dziewczyna w niebieskiej sukience

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Pisałam o niej już kilka razy.

 O babci Niebieskiej.

Niebieskiej, bo uwielbiała
niezapominajki, a pokoje , okiennice i drzwi malowała na niebiesko. Nosiła
chustki niebieskie jak bławatki. Kiedyś zdjęła zasłonki z okien; lazurowe w
ciemno niebieskie różyczki; i kazała krawcowej uszyć mi sukienkę na lato.
Amelia dostała podobny prezent – z żółte stokrotki.

Teraz babcia niebieska jest
niebieska naprawdę.

Umarła.

Zostało na łóżku malutkie pokulone
ciało jak porzucona łupinka po strączku fasoli.

Ale ona jest już gdzieś indziej.

Młoda piękna dziewczyna z włosami
związanymi w warkocz. Biegnie ubrana w cienką błękitną sukienkę do kolan. Jej
bose stopy dotykają zielonej łąki. Znów jest wolna. Od cierpienia, kalectwa,
smutku, trudu, troski. Wydobyta na brzeg z morza nieszczęść, które zalewało
całe jej życie.

Tak ją sobie wyobrażam , tak ją
widzę mimo bladego okruszka ciała zostawionego tutaj.

Ostatni rok był najcięższy.

Cierpienie umierającego powoli
człowieka. Zbyt powoli, zbyt boleśnie, choć co my wiemy na temat tego co „zbyt”
i co „na naszą miarę”. „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono” – jedno z
najprawdziwszych zdań, jakie noszę w głowie.

– Rutko, kiedy jak w końcu umrę? –
szeptała za każdym razem, kiedy u niej byłam. Tyle w tym było skargi  małego dziecka, które zmaga się z uniesieniem
wielkiego kamienia.

Za ostatnim razem rozpłakałam się,
gdy znów mnie o to zapytała, ale jak zwykle odpowiedziałam pociechą:

– Babciu, już niedługo. Jeszcze
troszkę.

I wtedy wyobraziłam sobie jak
biegnie uwolniona jak ptak z klatki przez skraj niebieskiej łąki.

 

Już niedługo.

 

Kiedy patrzę w lustro z każdym
rokiem widzę jak upodabniam się do niej. Podobna twarz, podobne spojrzenie, te
same miny i grymasy twarzy. Tylko ja dostałam lepsze, szczęśliwsze życie. Na
nią patrzyłam jak na tytana –  nieludzko
twardego i odpornego na ciosy losu, wypalanego od pierwszych chwil życia w
tyglu cierpienia, doświadczonego pracą ponad miarę, poniewieranego przez ludzi.
Niewiele miłości doznała na tym świecie. To nieprawdopodobne ile siły
charakteru i wierności Bogu kryło się w tym malutkim przygarbionym kobiecym ciele.
Nigdy nie przeklinała Boga, nawet w ciągu tych ostatnich miesięcy kiedy jej ciało
pokryło się rozległymi odleżynami. Do końca z różańcem w ręku.

Siła, jakiej ja nigdy nie będę
miała, mimo podobieństwa rysów i cech charakteru. Płakałam za każdym razem,
kiedy widziałam jej rany,więc jakże mogłabym znieść więcej…Choć – „tyle wiemy o
sobie…”

Modliłam się o szybką, dobrą
śmierć dla niej. Do Matki Bożej Pompejańskiej.

I Matka wysłuchała.

Zabrała ją.

W nocy, cicho i spokojnie.

 Niebieska Matka przyszła po swoją niebieską
córeczkę.

 

Odeszły razem, głaszcząc po drodze
niebieski łan świtu.

 

Pamiętajcie o niej.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

postępy w mowie, grzeczności i liczeniu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Kulkulatol. – recytuje Lala
obracając w rączkach jeden ze sprzętów liczących taty ścisłowca.

– Mamo, mamo!!! – wykrzykuje
uradowana – Udało mi się powiedzić : KULKULATOL!!!

– Świetnie. – chwali Rut – A
powiedz: kalkulator. – zgłasza
drobną poprawkę.

– Kal-ku-la-tol. – wypowiada z
namaszczeniem córeczka.

 

I tak to szybkimi krokami zbliżamy
się do idealnej artykulacji. Popracujemy jeszcze tylko na głoską „R”  i przejdziemy do działań na kalkulatorze:)

 

Bo bez kalkulatorka już liczyć
prawie-trzylatka umie.

