umieranie miejsc i rzeczy

 

Gdy jadę do pracy, na końcu mojej ulicy, mijam pewien drewniany domek. Nawet w tak małym mieście jak moje, wygląda jak łupinka orzecha. Domyślam się w jego wnętrzu najwyżej jednego pokoju i jakiejś kuchenki, na pewno z piecem kaflowym i przenikliwym zimnem w czasie mroźnych nocy. Kiedyś, tuż po ślubie, mieszkaliśmy w podobnym domu, więc domyślam się wszystkiego na pograniczu pewności.

Jest jednak coś, czego przypuszczać nie muszę. A przynajmniej nie musiałam. Wiem, że mieszka w nim para drobnych staruszków. Oboje siwi jak gołębie, pochyleni ku ziemi, zajęci pracą w swoim ogrodzie, który wielokrotnie jest większy od chatki. Zawsze mój wzrok napotykał ich tak. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni. On okopywał poletko kartofli, ona -zajmowała się kwiatami.

Fale kolorów przelewały się po ich ogrodzie jak barwy na obrazach impresjonistów. Wszystko tętniło życiem, wypielęgnowane pracowitymi rękoma dwojga ludzi. Tulipany, orliki, floksy, drobniutkie bratki, prymule… Czego tam nie ma.

Także tego roku wszystko wybuchło w ogrodzie. Znów z podziwem patrzyłam na cały ten cud. Wszystko wydawało się takie jak zawsze.

Aż do wczoraj.

Wczoraj dostrzegłam coś, co mnie zaniepokoiło. Jeden szczegół. Dysonans sterczącego pomiędzy kwiatami dmuchawca.

Mlecz? Staruszka nigdy nie pozwoliłaby mu rosnąć w ogrodzie.

Następnym razem zwolniłam bieg auta i przyjrzałam się uważniej.

– Boże – pomyślałam – któreś z nim umarło. Jedno, albo oboje.

Ogród – wciąż piękny – nie był już tym samym ogrodem. Pomiędzy kobierce kwiatów wdarły się rośliny, które nigdy tu nie rosły. Z kątów coraz odważniej wychylały się pokrzywy. Poletko ziemniaków jakby znikło.

Wtedy uprzytomniłam sobie, że w tym roku nie widziałam staruszków ani razu.

 

Nieobecność człowieka i jego troski jest raną dla ziemi. Dla przestrzeni, którą zamieszkiwał.

Śmierć człowieka sprawia, że wraz z nim umiera kilka miejsc. Umiera fotel , w którym siadywał. Umiera miejsce w kościele, gdzie stał. Umiera ogród, który pielęgnował. Szpitalne łóżka umierają po wielokroć. Umierają stoły, biblioteczki wypełnione czyimiś ulubionymi lekturami. Umierają pokoje, całe domy, pelargonie w doniczkach. Umierają ulubione kubki na herbatę, druty do robótek, kapcie, klasery ze znaczkami.

Po moim tacie umarła ze smutku jego skórzana torba do pracy, małe pomieszczenie w piwnicy, które nazywaliśmy jego „gabinetkiem”, umarł jego rower, garnitur, kilka flanelowych koszul, krzyżówki, jego półka z papierami, karton papierosów.

Czasem – jeśli znajdzie się ktoś – niektóre miejsca i rzeczy można wskrzesić. I trwają znów, choć już zupełnie inne.

Nusia wskrzesza kalki dziadka, odrysowując obrazki z książek. Zawsze, gdy ją tak widzę, widzę jego.

Ostatnio przymierzyłam jego kapelusz. Pasuje mi. Uśmiechnęłam się do lustra. Może będę go nosić jesienią.

 

Może znajdzie się też ktoś, kto przywróci życie temu ogrodowi u wylotu mojej ulicy.

 

 

 

mocarze codzienności

 

 

 

Wszystko jest opowieścią.

Także ten sobotni poranek, gdy siadam przy stole córki z różańcem w dłoni. Stół jest biały a różaniec z drewnianych koralików.

