rysopisy

 

Sadowimy się w małym łóżeczku Laurki, pod żółtym sierpem księżyca z Ikei.

Rozkładamy okładki pierwszej książeczki. Pierwszej z klasycznego trio przeznaczonego na ten wieczór. Ale nim pierwsze słowo wypłynęło mi na usta…

– Ty jesteś mamo jak bagietka. – spostrzega metaforą córeczka.

– Dlaczego?

– Bo jesteś taka chuda i taka, taka… – marszczy nosek w poszukiwaniu słowa – taka dłuuuga:)

– A tatuś kim jest? – chcę wiedzieć.

– Tatuś dyniom. – bez zastanowienia nijakiego rzuca maluszek.

 

Oto i nasze rysopisy metaforą:)

Gdybyśmy tak obchodzili Halloween jak go nie obchodzimy, tatuś już nie musiałby się przebierać:)

 

                                  

 

 

 

sancti

 

Myślę o świętych.

O tych niezliczonych rzeszach. O tych spisanych w opasłych tomach kościelnych i tych, których znali tylko najbliżsi. Myślę o moim tacie, który zmarł 11 lat temu, a wydaje się, że miejsce po nim jeszcze nie ostygło, że wystarczy znienacka się odwrócić, a zobaczę go pochylonego z papierosem nad niedzielną krzyżówką. Rozwiązywał je zawsze w dni wolne od pracy. A tych miał naprawdę niewiele.

Myślę o Babci niebieskiej, która odeszła rok temu. O Babci rubasznej, która znikła niemal bezszelestnie 6 lat temu. O dziadku…

Myślę też o naszym nienarodzonym 9-tygodniowym dziecku, które na ziemi byłoby trzecie, a w niebie jest pierwsze przed nami wszystkimi.

Ból po nich już zgasł , zostało ciepło w sercu i pewność, że są. Niedotykalni dłonią, niewyczuwalni uchem, niedostrzegani oczyma, a jednak zupełnie realni, bo pełni miłości ku nam.

To bowiem co czyni nas najbardziej prawdziwymi jest miłość. Wtedy jesteśmy najbardziej, najpełniej, wyczerpująco na temat.

Święty Charbel, który za życia niemal nieustannie milczał i ukrywał się pod mnisim kapturem, po śmierci pozwolił sobie zrobić zdjęcie i podyktował niemal całą książkę:) Przedziwny, fascynujący święty.

Wiele jego słów mnie urzekło na tyle, że przepisałam je sobie do mego brązowego notesu.

Dziś natknęłam się na te słowa.

Oto dwa zdania jakby specjalnie na ten dzień:

(…) miłość jest jedynym atramentem, którym możesz cokolwiek zapisać na tym świecie, wszystko inne jest kleksem na papierze.

Nie zaczynaj niczego na ziemi, jeśli nie będzie to miało końca w Niebie…

 

 

 

słownik patrioty

 

Ostatnio dwa razy udało nam się wdrożyć wychowanie patriotyczne naszej małej Polki.

Raz przy okazji wakacyjnych odwiedzin w ZOO, gdzie widzieliśmy dwa orliki białe ( nie orły!!!) i wyrecytowaliśmy przy ich klatce wierszyk: „Kto ty jesteś – Polak mały”.

Drugi raz podczas oglądania programu przyrodniczego, w którym również pojawiły się żywe egzemplarze naszego dumnego godła narodowego.

Dziecię podatne jest na edukację i chwyta szybko acz… niedokładnie.

I oto pewnego wieczoru, ubrana w pidżamkę i rozłożona poetycko na naszym łożu udaje sobie, że czyta. Też sobie. Coś tam o słoniu Marku i Panu Jezusie. Nagle zawiesza się. Zapewne z braku odpowiedniego słowa. Postanawia więc sobie pomóc, uciekając się do maminej pamięci:

– Mamo, co jest nasym wlogiem?

– Wrogiem? – wynurzam się zdziwiona znad swojej lektury ( wspomniany już Eliasz)

– Taki biały. Jest wlogiem Polaków. – uszczegóławia dane Laurcia.

– Niemcy? – rzucam na chybił trafił, choć przymiotnik „biały” nieco nie pasuje.

– Nie!!! – protestuje córka.

No jasne. Słuszny protest. Niemcy tymczasowo nie są naszym wrogiem:)

– Taki jarząb. – naprowadza dalej mała patriotka.

– Jastrząb? – czuję się zupełnie zdezorientowana i nagle olśnienie spływa na mnie jasną smugą – Orzeł biały!!! – wykrzykuję.

– Tak. – potwierdza uradowany maluch – On jest nasym wlogiem.

– Godłem!!! – protestujemy tym razem całą rodziną, urażeni w samo lechickie serce.

 

Co za różnica: wrogiem czy godłem? 🙂

Następny wykład będzie o epopei narodowej i martyrologii:)

 

Trudno tak od razu wychować dziecko na patriotę, ale wszak nie od razu Rzym zbudowano.

