ciasto na dziś

 

A jeśli ktoś sądzi, że „dziś” i „teraz” można używać jako synonimy, to jest w ogromnym błędzie.

Jemy ciasto. Pyszne. Domowe. Drożdżowe z kruszonką.

– Mamo, czy telaz jest DZIŚ? – chce wiedzieć pociecha.

– Tak.

– Nie. – poprawia mnie szybko – Telaz jest niedziela. Ciasto zostawmy na DZIŚ:)

 

Ksiądz Twardowski mówił kiedyś w wierszu, że „jutro niepewne”. Ciekawe co by napisał po spotkaniu z Laurką. Dziś to jest dopiero niepewna data:)

 

 


odroczenie terminu

 

– Ja nie chcę myć włosów!!! – wyje dziecię w kabinie prysznicowej.

– Ale wczoraj mówiłaś, że „jutro” – przypominam ustalenia i sięgam po szampon – Teraz jest JUTRO.

Laurka momentalnie cichnie. Łudzę się, że pogodziła się z losem, ale nie. To była chwila na refleksję. Krótka, bo po dwóch sekundach…

– To umyjemy DZISIAJ. – negocjuje dalej .

– Świetnie! – mówię – to dziś jest właśnie DZISIAJ:)

 

Buuuuu!!!!!!!!

 

Dlaczego czasem czuję się jak windykator długów i komornik w jednym? 🙂

 

 


szary kurz na szarym końcu

 

Pamiętacie jak pisałam niedawno o Fatimie? O kilku kobietach, które układają tam kwiaty, wycierają kurze, sprzątają dbając o każdy detal. Było w tym coś takiego, że miałam chęć zakasać rękawy i przyłączyć się do tej ich pracy.

Kilka tygodni później pojechałam na rekolekcje. Po prostu wiedziałam, że muszę. To dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy czujesz głód. Nie masz wątpliwości, że musisz zjeść. Inaczej umrzesz. Z braku modlitwy – toniesz. Czujesz jak powoli tracisz oddech. Ja to tak czuję.

Na takich zamkniętych rekolekcjach powoli powracają funkcje życiowe. Słuchasz, chłoniesz słowo i ciszę, odnajdujesz Boga i siebie, ciemność blednieje, otwiera się nad tobą światło.

Ale oprócz takiej poezji nieba jest też najzwyklejsza ziemska proza.

Każdy ma swój przydział obowiązków . Czy to na stołówce, czy w korytarzach. Jest zmywanie talerzy i szorowanie toalet, nakrywanie do stołu i zamiatanie podłóg. Ale gdy spojrzałam na listę przydzielonych zadań, siebie znalazłam na szarym końcu z dopiskiem – sprzątanie kaplicy.

Błogosławiony szary koniec listy:)

Uprzytomnił mi, że Bóg zauważa nawet takie drobne zachcianki naszych serc i odpowiada na nie.

Chciałam tylko posprzątać dom Matki. I natychmiast dostałam pozwolenie. A przecież nawet nie nalegałam. I oto tak samo jak te fatimskie kobiety wycierałam kurze z ołtarza i ambon, delikatnie dotykałam wyprężonego drewnianego ciała Chrystusa z krucyfiksu, czyściłam ramy obrazu Maryi brzemiennej, wszystkie listewki, gzymsy, rzeźbienia, parapety, poręcze ławek, stolik, ramię świecznika, drzwiczki, za którymi mieszka Utajony.

Byłam w tym szczęśliwa jak dziecko. Nie wiem dlaczego. Po ludzku to brzmi głupio, ale to nie była ta kategoria bycia, w jakiej zwykle się poruszamy. Więc po ludzku nie do zrozumienia i nie do opisania.

 

Po ludzku przecież nikt nie chce na szarym końcu wycierać szarego kurzu:)

Dla mnie to było spełnienie marzenia.