– Moziemy po jednym?!!! –
wykrzykuje na widok pudełka z żelkami. – Ja chcie dwa!!! – dodaje na jednym
oddechu:)

 

– Jesteś kochana. – kadzi tatuś,
spijając całuski okraszone resztkami czekoladowego batonika.

– Uhmmm – potwierdza mrucząco mała
słodycz – I GZIEĆNA. – dopowiada co by sprawiedliwości stało się zadość.

 

A oto i ona w trakcie rodzinnych
jesiennych porządków działkowych.


Ale pokaż główkę:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

poszukiwana

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Od kiedy zaczął się wrzesień,
nieustannie trwają poszukiwania.

 

– Gdzie jeśt moja mama? Gdzie jeśt
moja mama?!!! – podnosi larum maluszek biegając po domu.

– Mamo, gdzie jeśteś? – rzuca raz
po raz w przestrzeń, przebiegając obok mamy siedzącej na kanapie.

Nusia śmieje się i pokazuje palcem
w kierunku zguby.

 

Czasem mama odnajduje się sama.
Wspina się po schodach z cieżką torbą w ręku i dzwoni pękiem kluczyków.

– Mamo!!! – wykrzykuje roześmiana
twarzyczka u szczytu – Wlóciłaś do naś!!!

 

Mamy nie mogą być zagubione, bo
wtedy zagubiony jest cały mały świat.

 

Zresztą – jak powiedziało któreś z
Muminków:

 

„Mamy nie giną tak łatwo. Zawsze je można znaleźć w jakimś
kącie, trzeba tylko poszukać.”

 

Rut ostatnio najłatwiej wyszperać
w kąciku przy ciepłym grzejniku, z kubkiem gorącej herbaty z goździkami:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

kwestia wyboru

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Moi uczniowie piszą test
diagnozujący.

Test jest z kategorii testów
wyboru. Zakreśl A, B, C lub D.

Patrzę na nich jak się głowią, za łepetyny chwytają, stukają końcówką długopisu w czoło, w okno zapatrzają licząc na
olśnienie z niebios lub też w kartkę sąsiada zerkają, licząc na inny rodzaj olśnienia.

Nagle dostrzegam Michała. Zamyka
oczy, chwilę palcem kręci kółeczka nad drukiem i …

Pac!!! – wbija paznokieć w jedną z
odpowiedzi. Otwiera oczy i "pacniętą" odpowiedź zaznacza kółeczkiem.

Potem spogląda na mnie, a ja
resztką sił powstrzymuję się od wybuchu śmiechu.

Odwzajemnia uśmiech i przechodzi
do tej samej procedury przy kolejnym zadaniu.

 

Cóż, w sumie wybór na chybił –
trafił to też wybór:)



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

cukiereczki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Na początku wszystko wydaje się
takie proste.

No bo cóż może być trudnego w kształtowaniu surowego materiału,
który dostajesz do rąk. Tak myślisz, gdy otrzymujesz malutką grudkę podobną do
mokrej gliny.

Potem zaczynają się jednak schody
i zdają się wić w nieskończoność, z każdym krokiem coraz bardziej strome,
śliskie, niebezpieczne i kręte.

Nigdy nie masz pewności czy dobrze
robisz, wciąż nękają cię wątpliwości, czasami chciałbyś się cofnąć, zacząć od
nowa, od „tabula rasa”, ale wiesz już, że to niemożliwe, bo nie tylko rzekom
nie zawraca się biegu. Dzieciom też.

Kiedy trzasną w futrynach drzwi,
bo córkę zdenerwowały twoje ostre słowa.

Kiedy syn zamknie się w pokoju i
mówi, że nie chce nikogo widzieć,

Kiedy nie możesz rozstrzygnąć
sporu z góry nierozstrzygalnego,

Kiedy nie rozdzieliłeś obowiązków
na równe procentowo cząstki,

Kiedy powtarzasz polecenie po raz
tysięczny bez jakiegokolwiek odzewu,

Kiedy słodki maluszek wpada w
furię i zrzuca wszystko ze stołu,

Kiedy dla świętego spokoju ustępujesz,
bo nie masz siły słuchać odgłosów rozpaczy,

Kiedy masz przed sobą w klasie
dwadzieścia znudzonych, ziewających twarzy…

 

Wtedy myśli jakie masz o sobie nie
są pełne pokoju.

Nic prostszego wychować dzieci?

Nie ma zadania trudniejszego na
ziemi.

