję więc Nusi to zacne obuwie,
o którym również marzyła, bo marzenia jednak są chorobą dziedziczną.

Nusia jest zachwycona podwójnie,
bo butki są różowe.

Mamucica kupuje swojej pociesze
czeszki białe. Klasyka gatunku – rzec by można.

Wracamy do domu z udanej wyprawy,
a tu…

– Chcie ponosić!!! – krzyczy Lala,
widząc pięknie obute kończyny dolne obu dziewczynek.

– Nusia, daj Laurce na chwilę. –
apeluję.

Siostra więc prawie bez namysłu
zzuwa swoje czeszki i podsuwa maluszkowi.

– Blawo!!! – wykrzykuje obdarowana
– Jeśteś dzielna!!!

 

Są tacy , co umieją zagrzewać do
boju. Lala jest typem umiejącym zagrzewać do…dzielenia się z Lalą:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

nie-straszny wpis upalny

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Niebo przyszarzało nieco, słońce
miło grzeje, ale już nie parzy i gdzieś pod powiekami sierpnia wyraźnie czają
się łzy deszczu. Lato umyka. Mignie jeszcze to tu to tam w jakimś zakątku,
wyjrzy zza pnia drzewa, spod płatka kwiatu, przesunie dłonią po małych buziach
winogron, ale widać wyraźnie, że to pożegnanie.

Czas więc zacząć wakacyjne
wspominki.

 

A jeszcze niedawno były upały.
Prawie śmiertelne. Prawie 40 stopniowe, gdy wszyscy czuliśmy się jak wyrzucone
na brzeg oceanu bezradne wieloryby.

Każdy reanimuje się jak umie. Mumuty na przykład leżąc na tapczanach:)

Ja leżę sobie na podłodze przy
otwartych drzwiach balkonowych, licząc na choćby najmniejszy podmuszek wiatru
uśmierzający bolesne gorąco.

Podpełza do mnie Lalunia.

– Zamknij oci. – zaleca.

Zamykam więc.

– I telaś umalnieś. –  dodaje z terapeutycznym spokojem.

Próbuję się zastosować, lecz z
marnym skutkiem.

Widocznie nie nadszedł jeszcze mój
czas:)

 

Przez cały dzień ten głosik śpiewa
mi w głowie.

I telaś umalnieś.

I teraz umrzesz.

 

Wszyscy boimy się śmierci.

Sądzimy, że jest bezwzględna,
okrutna, gdy przychodzi, syczy do nas przez zęby i straszy pustymi oczodołami. A może jest właśnie tak, że
przysuwa się do boku delikatnie jak małe dziecko i z uśmiechem w głosie,
zupełnie naturalnie mówi: Zamknij oczy.
Teraz umrzesz.

 

Może dlatego wielu ludziom po
śmierci zakwita na twarzach uśmiech.


*****


Ot, wakacyjny wpis mi się udał:)

Ale ci, którzy mnie znają, mogli się tego spodziewać.

A ci, którzy mnie nie znają, mają wielkie szczęście:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

pełne walizki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



No i…

 

                                wróciliśmy.

 

Do własnych kątów, dni, myśli, sprzętów,
rozmów, obowiązków, nawyków, zwyczajów…

 

Wszystko trzeba rozpakować, na
nowo poustawiać na półkach, drobiazgi powsypywać w pudełeczka, książki ułożyć w
zwyczajnym szyku, kurze odkurzyć najzwyczajniej w świecie, odświeżyć dnia
schematy, wejść w swoje odwieczne role, wypłukać kolejnymi praniami słońce i beztroskę
z letnich ubrań.

Wszystko to coraz szybciej,
ścigając się z jesienią, która chłodnymi nocami dni okrywa, rozplata warkocze
pajęczyn pomiędzy gałęziami, pachnie już dziwną mieszanką grzybów i więdnących
liści.

Z dna podróżnych toreb prócz tego,
co stare i dobrze znane, wysypują się nowości. Kamień wyjęty ze srebrnej niecki
źródła, jakieś książki, ubrania podarowane, myśli świeżo upieczone, wiśniowa
nalewka, piłeczka niebieska, wrażenia jeszcze nie ostygłe z długiej wyprawy, słowa brzęczące jak drobne monety.

Szukam im miejsc najlepszych w
naszym życiu, układam na półkach, wciskam między to co stare, już uleżane.

I – o ile życie pęcznieje każdą
sekundą – po tak długich podróżach ma brzuch bardziej pękaty niż Karlson z
dachu.

 

Spokój. Grunt to spokój:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

miedzy nudą a nie-nudą sprawy się kołyszą

Dawno już nie było zapisek Nusiowych, więc nadrabiam zaległości.

Notatka z ostatniej lekcji w szkole:

A tutaj najświeższe spostrzeżenie Nusi, które dwa dni temu znalazłam wchodząc do jej pokoju o świcie by otworzyć okno:

Rozdźwięk między oczekiwaniami a rzeczywistością jest co najmniej głębokości Rowu mariańskiego:)

A żeby było już zupełnie wesolutko…

chcę oglądać twoje nogi, nogi, nogi
chce byś założyła mini, mini, mini, mini…

takie grzyby rosną na naszej działce, podczas, gdy w okolicznych lasach nie uświadczysz nawet nędznego "psiucha" 🙂

A tymczasem jadą goście jadą, czyli czekamy na Mamuty, a potem sami jedziemy na Śląsk.
Czeka na nas Wielka Nie-Nuda!!!

książeczka pełna przygód

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Powiedziałam już, że książki u nas
są wszędzie?

Powiedziałam.

Wszystko jest wszędzie, ale jednak
najbardziej książki.

I mówiąc „wszędzie” nie użyłam
bynajmniej hiperboli literackiej.

Książki za sprawą wielu rąk „rozwszędziły”
się po całym domu, a nawet z domu zaczęły wychodzić. Jeżdżą z nami w
samochodzie na wypady większe i mniejsze, kilka z nich zamieszkało już na
letnisku, były i takie, które wyjechały do dziadków i na jakiś czas słuch po
nich zaginął, ale jedna książeczka postanowiła zaszaleć i zdecydowała się na
spędzenie nocy na balkonie. Niestety była to jedna z delikatniejszych
książeczek o słodkich kucykach pony, a noc była jedną z tych typowych polskich
letnich nocy, gdy deszcz postanowił pokazać kto tu rządzi i że nazwa „klimat
umiarkowany” nie wzięła się z umiarkowania w siąpieniu i laniu.

 

Rozsiadła się więc lekturka na
plastikowym dziecięcym krzesełku i zapatrzyła w zachód słońca. Nie zauważona
przez nikogo pozostała tam aż do mglistego wschodu, po czym została zauważona
przez Tatusia.

– Kto zostawił książeczkę na
balkonie? – rzucił Tatuś w przestrzeń między-pociechową retoryczne pytanie.

Oczy wszystkich zwróciły się ku
gwieździe najmłodszej na firmamencie.

– I to książeczkę z biblioteki? –
uszczegółowiła oskarżenie Mamusia.

 

A książeczka kapała i marszczyła
się na buzi zziębnięta po nocnej eskapadzie.

– O, na szczęście jest na
zszywki!!! – odetchnęła Mamusia z ulgą i nożykiem podważyła druciki, po czym
delikatnie pozdejmowała mokre ubranka i rozłożyła je do wyschnięcia na
ściereczkach.

Cały dzień książeczka dochodziła
do siebie, przewracana z boczku na boczek. Nabierała powoli rumieńców, po czym
została na nowo zszyta i…położona na wyyysokiej półce. Tam, gdzie najmniejsze
gwiazdki nie sięgają.

 

Chociaż…


Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Kroję składniki na sałatkę.

– Mamo, mamo!!! – podnosi
płaczliwe larum maluszek, wbiegając do kuchni.

– Co się stało?

– Udeziłam się o siufit!!!

 

Coś za szybko rośnie nam ta
pociecha:)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ciecze, gazy i ciała stałe czyli fizyka stosowana

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Zapomniałam – zdaje się – odtrąbić
wielki Laurkowy sukces, który znacznie ułatwił życie rodzinie, a jednocześnie
wzbudził nową fascynację w maluszkowym życiu.

Otóż – jakiś miesiąc temu, u
zarania wakacji, Laurka stanowczo i radykalnie, bezpowrotnie i konsekwentnie
przestawiła się z pampersów na nocniczek, a później – idąc za ciosem – na
sedes. Sprawy małe i duże, płynne i stałe załatwiamy więc w wc. Teraz już wszyscy, bez wyjątku.

– Bo ja jestem dolośła – tłumaczy
mamie patrząc spod  grzywki swymi
roziskrzonymi oczami.

 

Jednocześnie z tej dorosłości
zrodziła się fascynacja sprawami dużymi, małymi, płynnymi, stałymi, a nawet
gazowymi:)

 

– Muszę pojechać do Zenka. –
komunikuje tata.

– Po co? – chce wiedzieć żona
taty, potocznie i to zwykle skandująco nazywana „mamą”.

– Bo muszę zrobić próg. (
nadmienię, że chodzi o letnisko).