 

ochroniarz

 

– Mamo, idę na dwól!!! – oznajmia dziarsko czterolatka i usiłuje trafić ręką w rękaw różowego polarku.

– A kto cię będzie pilnował? – pytam pomna, że – choć Dusio jest na podwórku – to siedzi na dachu garażu, w swej ulubionej ostatnio pustelni:)

– Mój Anioł Stlóz. – szybko mnie uspokaja córeczka, wciskając drugi rękaw.

Od razu mi ulżyło:)

 

Swoją drogą: niektórym Aniołom współczuję.

 

 

 

 

 


uliczny dylemat

 

Wtacza się z lalczynym wózkiem do pokoju. W środku – mały Romuś bobas, któremu ostatnio prawie cała rodzinka uszyła kompletne ubranko.

– Mamo, mamo cy to plawda, ze jak mama zostawi dziecko na ulicy to się mówi: „O mój Boze” !!?

– No… – zastanawiam się – jakby mama zostawiła wózeczek z dzieckiem na ulicy, to pewnie niektórzy ludzie by tak powiedzieli.

– Widzisz, widzisz Nuśka!!! – wykrzykuje, zawracając z hukiem wózek – Mozna tak mówić!!!

 

Zwróćcie uwagę – często już pojawia się szumiące SZ.

Ale do Boga wciąż mówimy per „Boze”:) Nic to, na szczęście On jest ogromnie cierpliwy. Poczeka i na „ż” i  na nas poczeka:)

 


 

 

 

entuzjastycznie

 

Bieganie po pokoju jest cudowne.

Kiedyś to odkryła Nusia, teraz tradycję podtrzymuje Laurka. Biega w tę i z powrotem odbijając się raz od kufra raz od łóżka. Nagle wpada na lepszy pomysł i zaczyna z rozbiegu wskakiwać na łóżko. Frajda niesamowita i ogromny sukces.

– To jest talent, któly sobie usplawniam!!! – krzyczy ledwie zipiąc.

– Takie plagnienie mi się wymazyło!!! I takie coś PLAGNIŁO mi się!!! – tłumaczy w biegu zgromadzonej publice.

Jak widać można pragnąć nie tylko wody i nie tylko sprawiedliwości. Skakania po kanapie rodziców też:)

Skakanie z kufra też jest niezłe. Staje Laura na krawędzi mebla i przed skokiem dodaje sobie otuchy:

– Odwagi Lauro, odwagi. – mówi i oddaje skok w odmęty podłogi.

 

Nie sposób się nie uśmiechnąć i nie sposób przegonić nagłego skojarzenia: „Wszystko jest możliwe dla tego, który wierzy”.

Gdybyśmy umieli tak entuzjastycznie jak dzieci wierzyć i w Boga w siebie samych, świat byłby ładniejszy.

 

 

 

 

etap bezowy

 

– A wies mamo, ze świety Mikołaj to widzi jak ty i tatuś cięsko placujecie dla swoich dzieci? – zadaje mi zagadkę znad miseczki budyniu.

– Tak myślisz?

– Tak. – krótko i z całą pewnością odpowiada wylizując łyżeczkę.

Cieszy mnie to, że moje dziecko to widzi i że święty Mikołaj zauważa i że Ten Najświętszy też. Że nie nudzi Go patrzenie jak zmagam się zmywając górę garnków, misek i innych takich, na które w zmywarce szkoda miejsca. A uzbierało się tego dziś trochę, bo na obiad Miś zrobił zapiekankę z ziemniakami, kiełbasą i fasolką szparagową, więc szklane naczynie żaroodporne. Po pracy ja zabrałam się za gotowanie „przegąski” dla moich dzieci, czyli wspomnianego budyniu na żółtkach, a potem za pieczenie bez, więc sterta naczyń wypiętrzyła się jak Himalaje.