Nieustannie zmagając się ze swoją
kruchością i ułomnością, samemu będąc glinianym naczyniem kształtować innych.
Wskazywać kierunek mimo, iż samemu wciąż się gubi drogę.

Trzeba być bardzo pokornym,

bardzo autentycznym,

umieć przyznać się do błędu,

żeby być wychowawcą i rodzicem.

 

Oboje z mężulkiem dzień po dniu,
minuta po minucie zmagamy się z tym zadaniem. Tym trudniejszym, że starsze
dzieci dorośleją.

 

A kiedy jest już bardzo ciężko i
myślisz, że „zawaliłeś” na całej linii…

 

Przychodzi Ala – młoda kobietka i
tuli się na mojej piersi ściskając z całej siły i szepcząc „moja mamusia”,

Dusio zaprasza na wieczorną
rozmowę i mówi: „Mamo, ja czasami dziękuję Bogu również za to, że niektórych
moich próśb nie wysłuchał”,

Lala tuli się przed snem do mojej
ręki i całuje każdy milimetr mojej skóry,

 Nusia skoro świt, zwinnie jak kot wsuwa się
obok nas pod kołdrę,

A ty – stojąca przed garstką
młodych ludzi – nagle zaglądasz im w głąb źrenic i dostrzegasz jak jedno twoje
słowo przemeblowuje im na wskroś myśli w głowie.

 

Kiedy myślisz, że jesteś zupełnie
do niczego i Ktoś tam gdzieś tam pomylił się czyniąc cię rodzicem i wychowawcą,
dostajesz cukiereczka. Tak takie chwile nazywa moja przyjaciółka Ewa – matka
trójki pociech i nauczycielka. Cukiereczki dostaje się rzadko, bo przecież
jesteśmy dorośli, ale zawsze w porę. Dokładnie na chwilę przed tym zanim runą
ostatnie argumenty, że to ma sens.

Bo ma, choć tak rzadko dane ci go
dostrzec.

 

Wychowywać.

Nie ma zadania trudniejszego na
ziemi.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

o wodzeniu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wbiega rezolutna panna Lala.

 

– Mamo, mamo!!! – krzyczy od progu
– Dusio mi powiedział, zie…- tu następuje wyczerpująca relacja sprawozdawcza po
czym, w równie zawrotnym tempie …

 

– Jeście mi cioś powiedzie!!! – i
panna zawraca na pięcie w stronę pokoju brata.

 

Znikła, pozostawiając po sobie jak
zawsze piorunujące wrażenie:)

 

Dusio cioś jej powiedzie.

 

Cóż, starsze rodzeństwo zawsze
miewało po rodzinną strzechą funkcję wiodącą:)

 

Rut była NAJstarsza.

Umie wodzić, przewodzić, zwodzić i uwodzić chyba też:)

Cały asortyment wodzowski.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

początek końca pamięci

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Jeszcze nie minął miesiąc od
wakacji, a ja czuję się jakby mnie wessała trąba powietrzna.

Wessała i wciąż
nie wypluła.

Wiruję więc sobie wkoło z zawrotną szybkością, która zaczyna
wymykać się zmysłom i całemu systemowi operacyjnemu.

 

Po kilka razy dziennie staję nagle
w połowie drogi

– z kuchni do pokoju

– z pokoju nauczycielskiego do
sekretariatu

– z auta do domu

– itd.itp.

 

Staję i jedna myśl tłucze mi się
po głowie. Tak uporczywa, że często ją artykułuję:

 

– A właściwie co to ja chciałam?????????????????

 

🙂

 

– Wiesz, że mam już początki
Alzheimera – zwierzam się mężulkowi z mojej nowej przypadłości.

– Oooo – zauważa rozmówca
przeciągle – Tak to ja mam już od dawna.

 

Od razu poczułam się lepiej. Nic
tak nie krzepi jak świadomość, że z innymi jest jeszcze gorzej:)

 

Krzepi jednakowoż tylko na chwilę,
bo oto wsiadamy do auta ( MOJEGO!!!) , rzucam okiem po wnętrzu i mówię
odkrywczo:

 

– O, widzę, że masz już swoje
auto.( mężulek od tygodnia ma auto w naprawie)

– Co? – słyszę po mojej lewicy i
napotykam na zszokowane spojrzenie ciemnych oczu pod krzaczastymi brwiami.

 

– Aaaa . Fakt, to chyba moje auto.
– poprawiam się szybciutko tonem uczennicy przyłapanej na niedouczeniu.

