Witamina D, bo DLA każdego

 

 

Dlaczego Witamina D3 jest moją ulubienicą?

Bo ma miły anyżkowy smak, kojarzy mi się z niemowlęctwem moich dzieci i dlatego, że… w okresie jesienno-zimowym, na skutek braku słońca, miewam potężne chandry i bardzo osłabioną odporność.

Jakiś rok temu nie wytrzymałam, uruchomiłam mój „zdrowy, chłopski rozum” i wydedukowałam, że skoro sytuacja powtarza się rokrocznie i ma związek z małą ilością światła słonecznego, to odpowiedzialne musi być coś, czego to światło normalnie mi dostarcza. A normalnie tzn. latem promienie słoneczne sprawiają, że w naszym organizmie tworzą się olbrzymie ilości Witaminy D3!!! Tak sobie wydedukowałam i zadowolona poszłam do pani doktor poprosić o Witaminę, bo niestety ta tania, ale najskuteczniejsza w kropelkach ( Devikap) jest na receptę. Pani doktor popatrzyła na mnie trochę jak na wariata i powiedziała, żebym sobie raczej popiła jakichś herbatek. Więc się miło uśmiechnęłam, bo już nie miałam nic do dodania i wyszłam.

I od tej pory zaczęło się moje „podziemie” witaminowe.

Recepty zdobyłam przez krewnych i znajomych Królika, którzy mieli znajomych lekarzy. Ci lekarze nie dopytywali czy przypadkiem ktoś nie zechce popełnić rytualnego samobójstwa przy pomocy Devikapu i wypisywali.

Tym samym kanałem podziemnym dostałam link do artykułu o tym jakie powinny być normalne dawki Wit D3, bo te, które są oficjalnie podawane są tak zaniżone, że równie dobrze można sobie brać wodę. Bez żadnego efektu.

Ja brałam 8 kropli, tzn. 4000 jednostek. A zalecana dawka to 400 jednostek, czyli kropla w morzu potrzeb. I – jak Wam już o tym doniosłam – w tym roku nie przechorowałam nawet jednego dnia. Pracując w szkole, która jest wręcz wylęgarnią bakterii i wirusów, a ja bardzo forsuję na co dzień swoje gardło. Zawsze, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, rozkładałam się na obie łopatki i albo szłam na zwolnienie, albo chodziłam do pracy słaniając się na nogach i tracąc głos. W tym roku, nawet jeśli złapałam czasem katar, to trwał on jeden dzień, a nie przepisowy tydzień. W moim przypadku to prawdziwy cud.

Ale to nie wszystko, bo po raz pierwszy nie miałam typowego jesiennego obniżenia nastroju, a powiem Wam, że zwykle w styczniu i lutym, gdy wszystkie rezerwy mi się pokończyły, w mojej głowie zapadała czasami naprawdę głęboka ciemność. Żadne herbatki nie pomagały. Pomogła Witamina D3.

   Zauważcie, że szczyt zachorowań  przypada na luty, a 21 stycznia został ogłoszony za najbardziej depresyjny dzień w roku ( ponoć w tym dniu zdarza się najwięcej samobójstw).  Czyli wówczas, gdy rezerwy Witaminy D w naszych organizmach już się wyczerpały.

Teraz już rozumiecie dlaczego to moja ulubiona Witamina, choć zdobywana z większym trudem niż można by zdobyć narkotyki:)

Co jeszcze ciekawego na temat tej Witaminy, którą lekarze przepisują tylko noworodkom, by nie miały krzywicy?

– Jest bardzo ważna dla odporności naszych organizmów.

– Ma zasadniczy wpływ na nasze samopoczucie, jest tanim antidotum na chandry, łagodzi stany depresyjne

– Amerykański Instytut Medycyny określił, że górna granica bezpieczeństwa to 10.000 jednostek( IU), a więc łatwiej przedawkować wodę niż tę witaminę.

– Poziom witaminy D można i powinno się sobie badać ( badanie metabolitu 25(OH). W USA jest to jedno z najczęściej zlecanych przez lekarzy badań. U nas nigdy i nikt sobie tego nie bada, a wszyscy ( szczególnie w naszej strefie klimatycznej, gdzie brak słońca doskwiera przez ponad pól roku) mamy olbrzymie niedobory.

– W pożywieniu tej witaminy nie ma!!!

– Jedyne naturalne źródło to słońce, a dokładnie promienie UVB, przed którymi wszyscy nas ostrzegają i każą ich unikać, albo smarować się kremami z filtrem. Jeśli to robimy, odcinamy sobie naturalny dostęp do witaminy, której i tak mamy dramatycznie mało.