Wiecie, nigdy mi się nie udawały te bezy i zupełnie straciłam rezon, aż tu niedawno… zupełnie spontanicznie podjęłam decyzję: „próbuję jeszcze raz”. Wrzuciłam trzy białka, które stały w lodówce, stertę cukru pudru, szczyptę soli i na koniec trochę mąki ziemniaczanej. Wszystko na oko, bez żadnego przepisu, z samej dobrej woli i intuicji kulinarnej, którą nie wiem skąd, ale posiadam. I bezy wyszły jak marzenie.

Ten i następny raz. A teraz i trzeci – tym razem dla Nusi na szkolny kiermasz ciast. Dostanie zań szóstkę:)

Z tymi bezami jak z wieloma rzeczami w życiu. Nie wychodzą, bo nie nadszedł czas.

– Przechodzimy wszystko etapami   – mówił ojciec Andrzej na weekendowych rekolekcjach, na które znów się wybrałam.

– Nie trzeba się  denerwować, trzeba być spokojnym. Czasem etapy są długie, bo takie są potrzebne. Bóg wie dlaczego. Jeden idzie szybciej, drugi -wolniej. Bóg wie dlaczego. Nie trzeba się dziwić, że mam 40 czy 50 lat i dopiero coś zrozumiałem, dopiero czegoś mnie nauczyło życie. Tak miało być. Ani szybciej, ani wolniej. W odpowiednim tempie i czasie.”

W moim życiu jest podobnie. Tyle rzeczy nagle odsłania się przede mną jak oczywiste oczywistości. I sztuka pieczenia bez i inne trudniejsze sztuki.

Tak po ludzku myślisz: „Szkoda, że dopiero teraz. Ile bym zdziałał, gdyby wcześniej. Ileż łatwiej byłoby żyć.” Ale to tylko ludzkie ograniczone spostrzeganie. On widzi inaczej. Patrzy z miłością jak zmywam te garnki jeden po drugim. Patrzy z miłością jak mój mąż w tym czasie roznieca ogień w piecu, by rodzinie było ciepło. Nic nie jest przeoczone, nic nie jest nieważne, nic nie jest błahe. Nawet nasze potknięcia dopuszczone są po coś.

  Bóg jako jedyny nie mruga – jak ostatnio przeczytałam w książce – nic mu nie umknie z naszego trudu, nie przeoczy żadnego szczegółu. Widzi więcej niż my. Widzi całość. 100%. Nasze oczy muszą mrugać i wciąż umykają nam kawałki prawdy o nas, o życiu, o świecie, o innych ludziach. Tylu rzeczy nie rozumiemy. Na przykład roli czasu, jego przetaczania się między dniami byśmy dopiekli się z każdej strony na beżowo jak bezy.

 

Mam 41 lat i posiadłam tajemnicę pieczenia bez.

Bez czego?

Bez specjalnego wysiłku:) Po prostu nadszedł czas.

 

 

powrót wozem

 

Wracamy z Drogi Krzyżowej.

W międzyczasie zapadła kurtyna wieczoru. Pogodnego, pięknego , pachnącego na poły wiosną z delikatną nutą mrozu. Niebo wygwieżdżone. Księżyc jak wąska łódka zupełnie przewrócił się i żegluje na brzuszku. Patrzymy chwilę w górę.

– Ooo, widzę duży wóz!!! – krzyczy Nusia.

Wszyscy w skupieniu kierujemy wzrok w stronę wozu.

– A jest dlewniany? – rzeczowym pytaniem na ziemię sprowadza nas Laurka:)

 

Porzucamy niebieskie konstelacje . Wchodzimy do domu roześmiani.

 

 


dobry i tani jak barszcz

Siedzę i piję sok z kiszonych buraków.

