mała śmierć

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Letnisko jest i służy wiernie
jak najwierniejsze psisko.

Niemal widać błysk tęsknoty w jego oknie, gdy tam
zajeżdżamy. I tak ładnie uśmiecha się kwiatami w nowej drewnianej donicy, na
którą jednak nie czekałam miesiąc:) 


Mąż
podchodzi, zgrzyta klucz w  kłódce, szepczą
otwierane drzwi, rzucamy wysłużony plecak z ubraniami „na wszelki wypadek”,
torbę z jedzeniem, otwieram okno, włączam czajnik z wodą na herbatę. Herbata
jest zawsze z miętą z ogródka, cały dzbanek. Rozkładamy leżaki na patio – duży
zielony i malutki pomarańczowy. A Laurka otwiera szafkę w przedpokoju i zmienia
szmaciane butki na kalosze. Niezależnie czy pada czy nie. Gumowe kalosze są
najlepsze nawet na upały:)

To są nasze rytuały związane z tym
miejscem.

Potem każdy zajmuje się swoimi
sprawami.

Mężulek pracą przy budynku lub
meblach. Dzieci figlami i zabawą lub planowaniem nowych figli i zabaw. Ja robię
obchód ogródków, skalniaków, donic, doniczek. Sprawdzam co nowego zakwitło, co
się dzieje z liśćmi, czy nikt nie więdnie, nie choruje, nie prosi się o
przesadzenie, obrywam wilki przy pomidorach, zbieram ogórki, próbuję wywróżyć
czy jednak patisony w tym roku obrodzą, bo marnie wystartowały i kiedy będą
pierwsze maliny, przenoszę aksamitki na inne siedliska, wyrywam chwasty. Tymczasem
u mężulka świszczą wyrzynarki, terkoczą wiertarki, stuka młotek, szura paca,
jazgocze szlifierka, piszczy wkrętarka. Dzieciaki pryskają się wodą z małego
ogrodowego spryskiwacza, huśtają na huśtawce zawieszonej między brzozami, kłócą
o piłkę, budują bazy, ganiają z piskiem po podwórku.

 

Czasem nagle cichną i wtedy oboje
przerywamy pracę i zastanawiamy się co się stało.

Tak jak niedawno.

Widzę, że okrojone towarzystwo (
Ala na obozie harcerskim, Nusia u koleżanki) kucnęło pod sosnami i nad czymś
rozprawia. Podchodzę.

– Mamo, mamo!!! – wykrzykuje
Laurka usłyszawszy moje kroki – On umalł! – i pokazuje martwego ptaka.

– Znaleźliśmy go tu. – dodaje
Dusio – trzeba mu zrobić grób.

– Mamo, kto go ziabił? – chce
wiedzieć maluszek.

– Nikt. Śmierć. – odpowiadam kucając
obok nich.

– Musimy go pochować. – powtarza
znów syn.

Wysyłam go po moją ogrodową
łopatkę i w kilka chwil po sosnami powstaje mały kopczyk, a Dusio wciska obok
krzyżyk z dwóch patyków związanych kłaczkiem trawy.

– A może on nie był wierzący. –
żartuję niestosownie na pogrzebie.

– Pan Bóg go stworzył i Pan Bóg go
zabrał. – wyjaśnia poważnie młody grabarz.

– Kto go ziabił? – powtarza jak
echo Laurcia.

– Śmierć. – odpowiadam i wędrujemy
obie dalej na ławeczkę pod brzozę.

Tymczasem Dusio otacza grób kamieniami
i wykłada go korą, porządkuje teren  i
wykopuje obok jeszcze jedną kwaterę.

– Jakby ktoś jeszcze umarł. –
tłumaczy kiedy go o to pytam.

Daję mu jeden mały krzaczek
aksamitek i sadzimy roślinę na miniaturowym cmentarzu.

– Ten ptasiek śpadł i umalł. – po
raz któryś opowiada córeczka. Ogromnie fakt przeżywa, ale bez strachu.

A potem wracamy na patio i znów
robi się głośno i szybko.

Mała śmierć jest jak kropla rosy.
Spływa nie burząc niczego, nie robi wyrw i żlebów w sercu. Szybko przykrywa ją drań bujnego życia.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

małe sztromy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Urodziny Nusi.

Pięciogodzinne zbiorowe
szaleństwo, feeria barw, słów, ruchu. Śmiech, skoki w workach, tańce, zabawy,
turnieje, rozmowy i rozmówki, bieganie, piski dzieci opryskiwanych szaloną
stokrotką.  Tort tropikalny, góry
ciastek, stosy żelków, stogi chipsów i strumienie kolorowych napojów.

