nauka bycia człowiekiem

 

Ranki są chłodne. Miś ubiera Laurkę w polarek.

Już nauczył ją rozwiązywać problem z zawijającymi się przy tej okazji rękawami bluzeczki. Córka wciska rączkę, mocno trzymając brzeg materiału, a bluzeczka dziś czarna ze srebrnym serduszkiem.

– A teraz puść. – instruuje tato.

– Nie mogę. Lęka mi się zaklinowała. – sapie pociecha, usiłując w tubie rękawa rozluźnić piąstkę.

 

  Hmmm. Zaklinowana ręka.  Jeszcze kilka kursów instruktażowych i osiągniemy sukces:)

 

 

Iluż rzeczy trzeba się nauczyć w byciu człowiekiem.

Odczytywania grymasów ludzkich twarzy, intonacji na czas radości i smutku, obsługi sztućców, nazywania kolorów, mrużenia oczu w słońcu, wspinania się po schodach, trzymania mydła w dłoni, wypluwania pestek wiśni, gwizdania i dmuchania nosa, gdy katar dopadnie, odróżniania prawo od lewo, wystrzegania się pokrzywy i ostu, ostrożnej czujności przy ogniu, mówienia o sobie „ja” i wyczucia kiedy o sobie nic nie mówić , sznurowania butów, czesania włosów, trzymania kredki, zapinania guzików, splatania słów w zdania i kwiatów mleczu w wianki, picia przez słomkę, wkładania rąk w rękawy.

A to tylko najprostsze z lekcji. Bo są jeszcze miłość, wiara, ufność, odpowiedzialność, lojalność… Są jeszcze pytania: Kim jestem? Po co jestem? Dokąd zmierzam poza zmierzaniem do domu, pracy, sklepu w mroźny/słoneczny/wietrzny dzień w moje 41 urodziny?


Nie, to jeszcze nie dzisiaj:) Jeszcze chwila do tortu, może ze świeczkami i hymnu życzeniowego pt. „Sto lat”.

Ale takie myśli i pytania nie czekają na specjalne okazje. Mam je dzisiaj. Od… nie pamiętam kiedy i oby na zawsze.

 

 Trudna sztuka zamyślania się nad swoim życiem.

 

 

 

„bójka” inaczej

 

– W tym roku święty Mikołaj przyniesie naszym rodakom głównie prezenty książkowe – stwierdzał proroczo spiker radiowy tuż przed Bożym Narodzeniem.

I rzeczywiście!

Ja dostałam dwa tomiki wierszy, Ala serię albumów dla początkujących tropicieli zwierząt, Laurka – 101 książeczek ( naprawdę:), a Nusia – „Jaśki”, które od razu rzuciły się świętemu w oczy, bo w formule podobnej do naszego ulubionego „Mikołajka”.

Wszyscy uradowani pogrążyli się w lekturze.

Jedni odpływają z tego świata w łódeczkach wierszy, drudzy- wręcz przeciwnie – zaczynają uważniej przyglądać się ziemi pobudzeni lekturą przyrodniczą, trzeci noszą się ze swoim pudłem z książkami i wymyślają – ku uciesze rodziny- nowe wersje bajki o brzydkim kaczątku, a ostatni – pochłonięci literaturą bądź co bądź chłopacką – miewają dylematy…

– Mamo, co to jest BIJATYKA? – pyta Nusia z tomiszczem „Jaśków” pod pachą.

– Jak ktoś się z kimś bije.

– Aaaa. Bo nie rozumiem tego słowa, a to jest w tej książce.

 


 

No tak.

Nusia ma tylko jednego brata i choć ten stara się jak może, by wprowadzić element walki w spokojne życie sióstr, to stanowczo za mało, by znać termin „bijatyka” .

Bo licznych utarczek werbalnych nazwać tak nie sposób:)

 

 


dwa rody sikorek

 

– Wujek Max powiedział, że teraz wszystkie sikorki zdechną, bo zima je zaskoczyła. – donosi mi Dusio najświeższe wieści do kuchni.

Są święta niespodziewanie obleczone w śniegowe pierzyny. Właśnie patrzę przez okno na świat jak z obrazka i cieszę się wszystkimi odcieniami bieli , a tu taka nowina.

– Co z tymi sikorkami? – pytam wchodzącego mężulka – Dlaczego zginą?