 

Tak to pozbywamy się ostatnich
złudzeń, że dziedziczna w mojej rodzinie choroba mnie nie dotknęła:)

 

Pomieszkuję więc sobie ostatnio  w jakimś trzecim świecie, ulokowanym pomiędzy
rzeczywistością przypierającą mnie do ściany, a halucynacjami steranego umysłu.

 


– Mamo, mamo, juś nie WIETSI!!! –
krzyczy Lala z tego realnego świata. Stoi przy drzwiach balkonu i obserwuje drzewa.

– Nie wietrzy?

– Tak, nie wietsi.

 

A wczoraj wietrzyło, że aż strach.
Lodowatym wiatrem znad bieguna.

 

 

Głowę by czasem tak sobie człowiek
przewietrzył.

 

Śmieci z niej wyrzucił na cztery
wiatry.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wnętrza sekund

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Kiedy po trzech godzinach
otwieramy auto, otula nas chmura zapachu.

– Co to tak pachnie? – zastanawia
się mężulek.

– Maliny!!! – wykrzykuje Lala
pakując się z butelką i drewnianym klockiem na tylne siedzenie.

Tak, świeże maliny z domieszką
grzybowego aromatu.

Skarby wieziemy z działki do domu.
Jak zawsze.

Prawie zawsze pęki kwiatów wraz z
wielonożnymi lokatorami, którzy ujawniaja się jeszcze w czasie drogi do domu. Czasem
skrzynki  zielonych pomidorów, które na
skutek zmian pogody nie mają szansy dojrzeć, innym czasem pudełeczka malin,
koszyki śliwek drobniutkich zwanych wróblówkami, wiaderka aronii pomarszczonej
jak staruszka, czasem kiście winogronu, ususzone zioła, doniczki z zasadzoną
weń nadzieją nasion.

Skarby wieziemy.

Każdy swoje.

Dzieci czapeczki zielone
kasztanowe, choinkę małą wyratowaną z traw wysokich i przesadzoną do doniczki,
pomysłowo „sdiełane” w tatusiowym warsztacie mebelki dla lalek, gałązki o
szokujących kształtach, szyszki, żołędzie…

 

A potem skarby znajdują nowe
miejsca.

Maliny perkoczą na wolnym ogniu i
napełniają cały dom snem o herbacie z sokiem, grzyby lądują u babci, która jest
stróżem wigilijnych zapasów, doniczki zasiedlają balkon,  lalczyne mebelki trafiają na półki zamienione
w wykwintne pokoje, kasztany, szyszki i żołędzie turlają się to tu to tam pod
nogami, pokrojone w grube plastry zielone pomidory nakładamy do słoików, a
kwiaty…z kwiatami już wiecie co się dzieje.

 

I niemal za każdym razem, gdy
wracamy objuczeni skarbami jesieni pulsują mi w głowie słowa Charbela:

 

„ Każda chwila twojego życia jest koszem stojącym przed
tobą, abyś napełniał go swoim plonem, swoim zbożem i owocami.

Przez jakiś czas stoi przed tobą, ale po chwili przesuwa
się i mija cię z boku – i już nigdy nie będziesz mógł go odzyskać.

Gdy zatrzymasz się i popatrzysz wstecz, zauważysz wszystkie
puste kosze. Dzięki miłosierdziu i łasce Boga napełnią je jedynie łzy skruchy.
Wystarczy ci ta łaska.”

 

Każda sekunda życia jest koszem do
napełnienia.

Czy umiesz Rut napełniać tylko
wiklinowe kosze, tylko szklane butelki i słoje?


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

fajna nie-fajność

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Mamo, będziemy pluć na motoly?

– A dlaczego mamy na nie pluć?

– Bo sią nie-fajne.

 

No, tak – to tłumaczy wszystko.

 

Nie-fajność jest zresztą cechą
dość powszechną w świecie.

 

Mama jeśt nie-fajna, gdy nie chce
dać cukierka.

Brat jeśt baldzo nie-fajny, bo
nakrzyczał, że Lala pomazała mu zeszyt szkolny.

Nusia jeśt nie-fajna, bo nie chce
oddać swoich skarbów.

Ala też  bywa nie-fajna, gdy zbyt natarczywie domaga
się buziaka.