 

świetna pamięć

 

Oglądamy stare zasoby filmikowe. Z czasów prawie prehistorycznych, bo gdy Nusia była mała, albo Laucia – niemowlaczkiem.

Oglądamy i stale żałujemy, że aparat z funkcją nagrywania filmów kupiliśmy zbyt późno i w ten sposób fascynujące malutkie życie Ali i Dusia zapadło się zbyt głęboko w archiwa pamięci. Zbyt głęboko, by wyszperać barwę głosu, filuterne grymasy, nieporadność pierwszych kroków i słów. Zostało tyle, ile na zdjęciach.

Oglądamy filmiki.

Śmiejemy się i zachwycamy, odżywają emocje i wrażenia, powstają nowe.

– Pamiętam to!!! – wykrzykuje Nusia obserwując swą małą figurkę na ekranie telewizora.

– Pamiętam jakby to było jutro!!! – dodaje:)

 

Pamiętać „jakby to było jutro” umieją tylko prorocy i dzieci.

Właśnie czytam „Piątą górę” Coelho o proroku Eliaszu. Z czasów prawie prehistorycznych. Może też granice mojej pamięci zagarną przyszłość:)

 

świat spleciony z marzeń

 

Pewnego wakacyjnego dnia, wracając z naszej działki, skręciliśmy w lewo do innej wsi, by odwiedzić posiadłość mego brata.

Piękny drewniany dom pod lasem jest ozdobą całej osady, a powstał z … marzeń i starej obory:) Przy czym więcej było tych pierwszych, bo bez nich nikomu nie udałoby się ujrzeć w starym, drewnianym gospodarskim budynku gniazda dla ludzkiej rodziny.

Budynek na naszej działce, o którym tyle razy już pisałam też był oborą. Wielką, murowaną, ciemną i brudną. Sufit spowijały woale pajęczyn, drewniane wierzeje wisiały na słowo honoru, podłogą była gruba na dwa metry warstwa gnojowicy, a dookoła rozpleniły się kujące krzewy i chwasty wysokie do pasa.

Nikt, absolutnie nikt nie wierzył, że będą tu kiedyś firanki w oknach, półeczki na ścianach, dywan na podłodze i kwiatowe ogródki dokoła. Taras, balkon, komin, łazienka, drewniane schody na poddasze, nowy dach. Sami chyba w to byśmy na samym początku nie uwierzyli. I nawet trudno nam wytłumaczyć jak stało się to, co się stało. Można to nazwać cudem. Chyba nawet trzeba.

Bez wielkich pieniędzy, z czwórką małych dzieci, bez specjalnych zdolności do murowania i ciesielki, prawie wszystko sami, bez doświadczenia, ale z ogromnym zasobem marzeń i świadomością, że Ktoś nam pomaga. Rzeczy niemożliwe stają się możliwe.

Kilka miesięcy temu zauważyliśmy, że w tej samej wsi, na zaniedbanej działce nieopodal nas nagle pojawili się ludzie. Wycięli przez środek chaszczy drogę i zaczęli się krzątać wokół gospodarczego budynku. Jakiś czas temu poznaliśmy dziewczynę, która wraz z mężem i dziećmi odziedziczyła to siedlisko po dziadkach.

– Wszystko robimy sami – powiedziała z ogniem w oczach – wszystkiego sami się uczymy, spędzamy tam każdą wolną chwilę. Nasza działka jest jeszcze zaniedbana. Wasza jest taka piękna, zawsze na nią patrzę, gdy przejeżdżam. – pochwaliła z serca.

– Jakbym widziała nas sprzed kilku lat. – szepnęłam mężowi.

Następni ludzie, którzy marzeniom nadają realny kształt, gładząc je własnymi rękoma. Marzenia lubią być tak traktowane. Wtedy nie wiadomo kiedy się spełniają.

Wiliam Blake powiedział: „To, co dziś jest rzeczywistością, wczoraj było nierealnym marzeniem.”

Niemal wszystko, co nas otacza, zrodziło się z czyjegoś marzenia; a świat naszych dzieci i wnuków będzie tkaniną splecioną z naszych tęsknot.

Marzeniami ciemność zmieniamy w światło, ruinę w miejsce do mieszkania, bałagan w ład, zamęt w pokój, strach w ufność.

Umiemy to zrobić. Sami zadziwiając siebie.

 

fortele i zasady

 

Coś o graniu i wygrywaniu.

Laurka podczas wakacji grywała z dziadkiem w karty. Zasady jakieś tam były, gra bliżej nieokreślona, ale finał taki, że dziadek wygrał z wnuczką. Ta zorientowawszy się w jednej chwili ku czemu rzecz cała zmierza, spojrzała spod grzywki na rywala i słodziutko podsumowała:

– No to wygraliśmy dziadku!

