Widok ze środka naszego salonu, który jednocześnie mnie denerwuje, rozczula i rozśmiesza.

Laurka, gdy się przebiera, linieje jak jaszczurka. I tyleż troszczy się o swą zrzuconą skórę, co ona. Linieje i odchodzi:)

To chyba znak, że rośnie;)
Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
Widok ze środka naszego salonu, który jednocześnie mnie denerwuje, rozczula i rozśmiesza.

Laurka, gdy się przebiera, linieje jak jaszczurka. I tyleż troszczy się o swą zrzuconą skórę, co ona. Linieje i odchodzi:)

To chyba znak, że rośnie;)
Wtorek.
Remontu ciąg dalszy. Pokój Adama finalizujemy. Ostatnie kropki nad i stawiamy.
Miś przykręca regał do ściany, bo regał wysoki i pełen książek, co grozi obaleniem i trwałym kalectwem przypadkowego przechodnia.
Dzielnie uwija się mój mąż, kręci śrubokrętem, a syn tymczasem spod innej ściany:
– Wieszakprzykręcać? – zbitkosłownie pyta ojca.
– Wiem jak przykręcać. – odpowiada oburzony stolarz z zamiłowania i producent mebli wszelakich.
A syn stoi zdezorientowany taką odpowiedzią. Z wieszakiem w jednej i śrubokrętem w drugiej ręce:)
Trzeba słuchać uważnie co do „joty” 🙂
Wakacje to u nas zawsze czas remontów.
Tu trzeba odmalować, tam coś poprawić, meble poprzenosić, pomieszczenia przewietrzyć, dywany poprać itd.itp. Nigdy nie planujemy jakoś specjalnie. Samo wychodzi. I co roku na tapetę bierzemy jeden lub dwa pokoje, a potem się rozkręca i w sumie odrestaurowujemy prawie wszystko. Kiedy piszę „na tapetę”, to nie do końca jest to przenośnia literacka, bo tapety bardzo lubimy. Dodają przytulności, ciepła i domowości domowi.
Tym razem pora nadeszła na Dusiowe królestwo, odświeżane owszem od czasu do czasu, ale czas płynie szybko – jak to ostatnio nieustannie wraca na stronach tego bloga – i z dziecka zmężniał Dusio w młodzieńca Adama, a nastolatek potrzebuje nieco innej przestrzeni. Większej, bo przerósł już rodzonego ojca i bardziej poszufladkowanej, bo nieustannie szokuje matkę rodzicielkę swoją interpretacją porządku.
Tak więc w sobotę wzięliśmy się za wstępne, przed-remontowe odgruzowywanie pokoju .
Łatwiej byłoby wymienić to, czego tam przy okazji nie znaleźliśmy, niż rzeczy, które zdążył uzbierać nasz dorastający fascynat majsterkowania, motoryzacji, numizmatyki, elektroniki, archeologii, kolekcjonowania kamieni, stolarstwa, piłkarstwa, boksu…
Większość znalezisk spakowaliśmy do wielkich worów na śmieci, dzielnie sortując według standardów unijnych. Niektóre zaś przedmioty znalazły nowych właścicieli. Na przykład naklejki.
Nowa ich posiadaczka rozsiadła się na podłodze i rozłożywszy swój notesik, dokonuje w ekspresowym tempie aktu wklejania. Dotychczasowy właściciel obserwuje to z dezaprobatą.
– Ale tak rozsądnie przyklejaj. Ładnie. – instruuje w końcu małą siostrę.
– Adam, ty nie możesz mną kierować! – oburza się rozeźlona Laura – Nie jestem zabawką i nie możesz mną kierować!
– Tak, a kim jesteś? – wtrącam rozbawiona.
– No, przecież CZŁOWIEKIEM a człowiek może robić co chce!!! – wygłasza z naciskiem manifest niepodległości prawie 5-latka.
Szybko to odkrywamy.
Naszą wolność.
W wieku pięciu lat dochodzimy do pewności jej posiadania.
Trochę dłużej nam przychodzi zrozumienie, że jednak wolność to nie to samo, że mogę robić wszystko co chcę. Jak długo to odkrywamy?
Resztę życia:)
Zastanawialiście się kiedyś jak czuł się Kopciuszek za pięć dwunasta? Wtedy, kiedy już więź się zawiązała? Ze świadomością, że może już nigdy?
– Bawmy się szybciej! – krzyczało jej serce – Żyjmy szybciej! Intensywniej! Włóżmy w każdą sekundę kilka godzin.
Świadomość upływu czasu, który za chwilę rozdzieli . Właściwie powinniśmy ją mieć stale, ale zawsze wydaje nam się, że tyle jeszcze przed nami, że popadamy w zupełną nieświadomość. Chyba że…
… akurat po wielu latach przyjechał przyjaciel i … macie pięć godzin na nacieszenie się sobą na najbliższe może kilka lat. Wtedy świadomość staje się dojmująca. Czas nieubłaganie ciurka, a za pięć dwunasta każde jego ziarenko waży tonę i uderza cię z taką siłą, że aż w oczach pojawiają się łzy.