– Promienienie UVB, a wraz z nimi potężną dawkę wit. D łapiemy naświetlając skórę w godzinach od 10:00 do 15:00 przez około 15min. Z przodu i 15 min. z tyłu. Potem możemy, a nawet powinniśmy się nasmarować kremami z filtrem. Przy takim naświetleniu większych partii ciała organizm wytwarza nawet 20.000 jednostek (IU). Taka wytworzona ze słońca wit D dłużej jest magazynowana w organizmie niż ta podawana w kroplach. I nie można jej przedawkować. Po takim naświetlaniu- jeśli to możliwe – nie myć skóry, bo witamina D potrzebuje czasu na wchłonięcie.

– Zimą możemy naświetlać się w solarium. Około 3-4 minuty. Trzeba tylko sprawdzić czy w solarium są lampy UVB, a nie inne.

– Witaminę D3 jako suplement w Polsce dostaniemy jako kropelki Devikap ( tam jest 500 jednostek w każdej kropli, więc 8kropli= 4.000 IU czyli dawka dzienna potrzebna dorosłemu) lub Vigantol ( mocniejsze, bo 1 kropla= 1.000 IU i wtedy wystarczą 4 krople) Cena Devikapu i Vigantolu to około 4 zł. Tanie jak barszcz, więc już wiadomo dlaczego nie opłaca się reklamować:) Leki na osteoporozę, grypę i depresję są bardziej opłacalne:( Oczywiście Wit D jest też dostępna w kapsułkach, ale wychodzi drogo, bo kapsułka max ma 1000 jednostek, a więc trzeba wziąć 4 na raz.

– Wapń przyswaja się tylko w obecności wit D3!!! Dlatego ludzie się łamią choć piją dużo mleka i biorą tabletki z wapniem. Osteoporoza!!!

Ale… UWAGA!!! konieczna jest też Witamina K2 – MK7. Ale o niej innym razem.

 

 

PS. Większość informacji zaczerpnęłam z książki „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie.” J. Zięba.

 

Poczytajcie też u Marleny na temat tej witaminy, opalania, jakie choroby leczy i jak zaszczepić się na grypę samą Wit D. – TUTAJ

Podaję  link do artykułu o Witaminie D i wyjaśnienie dlaczego lekarze jej nie wypisują i nikt jej nie reklamuje w TV:) – TUTAJ

 

A tutaj krótki i ciekawy filmik o badaniach nt. tej witaminy, czemu przeciwdziała, jak o połowę eliminuje zagrożenie rakiem. – TUTAJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

na drugą nóżkę:)

Bo niemożliwe jest by życie przestać na jednej, by zajmować się zdrowiem ciała, a zapomnieć o duszy.

„W zdrowym ciele, zdrowy duch” lub w wersji Nusi, gdy była mała: „Zdrowe ciele, zdrowy duch”:)

Jeśli zapomnimy o duszy, prędko nasze ciało i zdrowie stanie się naszym bożkiem.

Modlę się tutaj:  FATIMA – miejsce objawień.

Co dzień łączę się z tym miejscem, odmawiam dziesiątki różańca, wpatruję w Matkę. Tam stale się coś dzieje. Odprawiana jest msza, ktoś odmawia różaniec, ktoś wędruje dookoła na kolanach prosząc o łaskę, siedzi zadumany mnich na ławeczce o 11-tej w nocy, biegają dzieci, idą procesje. Co kilka dni pojawiają się panie z kwiatami i ściereczkami. Sprzątają dom Maryi. Z pieczołowitością, jaką znają tylko kobiety. Jedna układa kwiaty, druga odkurza podłogi, trzecia przeciera lampę, czwarta delikatnie ociera białą ściereczką umęczone ciało Jezusa na krzyżu. Przychodzi strażnik i kłania się przed figurą. To aż wzruszające patrzeć na nich. A ja – choć daleko – jestem z nimi i z Nią.

Nigdy nie byłam typem maryjnym. Teraz jestem. To, co się stało kilka miesięcy temu w moim życiu mogę nazwać cudem. Cudem przemiany serca, myślenia, życia. Odnalazłam Matkę. Najukochańszą z matek. Cud wciąż trwa.

„Otaczaj mnie swoim płaszczem” – szepczę do Niej. I za Wami proszę. Za wszystkimi, których znam, z którymi zetknęłam się choć na chwilę w życiu, choć przez jedno słowo.