Modlę się i patrzę przez zasnute pajęczynami światła okno. W dal, za staw, za rzekę, gdzie pomiędzy szpalerami kwitnących drzew i zielonymi połaciami trawy przetkanej deseniem mleczów czernieją smugi rozoranej ziemi. Dwie lub trzy czarne rysy na twarzy pejzażu za oknem.

Zdrowaś Maryjo, Zdrowaś Maryjo… przesypują mi się koraliki w szorstkich od zmywania podłóg dłoniach. Za Anettkę, za Martę, za cały świat, za moje dzieci, za te, które uczę…

Nagle dostrzegam, że nie jestem sama. Jakiś ciemny kształt pomiędzy bruzdami ziemi porusza się w rytmie Zdrowasiek. Z mozołem macha motyką. Nie wiem nawet czy mężczyzna czy kobieta.


I nagle dobra myśl przeszywa moją głowę. Tak jakby jeden z promieni słonecznych przebił się przez barierę szyb.

W tej jednej chwili zaczynam rozumieć jak wszyscy podtrzymujemy ten świat w posadach. Jak sypią się jasne ziarna wyszeptanych modlitw, dobrych słów razem z kroplami potu, łez i codziennego znoju.

Nie zginie nasz świat póki są zmęczone matki, które zrywają się w nocy do swoich dzieci, póki są ojcowie, którzy zmęczeni po pracy, na ostatnim oddechu przybiegają na pierwszy występ swego dziecka, póki jak plenne winogrona zwisają różańce u kościstych rąk staruszek, póki oracze sieją, póki ogrodnicy pielą, póki szepczemy sobie słowa miłości, póki ktoś zmywa talerze, póki ktoś inny ściera schody…

Podtrzymujemy ten świat w posadach. Nie ci wielcy swoimi wielkimi forami, przemówieniami, inicjatywami i apelami pełnymi pustych frazesów.


My go dźwigamy. Zwyczajni ludzie. Drobnymi gestami codzienności.

 

Do ciemnej postaci podchodzi wolno druga i pochyla się nad ziemią. Teraz pracują razem.

 


 

 

historie

 

Siedzę przy wypełnionym słońcem oknie. Ciepło przelewa się przez jego futryny i miło głaszcze po włosach. Obok cicho szumi radio. Nagle głos mówi coś, co podrywa mnie natychmiast jak podmuch wiatru podrywa do lotu białe płatki kwitnącej wiśni.

„Historie przytrafiają się tylko tym, którzy potrafią je opowiedzieć”

Tak!!! – coś krzyknęło mi w głowie.

Zauważyliście? Są takie słowa, które wypowiedziane obok nas, wyrywają nas z głębokiego letargu. Są tak blisko prawdy, że przeszywają jakby były strumieniem prądu. Te dziewięć słów sprawiło, że nie tylko wokół mnie, ale i w środku zrobiło się jasno.

Tak. Historie przydarzają się tylko tym, którzy nie przepuszczą ich biernie jak stalowe rury, ale nadadzą im blask, szelest, kierunek, barwy, siłę, znaczenie. Jak koryto rzeki.

Po to są słowa, po to ich pisanie, mozolne dzierganie, dobieranie kolorów, gramatury. Bez tego historii nie będzie. Będzie tylko sucha relacja. A to zupełnie coś innego niż opowieść.

Bo prawda o mnie to coś więcej niż można zapisać w nekrologu. Urodziła się, żyła, czworo dzieci, mąż, zmarła. Kilka dat, garść frazesów.

Jestem zbiorem opowieści. Grubą księgą.

Moja historia to na przykład to popołudnie, gdy po pracy wracam po raz pierwszy nie na ulicę, na której mieszkam, ale tam, gdzie powstaje mój nowy dom.

Parkuję auto przed otwartymi na oścież szklanymi drzwiami. One też są historią. Opowieścią o tym jak długo trzeba czekać na spełnienie marzenia, by to naprawdę było spełnienie, a nie tylko zaspokojenie zachcianki.