– Jest już pierwsza. – powiedział Martin, mąż Anett.
– Aaaaa! – wpadłyśmy w panikę nad pierwszym punktem programu, tj. ogniskiem z kiełbaskami.
Szybko rozlałyśmy wino jeżynowe, które „w zasadzie powinno jeszcze z pół roku postać” jak zaznaczył Marek, gdy nam je ofiarowywał, ale kto by tam czekał tyle, skoro cenna jest każda minuta. A Martin był czujny. Czy Czesi są najbardziej punktualnym narodem świata?
– Druga. – oznajmił dosłownie chwilę później głosem wieszczki Kasandry.
– Boże. Została godzina!!! Bawmy się szybciej! – zakrzyknęłyśmy, wysypując karty do gry Dobble.
– Druga trzydzieści cztery. – Martin był nieubłagany, choć wygrywał w Dobble raz za razem.
– Szybko, śpiewajmy!!! – zarządziłyśmy, wyciągając kultowe już śpiewniki z mojego i Misia wesela.
I popłynął nasz rzewny śpiew w sad i las, a ptaki omalże nie pospadały z gałęzi, a wiatr, który szykował się do burzy, usiłował zakneblować nam usta.
– Teraz Martin słuchaj! To nasza narodowa pieśń! – poinstruowałam brata Czecha.
– Hej tam gdzieś znad Czarnej Wody siada na koń ułan młodyyyyyy Czule żegna się z dziewczyną, jeszcze czulej z Ukrainą!!!! – piejemy.
– Tak, narodowa. – śmieje się Anett.
– A nasz wiersz patriotyczny to : Litwo, ojczyzno moja… – dodaję przebijając się przez śmiech i ciąg dalszy „Ukrainy” wyśpiewywanej tenorem mego męża.
Martin się poddaje i opada na kocyk, a Laurka dyryguje nam kawałkiem patyka. I lecą w świat kolejne nieśmiertelne przeboje: Umarł Maciek, Studzienka, Laura i Filon, Po cóżeśta kawaliry przyśli, Biała jabłoneczka, Czerwony pas ( nawiasem pisząc – ulubiona pieśń weselna mego śp. taty), W murowanej piwnicy… A czas płynął tak wartko, że nawet kukułkę Martinka zaskoczył.
– Trzecia dwadzieścia!!! – wykrzykuje naraz.
Szybkie pakowanie, ustawianie GPS-a, kilka uścisków, kilka zdań, spojrzeń w oczy. A przecież tyle miało paść słów, a nie zdążyły. Tyle jeszcze opowieści nawet nie zaczętych. A tu już pięć po dwunastej.
Zostanie kilka zdjęć, dwa filmiki i nasze pienia nagrane przez Martinka. I tęsknota. I niedosyt.
Jedno tylko pociesza. Czas, który tak szybko rozdzielił, teraz będzie czasem, który równie nieubłaganie zbliża do następnego spotkania.
I masz rację Anett, obojętnie kiedy się znów spotkamy, za miesiące czy lata, będzie tak jakbyśmy rozstali się na mgnienie oka i kończyli wczoraj zaczętą rozmowę.
W nas ludziach jest tak silne pragnienie nieśmiertelności, że usiłujemy nawet unieśmiertelniać rzeczy wokół nas.
Wyrywamy czasowi z zębów stare sztachety, garnki, okiennice, budynki, stare odmiany jabłoni i grusz, wyszarpujemy mu zetlałe zdjęcia, książki, dokumenty, spisujemy wspomnienia. Każde zwycięstwo nad czasem jest zwycięstwem wieczności, którą nosimy pod skórą.
Pokazujemy czemuś, co nas zmienia, okalecza i prowadzi ku śmierci jak jego łupy są pozorne i kto tu naprawdę rządzi.
Mój mąż ze szlifierką w ręku, jego dłuto skuwające stare płaty farby, pędzel w jego ręku, równe spokojne pociągnięcia nim. Broń, którą zwycięża się czas i pokazuje mu jego miejsce.
Odnawiamy stare okiennice z domu Babci Niebieskiej. Oczywiście są niebieskie, oczywiście drewniane i stare, przedwojenne jeszcze. Bez śladu gwoździa, zbijane na drewniane kołeczki. Majstersztyk. Szlifujemy je, docieramy do samego wnętrza. Arterie słoi sosnowego drewna wciąż pachną żywicą. W starych deskach budzi się las.
Odcinamy metalowe zawiasy. Prawdziwa kowalska robota. Ręcznie kute wyglądają jak ptaki z rozłożonymi skrzydłami. Niby wszystkie podobne, a każdy inny.
– Schowam je. – mówię, ważąc w dłoni metalowe cacka – Coś z nich wymyślę.
Nawet małe metalowe zaszczepki i kółeczka do nich odkładam na półkę. Nie pozwolę im odejść w niebyt.
Potem okiennice malujemy na nasz kolor. Będą zielone, z białymi rameczkami w środku. Inne – nasze, bo tworzymy własną historię, a jednak wciąż jej, Babci Niebieskiej, bo wszystkie nasze historie budujemy na fundamencie z życia tych, którzy przed nami. Dlatego pozwalamy niebieskiej barwie pozostać w żlebach słoi. Każdemu, kto zapyta o ten błękit, opowiemy o Babci Niebieskiej.