Otaczaj ich swoim płaszczem. – proszę i wiem, że Ona słyszy.

 

Ona przywraca zdrowie. Cudowna Lekarka w chorobach.

 

Witamina C jak… CUDA się dzieją

 

Jest zima. Dziwna nieco, zmienna, płocha jak młode dziewczę, ale jednak zima – czas infekcji, gryp, katarów, kaszelku, gorączek i wszystkiego, co z nas wyciąga zdrowie, dobry humor i majątek na leki.

My w tym sezonie w ogóle nie chorowaliśmy. Ani jednego dnia. Nie wiem czy to skutek tego, że zmieniliśmy sposób odżywiania czy zwykłe szczęście. Ale licho nie śpi. Dusio zgrzał się na boisku i zaczyna kaszleć, więc…

… na początku – moje pierwsze odkrycie.

Witamina C, czyli kwas L-askorbinowy.

Przeczytałam już o niej wiele i dowiedziałam się, że :

– leczy prawie wszystko!!! (  ból zęba w trzy godziny, infekcję bakteryjną w jeden dzień, wirusową – około trzech dni, wyleczyła nawet wiele przypadków raka), ale musi być podawana w odpowiednich dla organizmu dawkach, a nie w symbolicznych, do jakich nas przyzwyczaili lekarze i rodzice.

– nie jest toksyczna, nie uszkadza ani żołądka ani nerek, ani niczego innego i powinna być nazywana „substancją odżywczą”, a nie lekiem czy nawet witaminą, bo jest nam tak samo niezbędna jak woda.

– niestety jest jej coraz mniej w owocach i warzywach, bo w ciągu ostatnich 20 lat środowisko naturalne niestety zostało bardzo zatrute.

– dawka witaminy C musi „szyta na miarę” każdego z nas, bo innej potrzebuje dziecko, innej- dorosły, innej – zdrowy, a innej chory.

– jest niezbędna by wchłaniać wapń do organizmu ( osteoporoza, kruche kości i słabe zęby u dzieci)

– jest tania i łatwa w użyciu i jeśli się ją stosuje regularnie oszczędzi się mnóstwa pieniędzy na antybiotyki, syropy oraz przede wszystkim nasze zdrowie  i nerwy, jakie tracimy w kolejkach do lekarzy.

Takich nowinek na temat tej wszak najbardziej znanej z witamin jest dużo więcej. Ja już nie będę się mądrzyć, bo wolę oddać głos specjalistom.

Mam tylko nadzieję, że dzięki tym kilku informacjom połknęliście bakcyla. Ja tak:)  My kupujemy Witaminę C! Nie tę w tabletkach z apteki.

 

Resztę, czyli np. o ustalaniu dawki, jaka Wam jest potrzebna( kalibrowanie organizmu) doczytajcie sobie tu: Akademia Witalności.

Zresztą, polecam Wam wszystkie artykuły Marleny i całą Akademię Witalności, a odkryjecie prawie po raz drugi Amerykę:)

Posłuchajcie też sobie tego: wykład J. Zięby o cudownych właściwościach Wit.C.

 

A tu link do sklepu, gdzie można kupić Kwas L-askorbinowy.

 

Ps.Link do Akademii Witalności umieszczę w adresach stron, które odwiedzam. Będziecie mieli łatwą ścieżkę.

 

Całuski dla Anett, która jest moją muzą- natchniuzą:)

 

Następna będzie Witamina D3 – moja ulubiona:)

 

 

 

esencja słów

 

Siedzimy z mężulkiem przy kuchennym stole. Czytam książkę kątem oka. Ukradkiem między wersami rozmawiamy.

Wchodzi nasz syn. Staje przy blacie, bierze łyk herbaty i mówi:

– Mam zły dzień. Nic mi dziś nie wychodzi. Pociesza mnie tylko jedno – wymyśliłem nowy wynalazek.

Od razu podnoszę wzrok znad książki.

Już dawno nie słyszałam tak mocnej esencji słów. Trzy krótkie zdania, a tyle treści. Bez opatrunków z bawełny, bez półtonów i rozcieńczania czerni i bieli. Zawiesistość godna dobrego sosu, takiego co to w nim łyżka staje. Prostota określeń, synteza do absolutnego minimum.

Spośród nas tylko nasz syn potrafi tego dokonać. W jednej wypowiedzi dotknąć dna i odbiwszy się wyskoczyć nad wodę jak delfin.

