Rok powoli dobiega końca. Ostatnie lampeczki na łańcuchu migoczą przed oczami. Jak zawsze właśnie te ostatnie są najbardziej błyszczące, niezapomniane i ciepłe.
Siadamy przy naszym stole, który nagle – zdumiony sam sobą – stanął ubrany w koronkowy obrus na środku salonu. Rozmawiamy.
Ktoś łapie nożyczki i podkrada cukierka z choinki, ktoś ogląda z bliska symbole na starej pasyjce po mojej babci, inne ktosie nucą kolędę albo próbują pachnący bigos. Śmiech i gwar.
Choinka migocze za plecami, noc ciemnym zamszowym pledem przykryła okna, aromaty z kuchni ciepłą falą rozlewają się po całym domu.
– Na urodziny chcę kalimbę – mówię.
– A co to takiego? – pyta mąż.
– Takie drewienko z blaszkami – śmieje się Alusia.
Szukamy na YT i puszczamy melodie wygrywane na kalimbie. Są delikatne jak lot motyla, słodkie, proste… Mąż zasypia w trzy sekundy:)
Jesteśmy zmęczeni. Chłopcy mieli dziś trzy montaże, my we cztery szalałyśmy w kuchni.
Przed…przed…przed… ostatni wieczór roku.
Przed-dzień wigilii.
Kolejnej w naszym życiu i – wierzę – nieostatniej🌟