Dobre podejście, nieprawdaż? Bo po co się od razu zżymać i gniewać, skoro można potraktować sukces kolektywnie:)

Ale można zastosować jeszcze inny fortel.

Gramy w piłkę. Ja rzucam do Laurki, a ona do mnie.

Jakoś tak oczywiste wydaje się to, że lepiej gra ten, który dobrze łapie. Ale nigdy nie można być pewnym. Rzucam. Piłka odbija się od rączek córki i ucieka.

– Oj! – ze współczuciem przejmuje się Laurka – Nie udało ci się mamo:)

No, nie udało.

 

W grze nie liczy się kto wygra, ważniejsza jest rola komentatora sportowego.

I nikt nas nie przekona, że czarne to czarne, a białe to białe:) – chciałoby się zacytować.

 

dania z kapusty

 

Chodzimy raz w tygodniu do biblioteki na zajęcia dla maluszków.

Miła pani Ania wałkuje temat jesieni.

– Jak się nazywa taki mały deszczyk?

Cisza. Pięć czterolatek spogląda na siebie ze zdziwieniem.

– Ka- pu- śnia – czek. – podpowiada niezrażona pani.

– A deszczyk większy od kapuśniaczka? – pada kolejne pytanie.

Wśród czterolatek konsternacja.

– No. – zachęca pani z jasnym uśmiechem.

Wtedy Laurka wypala w tym samym rytmie:

– KA – PU -ŚNIAK. 🙂

 

Tadam. Zagadka rozwiązana. Większy od kapuśniaczka jest kapuśniak!!!

I smaczniejszy na dodatek.

 

A u nas dziś na obiad bigosik:)

 

apetyczne stosiki

 

– Jus tak nie mogłam się docekać tego cytania – wzdycha Laurka, moszcząc się wieczorem w swoim łóżeczku – samochodziku.

Łóżeczko to spadek po Nusi, której nogi wyciągnęły się jak makaron i nie mieściły się już w granicach materaca.

– Nie mogłaś się doczekać ty molu książkowy – śmieję się.

Czytamy.

Czytamy dniami i nocami, o poranku i wieczorem, przed obiadem i po, kiedy tylko czas pozwoli.

Na poręczy mego łóżka leży apetyczny stosik złożony z „Ani z Wyspy Księcia Edwarda”, „Rekolekcji z egzorcystą”, „Być jak płynąca rzeka” Coelho i ostatniego tomu Jeżycjady. Tą ostatnią pozycją nastrajamy się mentalnie z Alusią na przyjęcie „Wnuczki do orzechów” Musierowiczowej.

– Mamo, za 33 dni się ukaże! – obwieszcza mi córka najstarsza znad laptopa i wzdycha – Już nie mogę się doczekać. Ja zwariuję.

– Ale ja czytam pierwsza. – zaczynam się droczyć.

– Nie, ja! Ja to przeczytam w kilka godzin. Ty tak szybko nie przeczytasz. – czyni aroganckie uwagi uczeń, który przerósł mistrza.

– Bo ja czytam kilka książek jednocześnie. – tłumaczę.

– Jak tak można?! Trzeba się skoncentrować na jednym. – uczeń nie wychodzi z roli:)

– Kiedyś tak myślałam, ale teraz lubię mieć zaczętych kilka książek jednocześnie. Bo z książkami jest trochę jak z jedzeniem. Czasami masz ochotę na kiełbasę, czasem na dżem, na czekoladę albo na ogórki. Zależy od dnia, od nastroju. – przekonuję adwersarza.

Dobrze jest mieć kilka smaków pod ręką. I ja je mam. Na szerokiej poręczy łóżka, w jasnym krążku światła rzucanym przez lampę. Specjalnie kupioną lampę. Do czytania wieczorami.

W innym krążku światła siedzi Nusia. W swoim odrestaurowanym łóżku a’la szezlong. Blask z różowej lampki wylewa się na kartki kolejnej połykanej przez nią książki.

Nagle, w czasie wakacji złapała bakcyla. Podsunęłam jej „Karolcię” i córka średnia znikła z naszej planety. Od tamtego dnia żyje podwójnym życiem i chwilami nie wiadomo, które z żyć jest bardziej realne. Ziemskie sygnały typu: „posprzątaj pokój” czy „idź się umyj” zanikają gdzieś w drodze pomiędzy światami.

 

Tylko mężulek i syn skutecznie opierają się epidemii. Nie dają się wchłonąć światom wymyślonym. Rzeczywistość musi mieć ściśle określone wymiary, żadna książka nie może być jednocześnie magnesem, a czas i przestrzeń nie powinny zakręcać się w esy floresy:)

A jednak – bardzo lubią, gdy opowiadamy im, co przeczytałyśmy:)

Może zbyt ciekawie opowiadamy?

 

ps. przy okazji pisania tej notki zafascynowała mnie kwestia: „znikła czy zniknęła? ” Zdecydowanie Nusia znikła:) Robi to za każdym razem, gdy otwiera książkę .