poetycko

 

Układam pasjansa na podłodze. Laurka obok pracuje twórczo.

– Co to tak szeleści? – pytam – Deszcz?

– Nie. Wiatl. – odpowiada córeczka – Wiatl sumi żeby spłosyć mój oblaz. – tłumaczy wiatrowe poczynania i przykleja kolorowe kuleczki z plasteliny na kartce.

 

Spłoszony obraz czmycha chyżo:)

 

Jak poetycko.

 

Inną razą:) słyszę jak czyta książkę, improwizując na bieżąco. Jest w tym dobra.

– I wznosili się niebiesko w gólę … – kończy zawieszając teatralnie głos.

Ile myśli od razu zbiega się do głowy, gdy się pomyśli o „niebieskim wznoszeniu się”.

 

Od tylu lat jestem matką, a wciąż tyle rzeczy w dzieciach mnie zaskakuje.

 

 

ps. Tak, święta tuż tuż, a u nas wiosna. Siedem stopni, deszczyk i świat pachnący „powietrzem” – jak mawia Laurka. Ale dom już pachnie jak trzeba: pomarańczą, buraczanym zakwasem, żywicą i światłem świecy.

 


 


bądźcie jak one

 

– Przyszła do mnie – opowiada moja mama półszeptem, opierając się o stół i oglądając na śmigającą wokół Laurkę – I tak poważnie ze mną rozmawia. Takie małe dziecko, a mówi jak dorosły i w końcu mówi do mnie: „Wiesz babciu, ja kiedyś pójdę do nieba”.

Tak po prostu.

Jak się mówi: „Pójdę do sklepu” albo „pójdę do kina”. Bez strachu, egzaltacji…

***           ***           ***

Przysiadłszy na piętkach wycina obrazki ze starych podręczników Nusi.

– Może już starczy tego wycinania? – proponuję spod sterty papierków, bo akurat leżę obok zapracowanej córki.

– Nie mamo, musę wam splawic psyjemność. Chcę wam splawic wielką psyjemność.- tłumaczy – Tlochę mnie bolą nogi od wycinania, ale musę.

Altruistka:)

 

Żyjemy pośród świętych „nauczycieli”. Czasami im się ulewa. Czasami wpadają w histerię. Czasami przytulają się do nas, całują nas i kochają. Zarówno wtedy, kiedy jest dobrze, jak i wtedy, kiedy jest źle, formują nasze serce, kształtują duszę i zachęcają nas do tego, byśmy inaczej, głębiej doświadczali Boga.

Gary Thomas „Święte rodzicielstwo”

 

 

zmiana zawodu

 

Czesze mnie i paple.

Przypina spinki, a każdą koronuje stęknięciem, bo dusi z całej siły. Zakłada opaskę jednym końcem prawie celując w oko i paple. Wytrzymuję wszystko, bo uwielbiam jak ktoś mi przekłada włosy, nawet gdy jest to na pograniczu ich wyrywania:)

– Mamo, chciałabyś być flyzjelem? – pyta.

– Chyba nie.

– Ale flyzjezy są fajni – przekonuje – Mają dużo zecy do pracy. – dodaje mało przekonujący argument i wciska kolejną spineczkę.

– Aaa – przypomina sobie najważniejsze – I nie musą codziennie wstawać.

– Nie muszą? – jestem zaskoczona – A co wtedy robią?

– Nic. Po plostu śpią i śpią i śpią cały dzień.

 

A, to odwołuję. Chcę być fryzjerem:)

 


wdzięczność i tęsknota

 

Laurka ma zwyczaj często i za wszystko dziękować. Nawet za to, za co dziękować nigdy by nam nie przyszło do głowy.

– Mamo, jakiego to jest kololu? – pyta.

– Niebieskiego.

– Dziękuję ci mamo, ze to jest niebieskie.

 

I wtedy nie wiem co powiedzieć, bo nie chcę przyjmować nienależnych mi hołdów:)

Ale dziękuję Ci jak moje dziecko, że świat jest pełen cynobrów, ochry, paryskiego błękitu i indyga. Dziękuję, choć z trudnością odróżniam te barwy, a wiele z nich jest niedostępne memu zmysłowi wzroku i pojmowaniu.

Że się tak wysiliłeś, by utkać każdy z wielu tysięcy liści na jednym tylko drzewie mojej działki, że zbudowałeś niepoliczalne przez nikogo kolumny lasów i podparłeś nimi nad ziemią czaszę nieba. A ja nie umiem wydziergać na szydełku aniołka na choinkę z białej nici i zawstydzają mnie miliardy gwiazdek śniegu sypiące się na moją głowę.

Za to, że przewyższasz mnie we wszystkim, a mimo to jestem dla Ciebie ważna. Mrówka z jej mrówczą historią, krótką jak igła świerku. Mrówka zagubiona we wszechświecie i wszechczasie.

Za obrębione perłowo serwety chmur, za myśli, których nie wyrażą żadne słowa w żadnym języku.

Za to, że wystaję tak mocno poza ramy swej cielesnej skóry i pragnę czegoś, czego tu nie znajdę. Ta tęsknota nie daje spać po nocach, podważa posady kolein, którymi toczy się moje „teraz”, rozsadza skały namacalnej materii.