Sama je kiszę w dużym słoju, z czosnkiem, listkiem laurowym, zielem angielskim. Po około tygodniu sok zlewam do zakręcanych buteleczek i wstawiam zapas do lodówki. Potem, co kilka dni biorę kubek, wlewam burgundowy sok, doprawiam solą himalajską ( tą różową – ku uciesze najmłodszych naszych córek – wielbicielek koloru pink) , mieloną czarnuszką ( moja ulubiona ostatnio przyprawa, którą sypię do wszystkiego) i kminkiem. Ma wspaniały smak – kwaskowaty, jakby lekko musujący, z ziołową orzeźwiającą nutką.

Sok można też dodawać do prawdziwego barszczu czerwonego, zamiast zakwaszać go cytryną czy czymś innym. Tyle tylko, że, aby nie zniszczyć dobroczynnych bakterii w nim zawartych, dodajemy go do nieco przestudzonego, a nie wrzącego barszczyku.

A właściwości takiego taniego i prostego napoju są jeszcze lepsze niż smak. Wystarczy powiedzieć, że może być zbawienny dla tych, co z anemiami się borykają i osłabieniem organizmu, bo jest wprost bombą witaminowo-minerałową – potas, magnez, fosfor, żelazo, cynk, kwas foliowy, mnóstwo witaminy C i B i wiele wiele innych.

Pomoże też przy problemach z jelitami, gdyż ma mnóstwo dobrych bakterii, które osiedlają się tam, gdzie powinny być i robią, co mają robić:) Ale o tym jak zakwas z buraków wspaniale działa na tych, którzy go piją można by pisać długo.

A sam zakwas robi się prawie bez naszego wysiłku, szybko, prosto i tanio jak barszcz:) Kiedyś ponoć nasze babcie zawsze taki zakwas nastawiały, przykrywały lnianą ściereczką i stawiały w cieple.  Potem był barszczyk dla całej rodziny. Mądrzy kiedyś ludzie byli. Mądrze wsłuchiwali się w głos matki natury. I pewnie dlatego, mimo codziennego znoju i biedy, żyli długo i w dobrym zdrowiu. Jak moje babcie i dziadkowie.

 

 

Ps. Przy okazji takiego picia można także zrobić prosty test czy nie mamy tzw. „cieknących jelit”. Jeśli po spożyciu soku, sikamy na różowo lub czerwonawo to jelita są nieszczelne. A to nie jest dobrze. Na szczęście – między innymi taki soczek pomoże je „posklejać”.

 

Jak się zakwas robi opisała przystępnie Marlena, więc zajrzyjcie TUTAJ.

 

Ja już skończyłam moją porcję i na dnie kubeczka zostały tylko drobiny czarnuszki. Sami się przekonajcie jakie to dobre. Nie tylko smaczne jak współczesne jedzenie. Dobre i pożyteczne.

 

 

 

 

zapach siana

 

Laurka bierze poduszkę z kanapy. Taką wyjątkową, którą uszyłam pod koniec lata.

Poduszka jest wypełniona suchym sianem, które zebraliśmy po którymś koszeniu. Pachniało tak urzekająco, że szkoda je było wyrzucić. Najpierw dzieci wiły sobie z niego gniazdka w sadzie i udawały kury. Potem się min obsypywały, a na koniec zebraliśmy i zanieśliśmy wonne runo na poddasze naszego budynku. Tam przeleżało do jesieni, a gdy ktoś wchodził na górę po skrzypiących drewnianych schodach, witało go zapachem łąki.

Teraz jest w poduszce. Uszyłam ją pod koniec lata. Na poszewce wyszyłam kwiaty i motyle.

 

Laurka przynosi mi ją i wtulając mały nosek pomiędzy te kwiaty i motyle, oddycha chwilę z rozkoszą, a potem wzdycha i mówi:

– Pachnie jak nasza działka.

 

Tak. Dokładnie tak. I jak kawałek bursztynowego popołudnia w naszym sadzie.

 

 

 

 

Po to są takie przedmioty, z pozoru nieważne i bez znaczenia. Dla jednego oddechu pełnego szczęścia i zachwytu.