Na kolana wskakuje mi moje
najmłodsze, tuli czółko do policzka i …kontrolka w głowie się zapala: Czółko jest za gorące. Nawet jak na upalny
dzień i zgrzanie.

Dłoń wędruje po policzkach, karku
i pleckach.

Ten i tamten gość dotyka,
sprawdza.

– Nie, Rut, ona się zgrzała. –
pociesza Paula.

– Może ze zmęczenia. – mówi Moni.

– Zaraz ostygnie. – uspokaja mąż.

Ale dziecko zaczyna wiotczeć, lać
się przez ręce. Już nie chce biegać, przytula się i mówi, że chce spać.

Rut idzie do letniska i kładzie
się na kanapie, otula małe ciałko kocem, głaszcze włoski.

Maluszek zasypia natychmiast.

– To gorączka. – szepce mi w
głowie – Ale od czego tak nagle. Od pryskania stokrotką? Za szybko.

Mgła osnuwa myśli.

Przewozimy śpiące dziecko do domu.
Budzi się z płaczem. Dostaje syrop przeciwgorączkowy.

– Może kleszcz? – analizuje mąż.

– Kleszcz też za szybko.

Tymczasem maluszek skarży się na
ból w buzi.

Rzut oka i okazuje się, że na
końcu języka jest  nieładna ropiejąca
ranka.

Po raz pierwszy w życiu widzę
takie coś, ale wyobraźnia zawsze w takim przypadku kieruje kroki tylko w jedną
stronę.

Nic nie mówię, nic nie widać na
zewnątrz, ale w środku mnie nagle zapada głęboka noc.

Internet twierdzi, że to może być
afta i że czasem tak się zdarza, że z gorączką. Trzymam się tej wersji jak
pijany płota, choć dwa kolejne dni ze stanem podgorączkowym sprawiają, że
zagłębiam się coraz bardziej w ciemność. Leczymy Aftinem i – zgodnie z ludową
mądrością – moczem.

– A jeśli to… – wciąż plecie mi
coś w głowie i urywa w połowie myśli.

– Jeśli to potrwa dłużej, idziemy
do lekarza. –  mówię do męża.

 

I nagle słyszę. Zza parawanu
ciemności, paniki, obaw, gdzieś spoza mnie:

– A gdzie ja w tym wszystkim
jestem Rut? Pamiętasz, że jestem? – pyta ktoś z dna mojej łódki. Zupełnie jak
wtedy kiedy pytał oszalałych ze strachu uczniów.

 

– Pewnie tak to już jest – myślę
Mu naprzeciw – że kiedy ktoś bardzo bliski umrze obok ciebie na raka, już przy
każdym dziwnym pryszczu będzie ci wywalało korki. Mam to tak głęboko wdrukowane
w siebie, że mimo upływu lat ( dziesięciu już) nie potrafię wypruć z wnętrza
siebie ani jednej  ciemnej nitki tej tragedii.
Muszę się na to zgodzić i pokornie schodzić po ciemnych schodach do piwnicy by
włączać bezpieczniki. Za każdym razem kiedy je wywali.

Z drugiej strony tyle razy mi
pokazał, że czuwa.

O krok od katastrofy, w ostatniej chwili podtrzymywał
sekundę palcem, by jak kropla się nie stoczyła i nie przechyliła czary. Tyle
razy ratował, z tylu matni wywiódł, przez tyle ciemnych dolin bezpiecznie
przeprowadził. Na samo wspomnienie tych chwil powinny zapłonąć wszystkie lampy
w mieście. A nie płoną. Wystarczy mała ranka na języku dziecka, a wszystko
pokrywa mrok. Z ciemności wyrasta panika. Jest wyjątkowo cieniolubna.

Jak mała jest moja wiara. Gdzie On
w tym wszystkim jest? Zapominam o Nim zbyt łatwo.

 

Po dwóch dniach gorączka ustąpiła.
Ranka wygoiła się po kolejnych kilku.

 

Łódka znowu kołysze się spokojnie,
krople światła wyzłacają grzbiety fal. Siedzę na drewnianym  dnie łajby i słucham:

– Gdzie ja jestem w twoim życiu
Rut? – pyta ktoś z łagodnym wyrzutem.

 

 

PS.