 

Dobrze, że na przeciwległym brzegu
jest ręka mamy, do której można się przytulić jak kotek i usnąć. Jest tam też
szorstka dłoń taty, która rysuje na pleckach obrazki. Jest grzbiet brata, na
który można się wspiąć i przemierzać pokoje wzdłuż i wszerz. Jest kołderka, pod
którą można się skryć z Nusią i udawać, że to namiot. I jest Ala, która jest na
tyle duża, że może tulić jak mama.

 

Dzień polega na skakaniu z jednego
brzegu na drugi:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

durnostojka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Mniej piszę, a jak piszę to
lakonicznie.

To widać, prawda?

To nie znaczy, że nic się nie
dzieje, że nie ma o czym pisać.

Jest.

Na przykład o wczesno-jesiennej
kuchni.

O słoikach z sosem słodko-kaśnym
do spaghetti i tych pustych, czekających jeszcze na zawartość. O butelkach
pękatych, które ustawiły się w kolejce po burgundowy sok z malin. O pomidorach,
które wystawiają na wpół dojrzałe pyszczki do słońca na kuchennym parapecie. O
koronkowych baldachach dzikiego kopru w kolorze ochry, które modlą się tuż przy
portreciku Stasia Kostki. O podgrzybku zwanym w tutejszej gwarze „zajączkiem”,
który zeschł się na kamień i teraz Dusio powątpiewa czy można takiego wrzucić
do zupy. O astrach rozczochranych, moczących smukłe nóżki w przeźroczystym
wazonie, a nóżki oblepione bąbelkami powietrza. I jeszcze o owocach dzikiej
róży zasypanych wydmami piasku w duzym słoju.

– Ale to brudna robota. – śmieje
dię Dusio przekrawając amarantowe kulki. Razem z Alą pomagają usunąć włochate
nasionka ze środka owoców, rozczapierzają palce, bo meszek ściśnięty pomiędzy
nimi gryzie jak surowa wełna.

– Nie brudna. – poprawiam – Trochę
nieprzyjemna. Ale pomyśl, że to jest nowe doznanie i że teraz wiesz jakbyśmy
się czuli, gdybyśmy mieli sierść na palcach.

– Dobrze, że nie mamy. – cieszy
się córka, odcinająca z czubków owoców śmieszne korony – pozostałość po
kwiatach.

I o czym jeszcze można pisać?

 

– Mamo, mamo, daj mi święte. –
prosi Laurcia wskazując ponad śniadankiem na parapet.

– Jakie święte? – pytam przesuwając
wzrok po aniołku drewnianym i ramce z portrecikiem świętego.

– Święte guzićki – naprowadza mnie
córka kładąc się na stole.

– Aaaa – odgaduję życzenie i
podaję drewniany różaniec.

 

I o „durnostojce” można napisać. Nasze
ostatnie odkrycie lingwistyczne.

– A tu taka durnostojka –
wytłumaczył Olaf machnąwszy w powietrzu ręką. Zamawiał właśnie biurko u Misia.

– A co to jest? – zdumiał się majster.

– No nie wiesz?!!! – zdumiał się
do potęgi Olaf.

Więc – z grubsza rzecz biorąc – „durnostojka”
to taka półeczka, na „nie wiadomo –co” lub „Bóg-wie-co”, czyli „badziewie”. Taka
dokładnie jak moja nowa półeczka z litego, prawie surowego i prawie nie
obrobionego drewna, która wisi w kuchni. Z kawałka grubej deski, którą
znalazłam w starej stodole dziadków i od pierwszego wejrzenia zobaczyłam w niej
półeczkę na „Bóg –wie-co”. Mężulek oczywiście nie był co do niej przekonany i
oczywiście swoje deska musiała odstać w kącie w kuchni.

– Nie zdziwcie się –
zapowiedziałam Mamutom, którzy byli świadkami zajścia – jeśli przyjedziecie do
nas na jesieni lub nawet za rok i ona nadal tu będzie stała.

Alem się pomyliła i…durnostojka
już wisi, a na niej stoją filiżanki, pojemniczki i kwiatki.

 

Głaszczę sobie czasem prawie
surowy, wcale nie prosty grzbiet deski, która stała się półką, głaszczę jakby
była czymś żywym, czymś zupełnie innym niż meble z płyty.

 

I stół głaszczę po spolerowanym,
ciepłym karku. Jest z jakiegoś egzotycznego, nieznanego mi drewna.

 

Więc o czym mogę pisać?

 O drobiazgach, bo z nich utkane jest życie.

Durnostojka:)



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}