 

W chwilę potem kreśli na kartce swój projekt, przenosząc go ze świata wyobraźni w rzeczywistość kuchni, stołu z obrusem w kratę i brzoskwiniowego światła spływającego z góry.

– Tak, to możliwe. – recenzuje mężulek przychylnie.

Błysk satysfakcji jak flesz na chwilę rozświetla twarz chłopca.

I dzień uratowany:)

 

Jaki piękny syn mi się przytrafił.

 

dzień powrotu

 

Nie ma mnie tu. Nawet , gdy piszę. Nie ma mnie tu. Wiecie o tym i ja wiem. Od dawna nie jestem tu obecna. Słowa wypowiedziane czy napisane nie świadczą o naszej obecności. Możemy być nieobecni rozmawiając, śmiejąc się , gawędząc jak gdyby nigdy nic. Wiecie to. Sami to robicie. Słowa nawet pomagają nam się schować. Są parawanem, schronem, parasolem głęboko zsuniętym na twarz.

Nie było mnie tu. Długo. Daję tylko znaki życia.

Dziś postaram się być. Taka, jaka jestem. W moim teraz.

Jakiś czas temu wspomniałam, że nieco skorygowaliśmy nasz kurs życiowy i staramy się bardziej dbać o zdrowie. Drobna korekta myślenia, a wiele zmian.

Muszę przyznać, że jestem z tych ludzi, którzy , gdy coś ich zainteresuje, chcą to możliwie dokładnie zgłębić. Czy jest to wiara, czy ogrodnictwo, czy zdrowie. Chcę dużo wiedzieć, a to wymaga czasu i wysiłku. Czytam, słucham, rozmawiam, analizuję, wyciągam wnioski, dopytuję, wprowadzam zmiany.

Od października zgłębiam temat zdrowia.

Mąż patrząc na mnie i to jak mi oczy płoną mówi:

– Gdybyś była lekarzem, byłabyś naprawdę dobrym lekarzem.

Gdybym była. A skoro nie jestem, chcę pomóc i sobie i innym jako zwykła Rut. Jeśli się da.

A jeśli będę umiała to ubrać w słowa, podzielę się z wami moimi odkryciami.

 

 

Tymczasem …

Dzień dziś był przepiękny w naszej szerokości geograficznej.

Piękny i pracowity, wiosenny, świergotliwy, dzień okien otwartych na oścież, wiosny pachnącej w pokojach i bełtającej woń świeżej ziemi i lekkiego wiatru z zapachem wypranych firanek i ogórkowej zupy bulgoczącej na ogniu.

Potem dzień spędzony na działce. Pierwszy taki w tym roku, uroczyście inaugurujący nasze „drugie życie”. To, które wiedziemy od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Czas słonecznych refleksów w oczach, rozwianych włosów, rumieńców na twarzach, biegania, huśtania, szusowania na zjeżdżalni, grania w piłkę, leżenia na trawie, gotowania herbaty na letnisku, jeżdżenia na rowerze, nasłuchiwania krzyków jastrzębich, jedzenia kanapek, równania krecich kopców , przedzierania się przez stary sad i robienia zdjęć z zielono – niebieskim tłem.

Wieczorem dniowi nie ubyło nic z uroku osobistego. Zwyczajne sprawy. Późne zakupy, bukiet tulipanów blado-fioletowych od męża. Kolacja. Siedzę przy stole z Alą. Jemy budyń gotowany na żółtkach. Ostatnio ulubiony posiłek naszych dzieci. Patrzę w ciemne okno. Na parapecie zapalona świeca. Żeby było pięknie. W szybie okna widzę nasze odbicia. Płomień świecy pomiędzy naszymi głowami. Dwie głowy kobiece. Matka i córka. Jak na obrazie . Błyszczą kryształowe długie kolczyki w moich uszach. W radiu Adele łka nadzieją: „Never mind I’ll find someone like you” . Dziś Walentynki.

Jak dobrze. Ja już żyję innym rodzajem nadziei – tą, która się staje. Wielu rzeczy szukam, ale nie muszę szukać nikogo innego. Nawet siebie innej już nie chcę. Dorosłam do siebie i swojego życia. Pokochałam.

Dlatego co kilka minut szeptałam dziś w głowie: „Dziękuję”. Mój akt strzelisty.

 

Wspomniana piosenka Adele:)

 

 

 

logiczna czterolatka

 

Zasłyszane zza futryny.

Laurka skacze jak kangur po leciwej kanapie cioci Elli. Mebel żałośnie skarży się na swój los i poniewierkę.