A wczoraj, pod koniec Wielkiej
Wyprawy nad Wielką Rzekę nagle padła Nusia. Zupełnie jakby ktoś w ciągu sekundy
brykającemu , radosnemu dziecku wyjął baterie. Zasnęła, a gdy się przebudziła
była rozpalona. Dziś na całego walczymy z chorobą. Tyle tylko, że moje serce
nie łopoce już, nie szaleje jak płótno żagla podczas sztormu.

Pamięta jeszcze …o jeden sztorm mądrzejsze.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

czekolada z chili

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Zmagamy się z plagą.

Plaga dotknęła naszego prawie
trzylatka.

Czasami zwalczamy czynnie:
karcimy, karzemy, perswadujemy i tłumaczymy, czasem uciekamy się do biernego
oporu i  próbujemy ignorować, ale plaga
jak to plaga – odporna jest na wszelkie środki.

– Nuśka jeśt głupiaaaa!!! Jeśteś
głupia. – słyszymy ulubioną mantrę Laurki.

Przestępca wie, że źle czyni,
czasem więc pyta o pozwolenie:

– Mamo, mogę jej powiedzieć, źe
jeśt głupia?

– Nie, nie możesz.

– No to… – ucieka się do innego
sposobu córka – jeśteś glubaś i niefajna!!!

Od czasu do czasu bywa jeszcze
bardziej stonowana:

– Nuśka nie dobzie się ziachowuje
– usłużnie donosi, po czym dla jasności zmienia konfigurację zdania – Nie ziachowuje
się Nusia dobzie. – albo, gdyby do kogoś jeszcze nie dotarło – Nie dobzie się
ziachowuje Nuśka!!!

I zawsze też ma usprawiedliwienie.
Z reguły mijające się z prawdą.

– Dlaczego przezywasz? –
dochodzimy.

– Bo ona mnie ziaciepia, zabiela
mi ksiąśkę i mnie kopie. – wylicza bez zająknięcia.

Bratu też się obrywa i najstarszej
siostrze czasami. Na szczęście plaga mija rodziców bokiem, choć bywa, że…

– Tata jeśt bohatelem, tata jeśt
bohatelem!!! – skanduje malec drepcząc po pokoju. Wobec braku reakcji ze strony
mamy, zatrzymuje się i pyta:

– Mamo, mogę tak mówić?

– Tak, możesz. – zgadzam się
skwapliwie, a kąciki ust drgają mi z rozbawienia.

Pociecha wydaje się być
niepocieszona.

 

Miało być brzydko, a wyszło ładnie.

 

Laurka jest słodka na sposób tej
niezwykłej czekolady z dodatkiem chili. Słodycz z odrobiną pikanterii. Oba
smaki wymieszane dokładniusieńko na jednolitą masę.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

o sukniczce, zgniłej poduszce, baloniku i letnisku

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Dziś jest Dzień Tańca.

Piszę to na wypadek, gdyby ktoś
nie wiedział.

Ja też nie wiedziałam póki nie oświeciła mnie raniutko Laurka
prosząc o „siuknićkę ś kogutkiem”.

– A po co ci sukienka z kogutkiem?

– Do tańcia.

 

Tak więc jest Dzień Tańca chociaż
nie tańczyliśmy ani odrobinkę, bo ja czuje się ostatnimi czasy jak pęknięty
balonik, który Prosiaczek niósł na prezent Kłapouchemu. Zupełnie pęknięty,
przebity balonik, taka szmatka bez powietrza w środku. O ile więc takie flaczki
coś czują, to tak właśnie prezentuje się moja kondycja psychiczna i fizyczna.

Totalna niemoc.

Trudno.

Bywa.

Niemniej z gromadką dzieci, w tym
z bujnie rozwijającym się prawie-trzylatkiem oraz z działką, w tym prawie-
skończonym letniskiem, nie sposób skapcanieć zupełnie.

 

Wystrojona w sukniczkę panienka
biegnie oto do taty i zastaje go przy prasowaniu koszuli.

– Ziobać!!! – chwali się wachlując
podłogę bujną spódniczką.

– Ooooo!!! Jak pięknie!!! – wykrzykuje
tata, który jako ojciec trzech córek i mąż jednej żony ma już dosyć dużą wprawę
w prawieniu sążnistych komplementów okraszonych sowicie „Achami” i „Ochami”.

Panieneczka robi słodką minę i
pyta w rewanżyku:

– A ty maś taką siuknićkę?

– Nie, ja nie mam. – przyznaje się
prasujący koszulę – Chłopy nie noszą sukienek. Zapytaj mamy.

– Dobzie!!! – wykrzykuje
wystrojona panienka i z szelestem spódnic biegnie przez korytarz do mamy z
interpelacją w sprawie sukienek i mężczyzn.