Wchodzę przez białe ramy do środka, odwieszam torebkę na wieszak, przebieram się i wychodzę na mały taras w plamę słońca, zapachu tawuły i popiskiwań biegających dzieci. Siadam. Jestem na swoim miejscu. Jak zgubiony puzzel Laurki, który nagle dopełnia całości układanki.

To jest historia o tym jak dom staje się domem na długo przedtem nim zawiesi się w nim firanki i ustawi kanapę. Zresztą, firanki już wiszą, a kanapa – choć na razie w wyobraźni – stoi na swoim miejscu.

To jest też opowieść o tym, że można być szczęśliwym, nie będąc bogatym i nie mając niczego na pierwsze zawołanie. Nawet na drugie:)

I o tym też, że nie znajdziemy szczęścia, goniąc je, bo ono przychodzi kiedy samo chce, w najmniej oczekiwanych, zwyczajnych chwilach. Czasem tak krótkich jak jedno poruszenie motylich skrzydeł. Pomiędzy jednym a drugim wdechem.

 

Gdybym tego nie opisała, to popołudnie zgasłoby tak szybko jak świeczka na torcie. Teraz, zanotowane w kilku zdaniach, będzie historią i będzie mnie krzepić. Kiedyś, w jakiś zimny, smutny wieczór.

Dlatego trzeba pisać, snuć opowieści. Dziergać ścieg za ściegiem, pruć jeśli nie wychodzi i znowu wracać. Pleść oczko za oczkiem kolejne historie. Bez nich żyjemy tylko w połowie. Zrozumiałam to po raz kolejny:)

 

ukryte źródło

 

Nie piszę, bo…

Nie wiem. Nie mam wytłumaczenia.

Życie zintensywniało jak zawsze o tej porze roku, przelewa się dobrymi ciepłymi falami przez burty dni, a te coraz dłuższe, jaśniejsze.

Wszystko jest dobrze. Nie martwcie się.

Tyle jest rzeczy do opowiedzenia, ale chwilami brakuje słów, by je opisywać. Czasu też brakuje, a może go zwyczajnie szkoda na układanie czarnych liter w zdania, metafory, sensy.

Pisanie jest trochę jak dzierganie swetra na drutach. Oczko za oczkiem kolejne rządki, z wzorem widocznym na pierwszy rzut oka, z wzorem ukrytym, albo zupełnie gładkie. Nie lubię robić na drutach. Nuży mnie to i denerwuje.

Lecz- choć pisanie jest takie podobne – układanie słów było dla mnie zawsze wciągające jak magia. Bo słowa – nie wiem czy tego kiedykolwiek doświadczyliście – potrafią ożywać. Nie są martwymi dźwiękami ani graficznymi znakami, ani nawet symbolami. Potrafią żyć. Wprost spod końcówki długopisu wyskakują jak dzikie konie, spod rysika ołówka prężą się jak rasowe koty, wstukiwane na klawiaturze szumią jak drzewa. Czasami.

Ostatnio zabrakło mi mocy, by nadawać im życie, a kreślenie martwych liter nuży mnie tak samo jak robienie swetrów.

Czasem tak się dzieje pod koniec zimy, albo nawet niekoniecznie zimy. Czasem po prostu nagle czujemy jakby wyschło w nas źródło.

Nie wyschło – to pewne. Jest dokładnie tak jak w pieśni Kaczmarskiego: „źródło wciąż bije”, tyle tylko, że czasami przepływa tak głęboko, że na powierzchni nie wyczuwamy jego pulsu. Pewnie po coś są te pustynie. One zawsze są po coś, ale to odkrywamy dopiero na ich skraju.

Kiedyś jednak skorupa pęknie i uwolniona woda znów zaśpiewa. Może niedługo.

 

miłość poza grób

 

Cały dzień zmartwychwstania, cały Wielki Tydzień jest tylko po to, żebyś się zakochał. (…) Tak jak zakochali się uczniowie uciekający z Jerozolimy. Zakochali się w swoim Panu i wtedy Go odnaleźli, wtedy uwierzyli. (…) /Jezus/ woła: „Przyjdź, bo chcę rozgrzać twoje serce, jestem chory z miłości do ciebie”.