– Nie. To chodzi o to…

I Miś opowiada mi pokrótce skomplikowane losy tych ptaków.

Max mówi, że są dwa rodzaje sikorek. Jakby dwa rody. Jedne- wędrowniczki – przed zimą odlatują do Holandii, bo tam cieplej. Drugie są osiadłe i zostają w Polsce. Gdy zima jest ciężka, dużo tubylczych sikorek ginie, bo nie mogą znaleźć pożywienia.* Wtedy na wiosnę wracają wędrowniczki i mają lepsze warunki i rozwija się ten ród. Ale, gdy zima jest łagodna, większość sikorek, które zostały, przeżyje i znajdzie sobie lepsze miejsca lęgowe zanim wrócą te z zagranicy. Wtedy wędrowniczki mają gorsze warunki i mniej potomstwa. I tak zależnie od roku – prawie jak w zegarku następuje cykliczność rozwoju populacji wędrowniczek lub sikorek tubylców.

Zachwycające.

Perfekcyjność scenariusza co do aktu, litery, kropki nad i.

 

A Ty Rut?

Dlaczego się martwisz?

Jesteś ważniejsza niż wiele wróbli, wiele sikorek, drozdów, kosów, trznadli…

Dlaczego się boisz?

Jeśli coś ginie, to tylko po to, by zrobić miejsce czemuś innemu.

Ufaj.

Wszystko jest jak w szwajcarskim zegarku. Bardziej nawet w twoim życiu niż u wróbli, sikorek, drozdów, kosów, trznadli…

 

 

 

 

* przy okazji ( notka wydawcy:) – jak już zaczniemy coś sypać do karmnika to nieprzerwanie, bo ptaki przyzwyczajają się do swojej stołówki i nie szukają gdzie indziej, więc jeśli przestaniemy je karmić, zginą.

 

 

nocne odwiedziny

 

W czasie świątecznych ferii udało się uskutecznić odwiedziny u dziadków. Kilkudniowe, a dla niektórych wybitnie KILKUNOCNE.

Układamy się spać jak śledzie w beczce, bo – w związku z licznym zjazdem rodzinnym – w sześcioro w jednym pokoju. Z braku łóżek niektórzy śpią na materacach na podłodze. Wśród niektórych ja i Laurka.

A każda noc ma swój refren, bo gdy zgaśnie światło, a po długich śmiechach ( dzieci) i strofowaniach( dorośli), zapada cisza, rozlega się spłoszony głosik najmłodszej pociechy…

Noc pierwsza:

– A jak psyjdzie tu wilk? Odp: Tu nie mieszkają wilki.

 

Noc druga:

– A jak psyjdzie tu scupak?

Odp: Szczupaki nie umieją chodzić.

– To pilnuj zeby nam mys nie wyciągnęła poduski:)

 

Noc trzecia: – A jak psyjdzie tu zonglel?

– Kto?

Odp: Żongler mamo!!! – wykrzykują dzieciaki – Ona dziś czytała książkę o żonglerze!

 

I wszyscy wybuchają śmiechem.

Nie, żonglera nie wpuszczamy!!! I tak śpimy jak śledzie w beczce:)

 

 

 

ocalanie dni

 

„…nazwać czyli ocalić.

Nie wolno cudu życia

oddać na pastwę milczenia.”

x. J. Szymik.

 

Dlatego opisuję takie kruszyny: o lampkach na choince, uśmiechach, dyndaniu hamaka, drobnym maczku słów rzucanych w rozmowach, zapachu cynamonu, gołębiach za oknem.

Tylko tak mogę ocalić chwile w mojej pamięci i Waszej.

Tylko tak mogę stanąć w szranki z przemijaniem.

Szuraniem końcówką długopisu o kartkę, stukotem klawiszy laptopa. Kocham słowo i Słowo. Jego kruchość i siłę. Słowo stało się ciałem, a ja odwracam proces – ciało życia zamykam w słowa.

Uwieczniam.

U-wieczniam.

Sprawiam – chcę w to wierzyć – że drobiazgi dni staną się jak wieki, a ich znaczenie będzie uniwersalne, ważne nie tylko tu i teraz i nie tylko dla mnie.

Zwyczajne sznury lampek na naszych choinkach splatają się z odwiecznymi konstelacjami gwiazd, a nasze kroki wpisane są w ciągi logiczne historii.