Mama, słysząca całą rozmówkę o
modzie już już szykuje się do udzielenia adekwatnej odpowiedzi, gdy…

Mamo, ci ta poduśka jeśt źgniła?
– słyszy od panieneczki i …jest zupełnie zbita z tropu.

 

Czy to miało być jakieś pytanie
pomocnicze do „siuknićki ś kogutkiem” ?

 

Tymczasem letnisko już jest w
formie z grubsza zarysowanej.

 Teraz, kanciaste jeszcze i pachnące farbą,
musi się udomowić, obrosnąć w drobiazgi, bibeloty, dobre wspomnienia, nasiąknąć
naszym zapachem, każdemu zaoferować najmilszy ulubiony kącik.

Dziś pojawił się karnisz, firanka,
obrazki na ścianach, obrus na stole, wazon z kwiatami i zdjęcia dzieci w ramce.
Laurka i Nusia porozrzucały swoje książeczki i kredki – okrasiły wszystko
swojskim dziecięcym bałaganikiem. Poczytaliśmy Lottę na kanapie, wypiłam
herbatkę w fotelu, na stole pojawiły się kanapki. Za kilka tygodni będziemy
sądzili, że ono – nasze letnisko – było tu od zawsze i zapomnimy dni, gdy go
nie było.

Siedzę na zielonym leżaku na patio i patrzę na dyndające na sznurku resztki baloników z hucznych urodzin Nusiowych ( 20-tu gości!!!).
Może czasami trzeba być pękniętym balonikiem, rozbitym dzbanem przerwanym sznurem…

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

im dalej w las…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Jedno drzewkoooo, drugie
drzewkowo, trzecie drzewkoooo… – szepcę tuż przy małej śniadej twarzyczce, a
palcem rysuję na pleckach kłębiaste kształty zatknięte na patyczkach jak
cukrowa wata.

Małe paznokietki drapią po okładce
dużej książki podetkniętej pod policzek, ale tak gdzieś przy małym zagajniku,
czyli dwudziestym drzewku powoli się uspokajają.

Pod małym laskiem, czyli gdzieś
koło pięćdziesiątego trzeciego drzewka ciemne aksamitne skrzydła motyla
opadają. Drżą jeszcze przez pewien czas, ale gdy jesteśmy w głębokim borze,
przy drzewku sto piętnastym przestają trzepotać. Teraz owiewa mnie rytmiczny
powiew ciepłego wiatru.

Mijam jeszcze kilka drzewek i
zatrzymuję się. Powoli wysuwam książkę spod policzka.


Dotarliśmy do krainy, do której
zmierzaliśmy.

 

Do zobaczenia po drugiej stronie
lasu córeczko.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

błąd systemu 1

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


To jest jakiś błąd systemu. Albo wirus. Jakiś ściągnięty do
środka Trojan.
– myślę siedząc
niespokojnie na zielonym leżaku.

Jest piękne letnie popołudnie.

Dzieci starsze
u dziadków hen daleko za niejedną rzeką. Najmłodsza córeczka śpi zaraz za moimi
plecami, za otwartym na oścież wielkim oknem letniska. Śpi wtulona jak kotek
noskiem w poduszkę i tylko dlatego, że ona śpi, ja siedzę. Ale siedzę
niespokojnie. Moje stopy podrygują jakby zamierzały zaraz wyruszyć, ręce nie
mogą uleżeć na poręczach leżaka, a głowa? – z tą jest najgorzej. Głowa jest
najpierw w ogrodzie za dziesięć minut, potem przy studni za kwadrans, potem
przesadza różę pnącą do jeszcze nie zrobionej drewnianej donicy czyli za jakiś
miesiąc, w międzyczasie wiesza firanki może za tydzień i … Tak, z głową jest
największy kłopot.

– To co? Idę pokosić w sadzie. –
mówi mąż, który ma wyraźnie ten sam defekt, tyle, że siedzi na zielonej
ławeczce naprzeciw. Równie niespokojny jak ja.

Teraz już jestem pewna, bo
najlepiej wszystko widać u kogoś drugiego. Co do siebie za mało jesteśmy
oddaleni, by mieć pewność.

– To jest błąd systemu. – mówię mu
– My nie umiemy usiąść i pocieszyć się tym, co już zrobiliśmy.

– Bo jeszcze tyle można zrobić. –
odpowiada z uśmiechem wskazującym, że jednak rozumie o co mi biega.