– Pruk!!? – reaguje z podnieceniem
dwu-i-pół-latka, po czym dodaje natychmiastowy adekwatny komentarzyk;

– Tata będzie pieeeldział, tata
będzie pieldział!!! – też skandująco co by i sąsiedzi mieli uciechę:)

 

To anegdotka o gazach.

A teraz będzie o ciałach stałych.

 

Lala ( bo tak zwiemy skrótowo
naszą najmłodszą) zrobiła po raz pierwszy kupkę na sedes.

– Brawo!!! – zakrzyknęła mama,
która, jak większość mam, wie doskonale, że rozpływanie się w zachwytach (
nawet nad kupką) jest najlepszym środkiem dopingującym.

– Jak ślicznie! – zachwyca się
tatuś, który, jak większość tatusiów wie to, co wiedzą mamusie:)

– Nasze kochane maleństwo zrobiło
kupkę na sedes. – podkreśla z dumą Ala.

– Kupka, kupeczka… – emocjonuje
się rozanielony brat.

Wtem do ubikacji wpada
zaalarmowana zbiorowymi krzykami Nusia.

– Niunia zrobiła kupkę na sedes? –
pyta od progu.

– NAŚLAŁAM. – odpowiada bohaterka
dnia z wysokości sedesu.

 

No i wszyscy sprowadzeni
bezpiecznie z obłoków na ziemię:)

 

 

Takie to mamy nowe, ekscytujące
tematy do pogawędek przy herbatce na przykład.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

uczulony na plastik Łazarz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Rut, podobnie jak cerat czyli
podróbek obrusów, nie lubi sztucznych kwiatów. Tych co to nie sypią pyłkiem,
nigdy nie więdną, odurzająco nie pachną, a w razie potrzeby można je wyszorować
szczoteczką pod prysznicem lub wyprać w pralce ( Rutkowa mama tak właśnie
robi:)

No, jednym słowem , same plusy,
żadnych minusów.

A Rut ich nie lubi.

Może po prostu jest to alergia na
wszelkie sztuczności. No bo przecież za ogrodami od linijki i trawnikami bez
skazy jak perskie dywany też nie przepada. I sztuczna szczęka też pewnie nie
przypadnie jej do gustu jak już ją będzie miała:)

– Zapamiętajcie. Nie próbujcie mi
nawet na grób przynosić sztucznych kwiatów – odgraża się ta, co nie lubi
plastiku – bo w jednej minucie wstanę z grobu i was z tymi kwiatami pogonię.

– Oooo, to ja ci przyniosę taki
wielki sztuczny wieniec. – postanawia mąż.

– No to zmartwychwstanę w tri –
miga. – kontynuuje pogróżki Rut, w której odezwał się duch zza wschodniej
granicy

– I o to mi chodzi. – śmieje się
on. – Nie zostawisz mnie tu samego.

 

 

 Sposób na rychłe wskrzeszenie:)

 Wieczne kwiaty mogą zawrócić ze ścieżki wieczności.

Gdyby o tym wiedziała Marta –
siostra Łazarza.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szalone Manie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Jeśli chodzi o gospodarstwo domowe
Rut co najmniej pod dwoma względami jest maniakiem. Nieugiętym i głuchym na
wszelkie, nawet najbardziej zdroworozsądkowe argumenty.

– Ja ci w końcu kupię na prezent
tę ceratę. – obiecuje Moni patrząc jak Rut zdejmuje poplamiony właśnie przez
dzieci obrus i wyjmuje nowy.

– Nie chcę ceraty. – protestuje
gospodyni prasując kraciastą szmatkę – Całe dzieciństwo jadłam na stole
przykrytym ceratą. Nikt mnie nie zmusi żebym położyła ją na swój stół.

Rut wciąż pamięta nieprzyjemne
doznanie, gdy na ceratę wylało się coś słodkiego i – niezauważone przez
zapracowaną mamę – na niej wyschło. Albo te brzydkie szramy i nacięcia, które
pogłębiały się wraz z wiekiem ceraty. Rut miała bardzo dużo rodzeństwa, więc
nie było dnia bez rozlewania, rozsypywania, nacinania i dziurawienia ceraty, a
ta była rzadko wymieniana ze względu na małą dostępność nowych cerat, jak
zresztą wszystkiego w tym czasie na rynku:)

– Ale teraz są takie inne ceraty –
próbuje przekonywać koleżanka – Wyglądają prawie jak obrus. Z materiałem na
wierzchu.

– Tak, mama mi ostatnio chciała
nawet ofiarować taką co to wygląda jak szydełkowa serweta. – śmieje się Rut
układając pod nosem Moni obrusek – Co z tego, skoro ja wiem, że to cerata?

