wieczór

 

Rok powoli dobiega końca. Ostatnie lampeczki na łańcuchu migoczą przed oczami. Jak zawsze właśnie te ostatnie są najbardziej błyszczące, niezapomniane i ciepłe.

Siadamy przy naszym stole, który nagle – zdumiony sam sobą – stanął ubrany w koronkowy obrus na środku salonu. Rozmawiamy.

Ktoś łapie nożyczki i podkrada cukierka z choinki, ktoś ogląda z bliska symbole na starej pasyjce po mojej babci, inne ktosie nucą kolędę albo próbują pachnący bigos. Śmiech i gwar.

Choinka migocze za plecami, noc ciemnym zamszowym pledem przykryła okna, aromaty z kuchni ciepłą falą rozlewają się po całym domu.

– Na urodziny chcę kalimbę – mówię.

– A co to takiego? – pyta mąż.

– Takie drewienko z blaszkami – śmieje się Alusia.

Szukamy na YT i puszczamy melodie wygrywane na kalimbie. Są delikatne jak lot motyla, słodkie, proste… Mąż zasypia w trzy sekundy:)

Jesteśmy zmęczeni. Chłopcy mieli dziś trzy montaże, my we cztery szalałyśmy w kuchni.

Przed…przed…przed… ostatni wieczór roku.

Przed-dzień wigilii.

Kolejnej w naszym życiu i – wierzę – nieostatniej🌟

 

dostęp:)

🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲

Siedzimy na wigilii szkolnej. Śmiejemy się, rozmawiamy, przepisami wymieniamy świątecznymi. No i… jak zawsze, tam gdzie zbierze się choć dwie mamy, temat szybciutko, truchcikiem schodzi na nasze pociechy. Te małe, te większe i te zupełnie dorosłe.

I oto nasza koleżanka, świeżo upieczona mama pierwszego studenta opowiada:

” Mój mąż dużo jeździł, więc przez wiele lat sama ogarniałam wszystko przy dzieciach. Teraz już częściej jest w domu, więc go bardziej angażuję. No i się przejął, bo gdy rozmawialiśmy o naszym studencie, nagle mówi do mnie:

– A ty tam jakiś dostęp do jego e- dziennika masz?”

Tu wszystkie za stołem prychamy śmiechem, narażając się na zakrztuszenie makowcem lub rybą po grecku.

– Ale widzisz – bronimy go – już coś ogarnia. Wie przynajmniej, że istnieje e- dziennik:)

– Tak – patrzy na nas figlarnie koleżanka – Na studiach?

I od razu przypomniało mi się jak mój tata nigdy nie ogarniał ile kto z nas ma lat i na jakim etapie edukacji się znajduje.

Ale tata miał nas siedmioro, więc miał mocne alibi😁

 

u krańca kolejnego roku

 

Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka nam się przydarzyła to danie życia tej czwórce.☺️

Oboje pochodzimy z wielodzietnych rodzin i od początku planowaliśmy, że nasza też będzie taka. „Co najmniej pięcioro” – mówiliśmy. I rzeczywiście tak jest, choć po tym pięknym świecie chodzi czworo.

Od 24 lat jestem fotografem rodzinnym, od 17tu – filmowcem amatorem, od 16tu piszę bloga o naszej rodzince, napisałam trzy tomy „Historynki”, od dwóch lat istnieje instagramowe konto dom_otulony_lasem.

Rzadko jestem na zdjęciach w albumach lub filmach na dysku, bo ja jestem zawsze z tej drugiej strony. Mój głos, mój palec na spuście aparatu. Wciąż zachwycona i usiłująca uchwycić to, co nieuchwytne słowem, zdjęciem, kadrem filmu. Ich jedyne minki, ich przekomarzanki, figle, pierwsze słówka, śmieszne powiedzonka, ich sny, zamyślenia i panoszącą się wokół nich miłość.

Życie toczy się jak strumień po kamieniach, śpiewa i podskakuje wesoło… Niedługo skończy się kolejny rok naszego życia.

Nigdy nie marzyłam nawet, że będę je miała takie szczęśliwe:)

I to nic, że zdarza się czas trudniejszy. On też wiele uczy i zmienia.

A my wchodzimy w nową epokę. Dzieci już prawie wszystkie wyfrunęły z gniazda, rozglądają się za swoim miejscem na wielkim drzewie życia. Czasem jeszcze zlecą z hukiem z gałęzi zbyt wiotkiej, a ty patrzysz przerażony i biegniesz w wyciągniętym sercem, by spadły możliwie najmięcej.

A że przy okazji własne serce potłuczesz, to już nic. Do wesela się zagoi:)

Tylko czyje wesele pierwsze;)

 

 

 

 

???

 

Brakuje mi pisania. Ono jest dla mnie tym, czym dla innych ludzi oddychanie.

Nie pisałam już kilka miesięcy. Może czas wrócić…

Bo jak długo można nie oddychać???

 

Ale czy jeszcze potrafię?

Czuję się jak ktoś, kto przeleżał w łóźku długi czas i teraz boi się stanąć na nogi, bo nie ma pewności czy jest w nich jeszcze ta siła, by ponieść go dalej.

Albo jak woźnica, któremu rozbiegły się konie z zaprzęgu. I gdzie ich teraz szukać, jak znowu nad nimi zapanować?

Może wystarczy tylko gwizdnąć i wrócą. A może trzeba czegoś więcej…

 

 

 

nocna podróż

 

Jadę nocą do domu.

To metafizyczne doznanie. Jestem wtedy tak blisko granicy.

Jest ciemno, siąpi deszcz, a z naprzeciwka pędzą inne auta; osobowe i tiry. Ich światła rozmazują się na zapłakanej szybie, kłują w oczy. Pomiędzy jednym a drugim taktem wycieraczek świat zanika za srebrną zasłoną, jakby ktoś zbyt wolno przesywał klatki filmu.

Chwilami jadę na oślep. Moje okulary kondensacyjne pomagają widzieć wyraźniej, ale to i tak tylko fantasmagorie rzeczywistości.

To metafizyczne doznanie, na pograniczu światów.

Wiem, że wystarczy jeden nieostrożny ruch, może jedno drgnienie i … wszystko się dla mnie skończy. Tutaj.

Wiatr szarpie autem jak żaglem na pełnym morzu, zacina sztorm, łódka chybocze, skrzypi.

Jadę około 100 km na godzinę, woda spod ciężarówek raz po raz chlusta w moje okna.

Wystarczy jedno niedopatrzenie z mojej lub nie-mojej strony… Jedno drgnienie zmęczonej ręki. Hamulec, który zawiódł, urwane koło, poślizg, sarna… Tyle różnych możliwych scenariuszy. Wszystkie równie wiarygodne.

Dopiero gdy dojeżdżam do bramy i sięgam po pilot, wiem już, że to nie był ostatni akt sztuki.

Czyjaś ręka jeszcze raz zacumowała mnie bezpiecznie u przystani. Jeszcze nie pora.

* * *

Być zawsze gotowym.

Zawsze przygotowanym na wszystko.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.

 

 

zmysł

 

– Cytryna – wykrzykuje mała dziewczynka.

Mały nosek przyciska się do żółtej pachnącej skórki.

– To szyszka! – mówi chłopiec, obracając cacko w rączkach.

Wyjmuję wszystko po kolei z mojego pudełeczka. I suche szeleszczące liście, i gałązkę mięty, i skórkę pomarańczy, i żołędzia, kawałek tui, a na koniec porcelanowego ptaszka – gwizdek wodny, którego dźwięk tak cudnie imituje ptasie trele.

Dzieci dotykają, słuchają, wąchają. Ale na oczach mają opaskę z mojej apaszki. Apaszka jest biała w granatowe ważki. Nic przez nią nie widzą, a jednak odgadują, bezbłędnie prowadzone innymi zmysłami.

* * *

I jak to jest? – myślę – że patrzę na słońce i wykrzykuję: „to Ty”, że słyszę szelest rzeki i błyski na jej tafli i znowu rozpoznaję Ciebie, czuję pocałunek wiatru na twarzy i wiem, że to także Ty.

I w misternym rysunku nerwów liścia Cię rozpoznaję, i w serpentynie muszli, i idąc we mgle, i w zmierzwionych jesiennych grzywach miedz, w purpurze zachodów słońca, w zapachu sosny, dojrzałego jabłka, gruchaniu synogarlic, sierpie księżyca, układzie obłoków. I w bólu, i w pieśni, i w tęsknocie, i we łzach, w śmiechu, w rozmowie…

Wszędzie rozpoznaję Cię jakimś nienazwanym zmysłem, choć wszystkie moje ludzkie zmysły zamknięte na Ciebie.

Czy jest zmysł smakowania Boga?

 

karawan:)

 

Mężulek szuka usilnie auta dla naszych córek, aby mogły być bardziej mobilne w mieście akademickim.

– Nie, ten nie – tłumaczy wskazując na kombi – za duży.

– To znaczy jaki?

– Tam z tyłu jeszcze dwie trumny się zmieszczą – jakże poglądowo tłumaczy auto-ekspert.

Szukamy dalej.

Co dzień w każdym wolnym czasie mąż i syn oglądają strony z autami.

Nasze niewieście serca najbardziej urzekł egzemplarz jasnoniebieski.

– Za duży dla Ali – tłumaczy mężulek.

– Aj tam, nie taki znów duży – macham ręką – tylko jedna trumna się tam zmieści.

– Co wy z tymi trumnami?

– No co, sam zacząłeś – śmieje się Lalcia.

*  *  *

Tkaniny niegdyś mierzono na łokcie, więc czemuż by wielkości auta nie liczyć na trumny ?😁🤭

 

wakat

 

W związku ze zniknięciem Hani, w domowych pieleszach nie może pozostać luka. Bo dom jak i przyroda, nie znosi próżni.

I tak oto wakat na stanowisku pomywacza zlewowego trafił się osobie jedynej możliwej:)

– Tylko mi wrzućcie łyżeczki po kawie do zlewu – z groźną miną wygłasza sentencję najmłodsza.

Aż dreszcz przeszedł po plecach😱

 

tkackie czółenko

 

– Ależ ten czas leci – westchnął klient mojego męża, spoglądając na swoje dziecko – Niedawno się urodziło, a już ma miesiąc – dodał zdziwiony.

Tu mój mąż się zaśmiał.

– To jeszcze nic – dorzucił swoje – moje dzieci niedawno się urodziły, a wczoraj trzecie zawiozłem już na studia:)

Tak, czas leci jak tkackie czółenko – cytując najmędrszą z ksiąg świata.

A my?

My za nim czasem nie nadążamy. Bo nim myśl przyzwyczai się do nowego teraz, ono już przestaje być teraz o staje się przeszłością.

Tak, nasza Nusia już jest zacną studentką zacnego kierunku i dołączyła do swego rodzeństwa w zacnym studenckim mieście.

Zaraz pierwszego dnia po przylocie do nowego gniazda, postanowiła nie zasypywać gruszek w popiele i poszła eksplorować okoliczne sklepy, targi oraz mniej okoliczne kawiarnie:) Nusia nie z tych co by grzali pupę ma zapiecku i oswajali się powoli acz sukcesywnie z zastaną rzeczywistością. Nusia po prostu zdobywa nowe światy, szybko, łapczywie i z zapałem.

– Dziś kupiłam dwie nowe książki – zameldowała mi dziś.

– A wczoraj kupiła siatkę do przeciskania warzyw i jajek – zdała relację Ala.

– Tak, bo poszłam na targ i był jakiś chłop z żelastwem, poszukałam na jego kramie i znalazłam – oznajmiła – Więc już nie musicie przywozić z domu.

– Ale chcę tego królika z kanapy. – napisała innym razem.

– To dla wnuków – odpisałam.

– Jak już będą, to im oddam. A teraz będę go kochała i spała z nim:)

– Ok, ale masz go też czasem uprać.

I tak sobie piszemy i rozmawiamy od dwóch dni, bo tyleż minęło od czasu wywiezienia jej do wielkiego miasta.

I już słyszę z oddali nasz własny głos:

” Jak ten czas szybko biegnie, dopiero zawieźliśmy ją na studia, a już je kończy” 🙂

Coś się kończy, coś zaczyna. Dom pustoszeje jak łajba, z której wysiadają kolejni pasażerowie.

Ale przyjdzie czas, że znowu zapełni się tak, że zanurzy się aż po skraj burt. Już ktoś nieśmiało przebąkuje z brzegu:

” Synowa was pozdrawia”

i uśmiecha się figlarnie;)

 

 

 

bezgłośna rozmowa

 

Lubię cmentarze.

Jest w nich jakaś taka cisza, pokój i zaduma, jakich często brakuje wśród nas żyjących . W naszych spotkaniach, słowach, myślach. Wszystko w nas pędzące, niecierpliwe, chwiejne, chaotyczne, drżące jak cienie drzew na ścianie. Nawet naszym snom daleko od wyciszenia.

Wstajemy czasem rano z westchnieniem ulgi, że sen się skończył. Bo nie był ukojeniem.

A cmentarz?

Tutaj natychmiast się zatrzymujesz ( mimo iż twoje nogi poruszają się po cmentarnych ścieżkach, chrzęści żwir), uspokajasz, przestajesz chwiać jak pijany.

Tu jest pewność. Żyjesz, coś z ciebie umrze, lecz ty nadal będziesz żył. Trzy proste punkty.

Tu jest jasność. Nic tak się nie liczy w życiu jak prawość. Nikt tu nie zabrał nic więcej. Ani domu, ani auta, ani pieniędzy, ani władzy czy uznania. Żadna inna wartość nie przetrwała. Tylko to, że byłeś dobry. Tylko tego nie spopielił grób. Tylko to nadal trwa, rozwija się i kwitnie. Dobro, które zostawiłeś.

Wszyscy tu milczą, a ty tyle słyszysz.

Patrzą na ciebie z wyblakłych sepi fotografii spokojnym, zadumanym spojrzeniem.

” Nie bój się. Wszystko mija – zdają się mówić – ból, choroba, troski, łzy obeschną na twarzy, niepewność umrze wraz z ostatnim uderzeniem serca. Dotrzesz do celu. Zanurzysz się w miłości. Już na zawsze. To już niedługo. Życie trwa naprawdę ułamek sekundy. I nie boli aż tak bardzo. Tylko tyle, ile trzeba.

I pamiętaj: miłość nie umiera wraz z sercem, myśl nie umiera wraz z mózgiem, a człowiek nie umiera wraz ze swoim ciałem.

Jesteś wieczna. Nie drżyj jak liść na wietrze. Wichrowi czasu podlega tylko cząstka ciebie, ta mniejsza. Reszta przetrwa.”