 

Mija rok, kolejny rok, który u-wieczniam kruchym słowem. Ile jeszcze lat tak się uda, czy sił starczy i woli? Dni jak białe kartki leżą przede mną i łaszą się, by je nazwać… czyli ocalić.


Nie wolno cudu życia oddać na pastwę milczenia.

 

więc… biorę długopis i piszę, układam wieczorami palce na klawiaturze.

 

 


 

 

Rut, a nie Dickens

 

– Ojciec Wigiliusz ucy dzieci swoje… – wyśpiewuje Laurka huśtając się na hamaku rozwieszonym w drzwiach kuchni ( rewelacyjny wynalazek!!! nasz własny!!!nie tylko do huśtania jak ktoś popuści wodze wyobraźni:)

– Ojciec Wigiliusz… – rozbrzmiewa po raz kolejny i świetnie komponuje się z atmosferą przed-wigilijną: z oparami smażonej ryby, których więcej w powietrzu niż tlenu, wodoru i azotu, z zapachem udekorowanych już na kolorowo pierników, z krzątaniną wszelaką i kolędami płynącymi z radia na parapecie.

A za oknem, wpółuchylonym ze zdumienia, chlupot ciepłego deszczu i dyndające na choince figurki gołębi jakby ulepione z szarej glinki. Śniegu ani grama, ani deczka, choć wciąż nadzieja w sercu żywie, że jutro obudzi nas świat polukrowany jak nasze pierniki.

Spływają ciepłą strugą maile i sms-y z życzeniami i serdecznościami. Listonosz wciska mokre koperty w skrzynkę na furtce. Kurier jak święty Mikołaj przybywa po zmroku i wręcza mężulkowi zdumionemu wielką pakę. Małe rączki pomagają nam rozrywać opakowanie i po chwili pokój zmienia się w sezam pełen skarbów. Przyjaciele lepsi są niż św. Mikołaj, bardziej zaskakujący:)

Wieczorem lampki na choince wplątują się w konstelacje gwiazd za oknem, zapach piernika czuję przy każdym poruszeniu głowy. Cała nim nasiąkłam jak gąbka. I słowami kazań z rekolekcji adwentowych  słuchanych na You Tube. I miłością szeptaną mego męża i wylewną miłością malutkiej Laurki, która co wieczór, gdy odmawiamy nowennę przed Bożym Narodzeniem krąży jak satelita między nami klęczącymi i ściska ile sił w rączkach każdego.

Kolejny rok, kolejna wigilia, jeszcze jedna choinka, opłatek, stos prezentów, tupanie stadka małych stópek na schodach, droczenie się z rodzeństwem, wspomnienia z dzieciństwa odgrzewane po raz kolejny na salwach śmiechu.

Nie ma tylko Amelii, bo mieszka daleko, ma małą córeczkę i do tego kaszlącą. Pozostali są. I Kora i Max i Leon, Lena i Felix. Wszyscy dorośli, większość okrzepła w swoich rolach, nic nikomu nie musimy udowadniać, bo wiemy kim jesteśmy i z grubsza – po co. Przynajmniej ja tak to czuję.

Życzenia przyjmuję z uśmiechem jak miłe słowa niosące życzliwość . Wiem – nie mają mocy sprawczej i wcale tego nie oczekuję. Są miłymi słowami, a co będzie dalej zależy głównie od Boga i ode mnie. I znowu – jak rok temu – dociera do mnie, że mam wszystko. Naprawdę wszystko. Wszystko, czego potrzebuję, choć nie wszystko, czego pragnę, ale to dwie różne sprawy i coraz lepiej idzie mi ich rozróżnianie.

Laurka ściska i całuje poduszkę. Zupełnie tak samo jak wcześniej ściskała nas podczas nowenny.

– Laura jest tak wypełniona miłością, że sama już nie wie komu ją dać. – śmieje się Kora ponad białym obrusem wigilijnego stołu.

Potrzebuję właśnie takich chwil. Pokoju na dnie serca rozesłanego jak serwetka śniegu, miłości najbliższych, śmiechu, bliskości, szczypty samotności, która dodaje smaku jak cynamon piernikom. Potrzebuję takich rzeczy i wszystkie je mam. A nowsze auto czy drzwi z łukiem na letnisko to tylko zachcianki.

Oto moja „Opowieść wigilijna”.

 

Gloria

 

 

 

 

 

 

 

 Niech groty naszych serc, tak często na co dzień zimne i twarde, tej nocy staną się jasnym i ciepłym domem dla Boga i ludzi.