– Zobaczysz, ja ci jeszcze kupię tę
ceratę. – nie ustaje rozmówczyni.

– A ja ci kupię w końcu czajnik. –
nie pozostaje dłużna Rut, która zna niektóre manie Moni, w tym taką, że
gotowanie wody na herbatę w garnku jest wygodniejsze i zdrowsze.

 

Tak więc jedno szaleństwo mamy –
obrusy.

Jak najbardziej sielskie, nie-plamoodporne, wymagające prania,
suszenia,  prasowania i częstych zmian.

I gdzie tu zdrowy rozsądek?

Próżno go szukać.

 

Drugie szaleństwo Rut, w którym
nie ma metody, to bukiety.


Poupychane we wszystkie dostępne
wazony, wazoniki i butelki, stojące wszędzie i sypiące trudno-spieralnym pyłkiem
na wyżej wymienione nie-plamoodporne obrusy.


Czasem pachnące jak diabli, bo z
wrotyczem na przykład, od którego padają nawet komary, albo z pękiem aksamitek,
którym można przypisać wiele zalet, ale nie zachwycający aromat.


– Może to odstawię dalej? –
zapytuje nieśmiało mężulek pokazując na bukiet z intensywnie waniliowo
pachnącymi floksami – W nocy ciężko będzie się spało. – popiera postulat
zdrowotnym argumentem.

Maniak jednak jest maniakiem.

– To tylko dwie gałązki floksów.
Nic nam nie będzie. – przekonuje żona wtulając nos w fioletowe płatki.

 

Każdy ma jakiegoś bzika, każdy
jakieś hobby ma, a Rut ma dwie szalone Manie:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

dzieci w ogrodzie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Trzylatkowi (prawie:) – któremu do
tej pory wystarczały zasoby domowej biblioteczki – w miarę jedzenia apetyt
urósł, więc wznowiliśmy pielgrzymki do pobliskiego sanktuarium Małego Mola
Książkowego. Miejsce to, wypełnione od podłogi niemal po sufity literaturą
piękną i kolorową, od razu przypadło do gustu małego bibliofila.

Rączki aż drżały z przejęcia
głaszcząc grzbiety książek.

Skąd to się bierze? Taka
fascynacja? Od kiedy tylko usiąść potrafiła? – myślę patrząc na jej pląsy wokół
półek biblioteki.

Tak, książki są u nas wszędzie,
ale i klocki i kredki i pluszaki . Wszystko jest wszędzie.

 

Mol bierze jedną książkę i zasiada
na krzesełku typu mamut przy podobnym stoliku. Nim wyjdziemy z biblioteki z
obładowaną, pękającą w szwach torbą, już rozpoczyna ucztowanie.

W domu skarby przesiewa się przez
sito upodobań i szybko okazuje się, że bestsellerem Laurkowym jest Noddy, a
Nusiowym jak zawsze Martynka. Ale i mama znajduje perełkę dla siebie.

 

Zachwyciła mnie ta książka jak
dawno żadna.

Poezja dziecięcych dni.

Każde słowo przywołuje jakiś kadr z
przeszłości, kolory migoczą przed oczami i powoli staczam się jak po zielonym
pagórku w świat fantazji, w którym brodziłam jako dziecko. Znowu zrywam jabłka,
plączę się w jeżynowych gałązkach, doskonale wiem, że wysoka trawa roi się od
duszków, mam suche liście we włosach, obserwuję gąsienicę jak pierścień złoty,
chowam się pod liśćmi wielkimi jak parasole, taczam brązowe brzuszki kasztanów.


Czytam i czytam i czytam… Książka
mówi do mnie prastarym językiem, który kiedyś znałam i nagle okazuje się, że
wciąż go rozumiem. Jestem znowu małą Rut łapiącą świat w ciemne oczy.

Wejdę z lalką pod łopiany. Prosto w świat

zaczarowany. Tutaj wszystko nas zachwyca.

Wielka dzika gąsienica… Spójrz! Gdzie łodyg

 czarne sploty, śpi
zaklęta w pierścień złoty!

 

Mamy tu zielone ściany. W jedną powój jest

 wplątany. Mamy tu
kamienny próg, błyszczy na nim srebrny żuk.

 

Więc siedzimy zachwycone. Lalka oczy ma

 zielone, a we
włosach – krople słońca, które

wiatr z łopianów strąca.

 

 

Dorota Gellner „Dzieci w ogrodzie”
z fascynującymi, pełnymi magii ilustracjami pani Wiesławy Burnat.

 

Polecam każdemu, kto ma dzieci lub
sam gdzieś w środku dzieckiem pozostał.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}