w świetle ciemności

 

 

Dlaczego zapadają ciemności?

Jakiś czas temu wysłuchałam czegoś, co na długo zostało jako obraz w mojej głowie. Obraz tym bardziej sugestywny, że dotyczy sceny i teatru, a ja znów bawię się z moimi kolegami z pracy w teatr.

Zapach desek sceny, mięsistość kotar, półmrok kulisów, niezrozumiałość ciężkiej maszynerii nad głową, drabinki donikąd, dekoracje na żyłce, prowizoryczność rekwizytów, iluzoryczność scenografii udającej prawdziwy pokój, zaprzężenie woła wyobraźni, by dośpiewała brakujące elementy, nieudolność mikrofonów, oślepiający blask reflektorów, widownia, której nie widać, bo w kłującym świetle jest czarną dziurą. Wszystko to mój obraz w głowie utrwala, koloryzuje, tłumaczy.

Dlaczego zapada ciemność? Dlaczego czasem musi zapadać?

Żebyśmy zeszli ze sceny, żebyśmy przestali udawać i wierzyć, że życie, jakie prowadzimy jest prawdziwe. Bo można w to uwierzyć dobrze grając. Wół wyobraźni jest silny. Ostatnio słyszałam Krystynę Jandę; mówiła, że, gdy gra, świat poza sceną znika, a budzą ją dopiero oklaski po skończonej sztuce.

Sztuczne kwiaty w ręku wydają się prawdziwe, styropianowy księżyc zaczyna świecić, szum z taśmy wydaje się lasem, sztuczna broda naturalnym zarostem, namalowany farbą widok kusi by weń wkroczyć, seks wydaje się miłością, pieniądze – szczęściem, willa – szczytem marzeń, rodzina – ciężarem, praca – spełnieniem, papieros – lekarstwem na nerwy, telewizor – zapomnieniem, kumple – przyjaciółmi, ja – bogiem, Bóg – nikim.

A na widowni siedzi On. Aktor nie widzi Go i nie słyszy. Światła i dźwięki sceny są zbyt mocne, zbyt przekonywujące, by szukać czegoś innego, kogoś poza.

On siedzi i patrzy jak odbijamy się od kartonowych dekoracji, kroimy styropianowy chleb bez nadziei na zaspokojenie, wąchamy sztuczne róże, opalamy się w promieniach słońca z aluminiowej folii, udajemy, że kogoś kochamy, przeliczamy własną wartość na banknoty, odgrywamy role, ukrywamy się za wygodnymi maskami i nie wiemy, że za ciemną kotarą są drzwi, a za nimi prawdziwy świat. Prawdziwe słońce i woda, prawdziwy wiatr, rosa, zapach, szelesty…

Nic nie pomogą Jego krzyki, nie widzimy Jego gestów, a On nie chce być tylko widzem. Jego dramat to pomóc nam znaleźć wyjście z teatru. Ale tak, by nie naruszyć kruchego kryształu wolnej woli.

W końcu zauważa jedną możliwość.

Gasi światło na scenie naszego życia, licząc na to, że szukając w ciemności, po omacku odsłonimy kotarę i znajdziemy klamkę drzwi prowadzących do prawdziwego świata.

Tak, poobijamy się po drodze, może skręcimy kostkę, rozbijemy głowę, ale jest szansa, że – choć kalecy – wyjdziemy.

Dlatego czasem czujemy jak mrok ogarnia wszystko, co znamy. Jakby zgasły wszystkie światła.

Nie wiemy tylko, że mrok jest zaproszeniem, szansą, wołaniem, pomocą, byśmy odnaleźli siebie.

 

 

Dlaczego zapada zmrok? Bo w świetle ciemności wiele spraw się wyjaśnia.

I to jest jedno z najbardziej paradoksalnych i najprawdziwszych zdań, jakie napisałam.

 

 

 

Ps. Obraz teatru, Boga i ciemności jako paraleli naszego życia i przebudzenia znajdziecie w którejś z katechez ks. Pawlukiewicza na You tube. Nie pamiętam której. On to opowiada piękniej niż ja. Poszukajcie.

 

 

 

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *