obwieszczenie drobne:)

 

– Ja już przeszłam do jesieni – oznajmiła nam wczoraj córka najmłodsza. Oznajmiła kategorycznie i nieodwołalnie.

Mimo upałów na zewnątrz i wieszczych przepowiedni tatusia, że „zapowiadają, że i wrzesień ma być upalny”.

– A ja i tak już przeszłam do jesieni – powtórzyła.

Zresztą nie tylko ona przeszła. Nasza paulownia co dzień zrzuca na patio stertę liści. A kiedy piszę „stertę” mam na myśli prawdziwą stertę. Tak więc już przestaliśmy walczyć i zamiatamy co drugi dzień:)

Tak więc: ogłaszamy jesień:)

 

nadzieja

 

Bieszczady – mimo, że wybraliśmy je ze względu za ich niewysokość i łatwość tras – jednak nie przypadły do gustu mojemu mężowi. Owszem, ładne, lecz wolał je oglądać z okna kwatery lub auta. Ale żeby zaraz się wspinać po jakichś kamieniach i schodach, to już lekka przesada;)

– Widok to za mała motywacja dla mnie żebym się tak męczył – stwierdził.

– No, gdyby tam na szczycie była sterta złomu, który można za darmo zabrać… – zaczęłam snuć wizję.

– A, to bym wszedł – stwierdził szybko.

Ale sterty złomu nikt nie obiecywał niestety:(

No i ostatecznie pierwszego dnia mąż zawrócił wraz z Lalcią z trasy, po czym wrócili na parking, gdzie z miłą chęcią poczekali aż my we trzy wypocimy z siebie litry wody i naoglądamy się połonin, lasów i chmur ponad nimi.

* * *

Tymczasem naszej najstarszej córce adrenaliny wciąż było za mało, więc tydzień po powrocie z Bieszczad, wyjechała ze znajomymi w Tatry:)

– Alusia była dziś na Słowacji. Pojechali do Doliny Białej Wody – relacjonuję mężowi – Poczytałam trochę o niej, ma dziesięć kilometrów, ale nie trzeba przejść całej. Jest łatwa, asfalt, potem szutrowa i po płaskim… – wychwalam uroki miejsca jak kupiec na jarmarku.

– Może byśmy tam pojechali? – kończę pytaniem jak wisienką na torcie:)

– Już ?!!! – bezbrzeżne przerażenie maluje się na twarzy męża.

– Nie, nie już. – uspokajam wstrząśniętego – Planuję już wakacje za rok. – tłumaczę terapeutycznym głosem.

– Aaaa, za rok – oddycha z wyraźną ulgą.

– Co? Jest nadzieja, że nie dożyjesz? – śmieję się.

– No właśnie:)

 

A chciałam z niego zrobić góro – łaza:)

 

galeria

 

Udało się.

Uprałam wszystko, co wróciło wraz z nami z wypadu w góry. A były tego całe góry:)

A teraz siedzę sobie zupełnie spokojna na fotelu brazylijskim powieszonym pod osikami i słucham jak nade mną Aniołowie z hukiem przetaczają beczki po brukowanych uliczkach nieba:)

– Niech sobie taczają – myślę – pranie już wyschło:)

Tak kiedyś usłyszałam lub przeczytałam o pomrukach nadchodzącej burzy i ten obraz już na zawsze został w mojej głowie. Anioły taczające duże dębowe beczki po kamieniach:)

Ile takich obrazów mamy namalowanych w głowach?

Tych, które ujrzeliśmy, tych, o których tylko usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy o nich i tych, które namalowała nam własna wyobraźnia.

Gdyby wejść do środka każdego z nas, naszym oczom ukazałaby się olbrzymia galeria obrazów.

Różnych. Pięknych i brzydkich, kolorowych i czarno- białych lub wyblakłych sepi, dużych jak Panorama Racławicka i miniaturek. Kojących i przerażających. Niektóre odsłaniane są tylko w nocy, we snach.

Zamglone nieco obrazy z wczesnego dzieciństwa i barwne wyraźne z ostatnich dni.

Dziś moja głowa pelna jest tych ostatnich. Widoczki z bukowymi pniami, panoramy pełne dzikich kwiatów, grań z drzewami dojrzałej jarzębiny, szlak wyłożony kamieniami ciągnący się jak wąż szczytem połoniny, falujące morza traw, szare i lekko niebieskie góry na horyzoncie, układy obłoków nad nimi, kręte jak serpentyny szosy, stare domki przytulone do ziemi, strumyk wypełniony gładkimi kamieniami, pajęczyny o świcie lśniące od kropel rosy, rozpostarte pomiędzy źdźbłami traw, księżyc prawie w pełni nad czarnym morzem lasu, obwieszone jabłkami stare drzewa.

Obrazy jeszcze świeże, pachnące, dźwięczące, lśniące jakby dopiero ktoś odjął od nich rękę z pędzlem.

Zrobiłam tak wiele zdjęć, lecz one są martwe. Nie świerszczą w trawie, nie pachną przejrzałymi owocami, nie szeleszczą wodą po kamieniach, nie skrzypią pod nogami, nie łaskoczą wiechami traw, nie chłodzą wilgotnym lasem, nie przeczesują włosów ciepłym wiatrem.

Te obrazy, które zostały w głowie są żywe. Więc delektuję się nimi jak bukietem świeżych kwiatów w wazonie. Póki nie przyblakną barwy i nie opadną płatki wrażeń.

Dobrze jest wyjechać. Przywieźć nową kolekcję obrazów do galerii swojej duszy.

 

Bieszczady

 

– Ale coś się dzieje? Coś kogoś boli? – słyszymy zirytowany głos kobiety. Stoi na szlaku w lesie i przemawia motywująco do swoich dzieci i męża.

– Może chociaż dojdźmy do końca lasu i zobaczmy połoninę – zachęca jęczącą gromadkę.

Przechodzimy właśnie obok, już w dół z Połoniny Caryńskiej i tamujemy śmiech, bo koniec lasu i stromego podejścia jest jeszcze naprawdę za górami, za lasami, za dolinami.

Pod drzewem siedzą kolejni turyści.

– Ja już nie dam rady. Umrę. – twierdzi jeden.

– Ale mamy kondycję – urywanym od zadyszki głosem autoironicznie stwierdza drugi.

A my, już schodząc nagle spostrzegamy, że to jest to samo drzewo, które w drodze na szczyt obrałyśmy sobie za miejsce pochówku.

– To są chyba takie stałe punkty na szlaku, gdzie wszyscy mają kryzys i chcą umrzeć – śmieję się do córek, zbiegając jak rącza koza w dół po kamieniach.

– Już niedługo, dacie radę – motywuję raz po raz kolejnych biedaków.

– Widok zrekompensuje wam wszystko!

 

No bo przecież zrozumiałe, że najtrudniej pod górę. No i nie od dziś wiadomo, że warto iść mimo wszystko. I że nic, co piękne nie przychodzi bez wysiłku. I że właśnie na urywanym oddechu, z sercem bijącym w gardle zdobywasz to, co najcenniejsze.

Ale zapominasz o tym wszystkim, gdy pniesz się w górę. A doskonale i jasno rozumiesz już, gdy zbiegasz w dół.

Ta zmiana perspektywy patrzenia następuje na szczycie.

I następnego dnia – mimo zakwasów, spalonego od słońca karku i strzyknięć w kolanie – znowu wchodzisz na szlak.

Najtrudniej pokonać samego siebie.

Dlatego nie odbieram nigdy nadziei, ani resztek odwagi tym, którzy dopiero pną się w górę.

– Dacie radę, my dałyśmy, to i wy dacie – śmieję się, widząc spoconych wędrowców.

– O, dzięki, to chciałem usłyszeć – mówi ktoś i lekki jak motyl uśmiech pojawia się na spierzchniętych wargach.

*  *  *

Każdy z nas chce. Usłyszeć właśnie to:

„Dasz radę. Wierzę w ciebie. Zrób jeszcze jeden krok. To, co znajdziesz na szczycie, wynagrodzi ci wszystko.”

 

 

motywator:)

 

Takie coś mam zapisane, więc wrzucam.

Nie pierwszej świeżości, bo sprzed dwóch tygodni, ale jako przysłowiowy „znak życia” się sprawdzi:)

*  *  *

– To niemożliwe – powątpiewa tatek – Nie uda nam się złożyć jutro trzech kuchni.

– Złożymy – postanawia syn – Tylko żebyś mi nie jęczał o 8 wieczorem, że już nie masz siły – strofuje.

– No i żeby nie chciał w ciągu dnia piątej kawy, obiadu, do ubikacji i pooglądać rolek w necie – dorzucam:)

No i challenge postanowiony.

Od 8 rano do 8 wieczorem. 3 kuchnie.

😁

Pracowita sobota.

 

podróż;)

 

Rodzina tym razem w całym komplecie. Siedzimy w salonie gdzie kto może. Niektórzy na fotelach, inni na stołeczku, ktoś w pozie rzymskiego patrycjusza na kanapie, a Adaś rozciągnięty na dywanie. Tak jak lubi.

Zoczam, że Hania ma kubek herbaty i natychmiast go pozazdraszczam córce.

Wstaję więc z fotela i idę do kuchni. Robię sobie kanapkę z masłem i dopiero, gdy znowu wracam do salonu, siadam i wgryzam się w chleb, wykrzykuję:

– Przecież poszłam zrobić sobie herbatę, dlaczego wróciłam z kanapką?!!!

😁

Może odpowiedź jest prostsza niż się spodziewacie.

Po prostu odległość z salonu do kuchni to jakieś 12 metrów i naprawdę można po drodze zapomnieć po co się w podróż wyruszyło:)

Zwłaszcza mając 50 lat i pocovidowe dziury w pamięci 🙂

 

zupa:)

 

Wróciłam z weekendowych rekolekcji, więc gdy mama zadzwoniła w poniedzialek rano z nowiną, że ma dla nas pierogi i zupę pomidorową, ucieszyłam się niezmiernie.

Przywiozłam wielką gorącą michę z pierogami i zupę w słoiku.

* * *

Odkręcam słoik i widzę, że zupy jest już tylko resztka. Trochę jestem zdziwiona, ale nie na tyle, by robić jakieś dochodzenie kto i kiedy zdążył zupę zjeść. Jestem zbyt głodna, więc wlewam zupę do miseczki i zaczynam jeść i dopiero pod koniec jedzenia, nagle orientuję się, że to nie smak pomidowy lecz ogórkowy:)

To mnie już nieco zastanawia.

– Oj, moja mama ma coraz większe problemy z pamięcią – myślę – Jak można pomylić zupę ogórkową z pomidorową? Nawet kolor jest zupełnie inny.

🙂 🙂 🙂

A cała zagadka wyjaśni się wam dopiero, gdy w miejsce trzech gwiazdek u góry tekstu wpiszecie sobie: ” Położyłam się spać”.

😁

Czasem wydaje nam się, że inni ludzie są dziwni. A to my śpimy;)

 

 

rozmowy pod gwiazdami

 

Siedzę nocą na tarasiku i patrzę w gwiazdy.

Wraca mój syn do domu, podchodzi, pochyla się.

– Co robisz?

– Oglądam gwiazdy.

– Ale przecież nie widać – mówi.

– Widać, zobacz – wskazuję palcem na złote punkciki nad dachem domu.

Pochyla się jeszcze niżej i spogląda.

– A tak. Są. – mówi cicho.

Rozmawiamy półszeptem. Zaczynamy coś sobie opowiadać, ale ta atmosfera letniej nocy, cykanie świerszczy, gwiazdy otulają nas kokonem jakiejś tajemniczości i intymności.

Jakbyśmy byli sami we wszechświecie, zawieszeni w jego aksamitnej, przytulnej czerni jak gwiazdy. Ja w mojej krótkiej koszulce nocnej w krokodyle, z nogami wystawionymi na chłodny beton tarasu, i on – potężny, przewieszony nade mną jak konar dębu.

A pamiętam – myślę – jak był taki mały. Ta noc, gdy staliśmy obok siebie przy oknie, jeszcze w innym domu, też w pidżamkach, sięgał mi wtedy nie wyżej niż do pasa, patrzyliśmy na noc i gwiazdy i tak jak dziś szeptaliśmy coś o życiu, Bogu, świecie.

Tak, tak, gdy był małym chłopcem tak właśnie rozmawialiśmy, głębokie trudne tematy w samym środku nocy. Niemal codziennie.

Dużo się zmieniło, wiele nocy nad nami przewinęło się jak klisza, ale w nas, gdzieś głęboko wszystko jest tak samo.

Wiemy co ważne i kochamy.

 

Jeshua

 

Pojechać na rekolekcje, przypomnieć sobie Imię swojej największej miłości, to Imię, które rozsadza serce, które kruszy skały, łamie cedry, leczy rany, podnosi, przywraca życie, rozrywa zasłony, ucisza sztormy. Wszystko to dla mnie czyniłeś, nie raz i nie dwa, nie tysiąc i nie trzy tysiące.

Chodzę po moim domu, podlewam kwiaty, wstawiam pranie, rozmawiam z mężem, piję z nim kawę, karmię koty, zdejmuję pościel, uchylam okna…

Wszystko jest niby tak samo, i jednocześnie – nic już nie jest takie samo jak przedtem. Bo przypomniałam sobie to Imię.

I ten deszcz, który nagle spadł w nocy, tuż po moim powrocie, ochłodził, odnowił, oczyścił wszystko. Stać pod nim i patrzeć jak krople przeciekają przez palce dłoni, czuć jak spływają po włosach. Tym deszczem też do mnie mówisz.

Zawsze wiesz co powiedzieć, wiesz, co powinnam usłyszeć. I mówisz czasem, nie używając ani jednego słowa. Lecz ja rozumiem.

„Oto wszystko czynię nowe”.

Nie byłoby mnie bez Ciebie.

Jak beze mnie tylu rzeczy by nie było. Nie byłoby moich kwiatów, kotów, tego domu, ogrodu, moich dzieci. A bez Ciebie nie byłoby mnie. I nigdy nie będzie Jeszua.

Nie pozwól mi nigdy oderwać się od Ciebie.

Amen.