– Oj, nie skacz Laurka!!! – prosi poruszona takim barbarzyństwem ciocia.

– Ale ja nie mam cukierka. – racjonalnie tłumaczy czterolatka.

– To co? – zupełnie nie widzi związku ciocia.

– To mogę skakać. – decyduje szybko rozmówczyni i powraca do nadwyrężania sprężyn mebla.

 

Każdy ma swoją logikę.

 

Bo u nas Laurka nie może skakać tylko wtedy, gdy akurat ma cukierka w buzi:) Bez cukierka może skakać ile wlezie.

 

skuteczny obrońca

 

Laurka gra z dziadkiem w piłkarzyki.

Dziadek jest przy piłce i już już odginając figurkę jednego ze swoich strzelców składa się do gola, gdy… nad boiskiem zawisa ręka sprawiedliwości dziejowej , chwyta plastikową bramkę i unosi ją w przestworza.

Nie ma bramki, nie ma gola!

A już był w ogródku, już witał się z gąską:)

 

Dziadek oczywiście.

 

ps. Metody nie będziemy patentować. Polecamy ją szczególnie reprezentacji Polski w piłce nożnej:)

 


statek w porcie i tego kosekwencje

 

Zupełnie niedawno przypłynął znów do portu w Gdyni statek z pomarańczami i mandarynkami. Zawsze to robi w okolicach bożonarodzeniowych. I wtedy właśnie radykalnie zwiększa się spożycie tych frykasów w Krainie Lechitów.

Ku naszemu zdumieniu okazało się, że Laurka po zażyciu aromatycznych pomarańczowych owoców nagle zaczęła drapać się po całym ciele. Przy bliższych oględzinach stwierdziliśmy krosty i zdiagnozowaliśmy: pewnie to jakieś uczulenie. Spokojnie zdiagnozowaliśmy i przeszliśmy nad tym do porządku dziennego:)

Ostatnio znów nas wzięło, bo statek widać był sporej ładowności, a promocja aż rzucała się w oczy i kupiliśmy kilka owoców. Przesuszone i sparciałe nie znalazły wielu amatorów, więc Laurka uznała za słuszne sobie nie folgować. I nie folgowała, a my jakoś też tam specjalnie nie oponowaliśmy, bo diagnostyka musi opierać się na wielu testach:)

Nie minęły dwie godziny, gdy:

– Coś mnie tu swędzi – poskarżyło się dziecię drapiąc się nad kolanem.

Zajrzeliśmy. I jest. Bąbelek.

– To alergia. – stwierdziliśmy spokojnie – nie będziesz mogła jeść mandarynek.

– I jesce tu mnie swędzi. – relacjonowało postęp choroby dziecko.

– I jesce tu. – pokazywało na pupę, drąc ją pazurkami aż legginsy skrzypiały jak śnieg na mrozie.

A po chwili ciszy i stosownego namysłu dodało:

– I jesce PO PYSKU.

I przeniosło działania odwetowe we wspomniane rejony ciała.

 

Stanowczo za dużo bajek o kotkach i pieskach:)

 

Ps.

A dziś – w związku z pobytem feryjnym u dziadków, którzy żyją niemal w leszczynowym zagajniku – do diagnozy dodajemy spostrzeżenie kolejne – katar alergiczny na bazie pyłków, bo leszczyny akurat sobie kwitną dyndając frędzelkami radośnie.

I wiosna prawie jest! Piękna. Ciepła. Skrząca od śniegu, strużek wody i ptasiego trelu. Jeszcze kilka tygodni i wszystko wybuchnie bogactwem koloru i zapachu. Więc – jeśli chodzi o uczulenia – to pewnie jeszcze wiele diagnoz przed nami:)

 


sesja

 

Leżę w łóżeczku Laurki. Ona obok z jakąś broszurką w ręce udaje, że robi mi test.

Chyba na inteligencję, bo większości odpowiedzi nie znam:)

– Dlacego tseba pilnować zeby kwiatki kwitły? – zadaje mi kolejne pytanie profesorskim tonem.

O, tu mnie nie zagnie – myślę.

– Żeby miały owoce. – odpowiadam.

– Tak, dooobze. – z pełną namysłu flegmą zalicza mi pani profesor.

Ufff. – odetchnęłam z ulgą.

Egzamin na ogrodnika zdany:)

 

Jeszcze tylko jakieś dwa miliony pięćset siedemdziesiąt jeden tysięcy dwieście dwadzieścia pięć egzaminów życiowych do zdania i sesja zostanie zaliczona:)