– Wszystkiej roboty nie
przerobisz. – zauważam uciekając się do ludowej mądrości. – Trzeba w końcu
powiedzieć sobie jak ten bogacz z Ewangelii: „Siadaj, jedz, pij i ciesz się, bo
spichlerze pełne”.

– Ładnie na tym wyszedł. –
komentuje mąż.

– Nigdy nie rozumiałam dlaczego
Jezus nazwał go głupcem. To mądre i trudne umieć się w końcu zatrzymać,
popatrzeć na to co już mam i ucieszyć tym. A my tylko zasuwamy i zasuwamy.

– To posiedźmy. – zgadza się mąż.

I siedzimy, choć Trojan w głowie
długo jeszcze szaleje, że przecież…,
ale…, jak to…, nie ma czasu

A my mu gramy na nosie upajając
się chwilą. Tą chwilą.

Choć, gdyby Laurka nie spała i nie
trzeba by było jej pilnować i być cicho, to kto wie, kto wie czy wirus by nie
wygrał z tą jedną jedyną chwilą.

I z nami.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Rej by się uśmiał

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Ty się połóś, a ja będę gadała.
– zaproponowała mi córcia najmłodsza samym wieczorkiem.

 

… czyli najnowsza wersja
najbardziej staropolskiego zdania: „ Ty poczywaj, ać ja pobruszę”:)

 

Bo skoro „bruszyć” to „mielić”,
mielenie jęzorem jest adekwatnym odpowiednikiem.

 

Wieki mijają jak konie galopem, a
słowiańska natura wciąż kipi w nas ta sama:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

sterownik

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 


Miś założył sterownik do pieca.

Taki inteligentny, że, gdy tylko temperatura osiągnie określony poziom, sam
przełącza instalację na grzanie wody. Teraz nie trzeba pilnować, stać, czekać i
ponosić jakiegokolwiek wysiłku. Wystarczy rozpalić w piecu, a reszta dzieje się
sama.

Podobne sterowniki nosimy w sobie.

Kiedy na przykład frustracja
osiągnie pewien poziom, otwierają się zawory bezpieczeństwa. Ciśnienie gniewu
przełącza nas na inny tryb pracy, a szalona radość ustawia inne przesłony
postrzegania świata.

Ostatnio odkryłam w sobie jeszcze
jeden sterownik.

Zaskoczyło mnie to odkrycie.

Jako nauczyciel i matka
wielodzietna chronicznie cierpię na brak ciszy. Jest ona dla mnie takim samym
towarem deficytowym jak papier toaletowy za czasów komuny. Niby można bez tego
żyć, ale tylko niby.

Stąd mój regulator jest bardzo
czuły.

Wystarczy, że uda mi się umknąć
jak wtedy. Trzy tygodnie temu.

 

Zbieram truskawki w ogrodzie.

Dzieci zapomniały o moim
istnieniu. Nikt mnie nie szuka, nie huka, nie woła alarmująco: Mama!!!, nie
prosi: Zagraj ze mną w piłkę!, nie skarży: A on powiedział…

 

Zbieram sobie truskawki w
ogrodzie.

Czerwone owoce lądują w żółtej
misce.


Ptak świergocze, leszczyny szumią,
świerszcz skrzypi, komary popiskują. Ale to wszystko jest ciszą, która sączy
się powoli szczelinami do wnętrza.

 

Zbieram sobie truskawki w
ogrodzie.

I wystarczy chwila, a zbiornik
jest wypełniony. Czuły sterownik przełącza całą aparaturę…

 

…. i sama nie wiem kiedy zaczynam
się modlić.

 

Podświadomie, automatycznie, bez
aktu woli i wysiłku.

 

A ja tylko zbieram sobie truskawki
w ogrodzie. Po kolana, po uszy zanurzona w potoku ciszy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

będąc pod wpływem soku

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Przed spaniem warto też pograć.

Mama i Laurka rozkładają kartoniki
do gry w memory. W łóżku – a jakże!!!, na pościeli – a gdzieżby?!!!. Równiutko
i w rządkach.

Wtem wchodzi tata niosący
szklaneczkę pysznego soku pomarańczowego. Córeczka rzuca się i pije z rozkoszą,
po czym…

 

– Chodź, źnowu ułozimy. –
proponuje mamie powtórkę z rozrywki.

– A dlaczego je rozrzuciłaś? –
dopytuje mama wskazując na bezładną kupkę kart.

– Bo się uciesiłam sioćkiem:) – odpowiada smyk.

Że też rodzicom trzeba tłumaczyć takie oczywistości.

 

Furia radości.

 O , pardon: fura radości;)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}