 

ks. Krzysztof Porosło, Tajemnica śmierci i zmartwychwstania

 


Świątecznie

 

Nie ominął nas i tym razem. Krzyż Wielkiego Tygodnia. Jak co roku.

Ale chyba już się trochę przyzwyczailiśmy. Tak musi być, Bóg to dopuszcza po coś. On wie po co. Tym razem i tak był to ledwie symboliczny krzyżyk gorączki, rotawirusa, strachu, że nie wydobrzejemy na egzamin Dusia. I jak zawsze udało się.

Kiedy ma się świadomość, że doświadczenia są do Boga, to i jednocześnie pokój serca, że wszystko skończy się dobrze. Najlepiej jak to jest możliwe.

Dziś już jesteśmy na prostej. Pakujemy walizki, czekoladowego baranka i wyjeżdżamy do dziadków.


Wam wszystkim – bliskim i dalekim, znanym i anonimowym – życzymy błogosławionych świąt. Niech krople światła wypływające z pustego grobu Chrystusa obmyją wszystko, co jest jeszcze ciemnością w naszym życiu. Niech nowe, nieprzemijające życie wykiełkuje w nas wraz z budzącą się wiosną. Nadziei, miłości, pokoju i wiele dobra .

 

Rut z rodzinką:)

 

                              

 

 

 


 


spektakularne nawrócenie

 

Dzwoni Ksawery i opowiada relację z którychś tam rekolekcji parafialnych. Cały Wielki Post to dla niego wielka orka i wielkie żniwo, szczególnie zbierane w konfesjonale.

– Byłem świadkiem nawrócenia. – opowiada, a ja zaczynam snuć wizje grzesznika, który zrzucił ciężar win i wrócił w ramiona Chrystusa.

– Nie, posłuchaj Rut. – prostuje moje myśli przyjaciel ksiądz i opowiada…

Rekolekcjonista głosił kazanie. Bardzo długie. Opowiadał, opowiadał, tłumaczył. W końcu, gdy wszystko zdawało się zmierzać ku końcowi, ku zdumieniu słuchających tłumów oświadczył, że to była pierwsza część jego wywodu, a teraz przejdzie do części drugiej:) Pewnie niejeden wierny był rozczarowany takim obrotem sprawy. Ale…

…. po skończonej mszy, gdy Ksawery wraz z innymi księżmi wrócili do zakrystii, nagle wpada jakiś człowiek, podchodzi do kaznodziei i mówi z płonącymi policzkami: „Dziękuję. Dzięki kazaniu księdza postanowiłem od dziś zmienić swoje życie.”

Wszyscy stali jak osłupiali, a rekolekcjonista przytomnie pyta: – No dobrze. A co pana tak poruszyło w mojej homilii?

– A to proszę księdza, że ksiądz powiedział: „teraz kończę pierwszą część, a przechodzę do drugiej”, więc ja postanowiłem zrobić to samo z moim życiem. Kończę z grzechem i przechodzę do części drugiej mojego życia. :):):)

 

Duch święty ma poczucie humoru i tchnie kędy chce.

Czasem najbanalniejsze zdanie z wywodu może komuś odmienić życie, czasem kropka nad i, czasem jeden uśmiech, gest, a nawet czegoś brak.

 

Takich zawracających nas ciągle drobiażdżków sobie i Wam życzę jak najwięcej.

 

zabieg odmładzający

 

Przynosi swoje zdjęcie w zielonej ramce. Na fotce ma dwa latka, pucułowate policzki i krótkie złote kędziorki.

– Mamo, zobacz jaka byłam słodziutka. – zachwyca się.

– Tak. – potwierdzam.

– Zanieśmy to zdjęcie do szpitala i powiedzmy im, ze znowu chcę być taka mała. – wpada na pomysł mała kobietka.