Niech w te święta w Was i wokół Was dzieją się cuda, po ujrzeniu których będziecie chcieli wraz z Aniołami zaśpiewać: „Gloria!!!”

Niech wszystko stanie się nowe wraz z nadejściem Dzieciny.

 

Rut z rodzinką:)

 


deficyt rozumności

 

Wieczór.

Laurka nie chce się myć. Protest podnosi niemal codziennie. Tym razem odpuszczam i pozwalam przebrać się w pidżamkę bez mycia.

Maluch natychmiast bezwstydnie chwali się siostrze:

– Ja się dziś nie myyyyję!!!

– To ja też się nie myję. – buntowniczo oznajmia Nusia.

– Nie, ty musis, bo jesteś lozumna, a ja jestem mała i jesce nic nie lozumiem. – ripostuje Laucia.

 

Homo nie-sapiens:)

 

 

z braku

 

Zanim otworzę oczy, słyszę plusk wody w rynnach.

– Ach, to już wiem dlaczego wczoraj ramię nie dało mi zasnąć. – myślę.

Wygrzebuję się spod kołdry i napotykam futerko Laurkowej różowej owieczki -torebki. Tej samej, z którą wczorajszego wieczoru szalałam po scenie jako zadziorny pastuch Maciej w jasełkowym przedstawieniu.

– Rut, byłaś rewelacyjna. Zakładajcie kabaret. Tak się uśmieliśmy. – słyszałam pomiędzy świątecznymi życzeniami.

Opłatek strzelał w dłoniach i osiadał na podłodze jak śnieg.

– Nie wiedziałam, że jesteś taką świetną aktorką.

Śmieję się ugrzana w swoim długim kożuchu i wycieram swój wymalowany zarost w twarze kolegów i koleżanek z pracy.

– Dobrze, że ja to wiem. – myślę ubawiona.- Od dziecka jestem komikiem.

 

Nie można nie być aktorem, gdy ma się tak liczne rodzeństwo – publikę, w genach – rubaszność swojej babci, a jako motywację do występów – konieczność rozładowania konfliktowych sytuacji między rodzicami.

Deszcz zamienia szybę okna w błyszczącą taflę wody.

– Jeszcze raz się przekonuję – mówię mężowi przy zaspanym jeszcze kuchennym stole – że kiedy Bóg coś nam odcina, to tylko po to, by bujniej urosło coś innego.

– To jak z drzewem. – znajduje porównanie Miś.

– Właśnie – podchwytuję jego myśl – Pamiętasz tę choinkę o dwóch czubach? Musieliśmy odciąć jeden, by zaczęła normalnie rosnąć. Kłótnie moich rodziców to był dla mnie pewien brak, ale dzięki temu rozwinęło się we mnie wiele dobrych cech i talentów.

 

Musiałam przeżyć 40 lat, by zrozumieć, że brak, niezawiniony brak, to najczęściej puste miejsce na coś innego, nowego. Taki jest jego sens.

Dlaczego odkrywałam to tak długo?

Bo widzi się to dopiero po fakcie. Gdy brak już zarośnie, zasklepi się i nie boli. Gdy widzisz co w miejscu odcięcia wyrosło i zbierasz owoce.

Pewnie wszystkie moje braki kiedyś zafalują bujnym łanem jak pola na wiosnę. Trzeba tylko poczekać, często sycząc z bólu.

 

Był pastuszek bosy, na fujarce grał:)

 

Teodor Axentowicz, Pastuszek z owcami

 

Może z braku butów też coś urośnie:) Może z braku zdrowia, może z braku pieniędzy, braku męża czy urody… Brak to wolne miejsce na coś.

 Deszcz skrzy się za oknem. Może z braku śniegu…  🙂

 

 

 

 

 

uzależnienie

 

Jakiś czas temu Laurka chorowała. Trzy razy dziennie dostawała porcję syropu przeciwwirusowego.

– Dałeś jej drugą porcję? – pytam mężulka po obiedzie.

– Nie, jeszcze nie.

– Jesce mi nie dał dlugiej polcji – podchwytuje skwapliwie córka, wbijając wzrok w pudełko z ptasim mleczkiem spoczywające – jak to u nas – w nieosiągalnych rewirach szczytu lodówki.

Jedni nazywają to porcją, inni – DZIAŁKĄ:)