– Tato, jakiego koloru jest tęsknota?

– Niebiańskiego.

– Dziękuję Ci, że jest niebiańska.

 

 

zawieszeni w milczeniu

 

Czytam Miłosza.

Czytam i chwilami rozpływam się w jego słowach, schodzę nimi w dół po jednych, drugich, trzecich stopniach znaczeń. Czytam i czasem odkrywam siebie i swoje rozterki, poszukiwania, pytania, nienasycenie zbyt płytką odpowiedzią dawaną przez ten świat.

Wyłudziłam ten tomik od Ewy z biblioteki. Rozpada się w rękach na pojedyncze karki, nie ma swej metryczki w żadnej księdze inwentarzowej i ogólnie nikomu tam nie jest potrzebny. Miejsce zajmuje. Bo kto dziś czyta poezję?

Ja czytam.

Odnajduję w niej siebie, kawałek po kawałeczku, bo poezja to jest zejście najgłębiej jak potrafimy. Miłosz mówi, że to przypominanie sobie języka, w którym rozmawialiśmy z Bogiem zanim zdarzył się grzech, który nas rozdarł. Mozolne poszukiwanie słów tej staromowy, wsłuchiwanie się w jej echa kołujące jeszcze na dnie naszych serc. To jest poezja. Nasłuchiwanie jak nasłuchuje niemowlę swojej matki, układanie ust naśladując ruchy jej warg i próby odtworzenia dźwięków. Bo tylko w tym języku da się wyrazić to co najważniejsze.

To takie trudne.

Czytam Miłosza zmagającego się z kulawymi słowami, którymi posługujemy się na co dzień. Jak one nie potrafią wyrazić nic lub prawie nic.

„Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic.(…) A ja ciągle z moim nienasyceniem, jak w tej chwili kiedy podchodzę do okna, widzę wieżę z zegarem, w dole śnieg na trawnikach campusu Ann Arbor, przechodzącą po ścieżce dziewczynę i samo już to, bycie tu, przy tym oknie, w chwili takiej jak każda inna, to znaczy niepowtarzalnej, z bielą śniegu i ruchem nóg oglądanym z wysoka, wystarcza żeby mnie wpędzić w lament nad niewystarczalnością języka.”

Widzę siebie dokładnie w tej samej pozycji, pełnej zdumienia, niemej ekstazie. Tyle razy mi się to przydarzało. Ostatnio twarzą w twarz z starym sadem na wsi, białym od mrozu, niewyobrażalnie spokojnym, tajemniczym, z kolejnymi perspektywami odsłaniającymi się jedna za drugą.

Żadne z tysięcy słów, jakie noszę w głowie nie oddaje ani tego widoku, ani co czuję, gdy nań patrzę.

Staję oszołomiona i bezradna.

Tak samo jak on w oknie zawieszonym nad trawnikiem campusu Ann Arbor.

 

 Milcząc, kontemplujemy nienazwane.

 

 

 

dies irae

 

Dzień, gdy Laura raz po raz nurza się w morzu rozpaczy. Dies irae – rzec można:)

Pod wieczór, przy sto czterdziestym pierwszym zerwaniu tam hamujących potoki łez i krzyku, nie wytrzymuję i pytam rzeczowo:

– Co się z tobą dziś dzieje córko? Jesteś głodna?

– Nie!!! – otrzymuję natychmiastową odpowiedź.

– Może jesteś chora?

– Nie!!!

– Może cię coś boli?

– Nie!!!

– To jaka jesteś?

– Źłośliwa!!! !!!

 

 

 

Odważna samokrytyka. Szkoda, że niezbyt konstruktywna:)

 

 

niezrozumiany artysta

 

Laura rysuje.

Przy trudniejszych zawijasach pomaga sobie językiem, wywijając nim w tym samym rytmie co kredką.

– Zgadnij co to jest? – pyta, podsuwając rysunek w moją stronę.

– Nie wiem. – poddaję się od razu, bo wyjątkowo rysunek niepodobny do niczego.

– Egzemplasz!!! – wykrzykuje córcia oczywistą oczywistość.

 

No tak. Jak tak dłużej się przyjrzeć to: egzemplarz jak malowany:)

Nie śmiałam już pytać artysty: egzemplarz czego?

 

Wszak niezrozumienie artysty generuje jego wenę:)

Lepiej go nie rozumieć.

 

 


definicja

 

Czasem się zdarzają pytania iście filozoficzne.

– Mamo, a miłość to co? – zaczyna Laurka.

– Hmmm. – zaczynam się głęboko zastanawiać.

Głęboko acz – jak się okazuje – niepotrzebnie, bo pociecha odpowiada sobie sama. Widocznie pytanie było i filozoficzne i retoryczne jednocześnie:)

– Miłość to śmiech, kiedy ktoś zaklywa usta i tak się śmieje. – wygłasza uroczyście, demonstrując przy okazji odpowiedni gest.

 

Definicja miłości według Laury.

Gdy ktoś zakrywa usta i chichocze to może być tylko miłość pensjonarki:)