 

Nigdy nie jest się zbyt młodym, by nie móc się odmłodzić jeszcze bardziej:)

 


200%

 

Lubię takie dni jak ten, gdy „robota pali się w rękach”, wypełniony po brzegi jak babcina poducha pierzem. Dokładane piórko do piórka codziennych czynności. Od świtu do zmierzchu, a oba były dziś wyjątkowo piękne.

Lubię takie dni, choć ciało pod wieczór zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nogi się plączą, głowa robi się ciężka, ręce mniej precyzyjne, a ciężar umieszczony wzdłuż kręgosłupa przygina do ziemi.

Ale za to lodówka i zamrażalka pełne jedzenia dla dzieci, pół strychu mokrego prania, a ręczniki wyprane i wykołysane wiatrem pachną jak kawałek nieba, dom wypucowany, bratki z balkonu zaglądają, mrużąc jedno oko, do pokoju, a na działce wyzbierane gałązki, przegrabione liście, a ogródek czeka gotowy na siewy.

200% normy:)

Cieszę się tym, ile udało się zrobić, choć w tyle głowy gdzieś wciąż pobrzmiewa echo słów zasłyszanych kiedyś na wykładzie mądrego profesora.

Dlaczego jesteśmy zadowoleni z siebie tylko wtedy, gdy uda nam się dużo zrobić? Czy nie ma w tym ukrytego podejrzenia, że jesteśmy tyle warci, na ile do czegoś się przydajemy, że tyle znaczymy, co wyprodukujemy? A jeślibym nie mogła nic robić, nic realnego produkować ( bo np. choroba, kalectwo, śpiączka ), czy nie byłabym nic warta, a mój dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie byłoby stratą czasu?

Człowieka trzeba mierzyć inną miarą. Nie miarą produktywności.

 

wiedza wyniesiona z zajęć dla maluchów

 

Jak co środa jesteśmy na zajęciach w bibliotece. Gromadka malców otacza ciasnym wianuszkiem panią. Tym razem mowa o częściach ciała i ubraniach. Pani wyjmuje z tajemniczego pudełka rajstopki.

– Na co to się zakłada? – pyta.

– Na nóżki!!! – krzyczą dzieci.

– A na co zakłada się to? – pyta pani, prezentując spodenki.

– Na pupę!!!

– A to co jest?

– Rękawiczki!!!

– A na co się zakłada rękawiczki?

– NA ZIMĘ!!! – odpowiada zgodny i schrypnięty już nieco chórek.

Co racja, to racja:)

Na szczęście wiosna tuż tuż i niedługo jak Miś i Margolcia „rękawiczki i czapki pochowamy do szafki…”

 

Następne zajęcia w bibliotece już na ten temat. Po krótkiej pogawędce na temat wiosennych kwiatków i innych jej zwiastunów, pani wpada na wspaniały pomysł.

– A może byśmy trochę wiosny wpuścili do naszej biblioteki . – proponuje.

– Taaaak!!! – krzyczy jak zawsze entuzjastyczne stadko.

– A jak ją wpuścimy? Macie jakiś pomysł? – niby się zastanawia pani.

– PRZEZ DRZWI !!! – bez zastanowienia wypala jedno dziecię.

Oj, chyba pani chodziło o coś innego, bo śmieje się i sięga po nasionka rzeżuchy:)

Grzeczne stadko przyłącza się skwapliwie do siewu i… zapamiętuje, że wiosnę można wpuścić, nie otwierając drzwi.

Zanim jednak zrozumieją, że wiosnę, szczęście, przyjaźń, miłość… zapraszamy do życia otwierając siebie, minie jeszcze sporo czasu. Może bardzo wiele.

A to nie koniec. Zrozumienie to początek drogi. Potem jeszcze trzeba nauczyć się żyć z otwartym sercem, choć to wielkie ryzyko. Chłonąć, cieszyć się, być wdzięcznym.

 

Nie zawsze o tym pamiętam, ale wiosna to taki czas, gdy niemal każdy mój oddech brzmi jak : „Dziękuję”.