– Cieszysz się, prawda? – pytam ją w myśli za każdym razem, gdy uda nam się coś ocalić od zapomnienia, a wraz z tym czymś ocalonym potwierdzić ważność jej życia, losu i jej „non omnis moriar”.
Prawie widzę jak się uśmiecha.
Przymocujemy okiennice po obu stronach szklanych drzwi, będą znów wizytówką tego domu i przetrwają kolejne dziesięciolecia na przekór porywistemu prądowi czasu.

Nie zmiecie tak łatwo ani nas, ani tego, co oddane w naszą pieczę.
Bo tylko z pozoru jesteśmy jak suche liście gnane potężną wichurą. Bo tylko z pozoru jesteśmy drobiny piasku niesione nurtem rzeki. Prawda jest taka, że stawiamy opór i że przegrana tutaj walka nigdy nie jest naszą ostateczną klęską.
Babcia Niebieska uśmiecha się. Ona już zna całą prawdę o nas i o czasie. Za progiem śmierci my trwamy, on – milknie.
Pociągnięciami pędzla, dotykiem dłuta, ratowaniem tego, co zniszczalne dajemy mu już dziś lekcję pokory.
Siedzimy z moją cioteczną siostrą Anią w cieniu perukowca podolskiego, w poświstach wiatru dziwnie nachalnego w lipcowe popołudnie. Siedzimy, sernik z brzoskwiniami jemy z nowo-wypróbowanego przepisu od koleżanki z pracy, brzoskwinie ciasteczkowe pogryzamy aż sok nam cieknie po brodzie w trawę, niektórzy kawę popijają, inni – soki. Wokół , jak nawałnica jakaś stadko zmieszane naszych i jej pociech rodzonych i przyszywanych buszuje.
Więc o czym można gadać przy posiłku i pociechach?
O jednym i drugim.
Ania opowiada o swojej młodszej córci Ali. Imię zresztą na cześć naszej Alicji, co by dziecię równie rozsądne i mądre było.
Tymczasem…
– Ona je kozy z nosa – opowiada Ania – Krzyczymy na nią, upominamy, a ona swoje. W końcu pytam ją: Dlaczego to robisz?, a ona na to: Ale mamusiu, to jest takie smaczne.
Wybuchamy śmiechem, sernikiem się krztusimy.
Ale to nie koniec matczynej opowieści.
– Ona je wszystkie paskudztwa. – kontynuuje mama dwulatki – Pewnego dnia siedzi na sedesie, a ja sprzątam w łazience i słyszę nagle jak ona mówi do siebie: Hmm. Kupy jeszcze nie jadłam.
Teraz już prawie wszyscy spadamy z leżaków, krzesełek turystycznych, ławek, a ci, którzy siedzą na kocu, tarzają się w konwulsjach śmiechu.
– Ja się teraz boję nocnik jej dawać! – kończy dramatycznie Ania.
Między nami rodzicami nic co ludzkie nie jest obce:)
Wakacje w pełni.
Działka, hamak, woda, słońce, trampolina, upały i gwałtowne burze, czarne jak smoła wiejskie noce, śpiew ptaków o poranku, rosa na palcach stóp, mokre maliny prosto z krzaka, chabry i maki, ciasto jogurtowe przywodzące na myśl Agaję, książka czytana w cieniu drzewa, piski dzieci oblewanych wodą, kaczki puszczane na tafli jeziora, mokre stopy w szorstkich skarpetach żwiru, mgły o poranku, czerwona kula słońca staczająca się za widnokrąg, nieustanne pakowanie toreb i ich rozpakowywanie, suszenie strojów kąpielowych na balkonie, poziomki nanizane przez dzieci na źdźbło trawy, działka otulona miodnym zapachem, rwanie kwiatów lipy przy wtórze pszczelej orkiestry , pulsujące, poparzone pokrzywami nogi, ręce lepkie od soku zrywanych porzeczek, letnie deszcze jak ciepły prysznic, krótkie noce pełne szalonych snów i długie dni, po których padasz zemdlony.
Lato.
Można je kochać lub nienawidzić, ale nie można o nim powiedzieć, że nie kręci się od niego w głowie. Jak po młodym winie.
Póki co jesteśmy wszyscy razem, ale za chwilę dzieciaki się rozjadą w różne strony i nie będziemy się widzieć całymi tygodniami. Skończyły się czasy, gdy siadaliśmy z Misiem i sami planowaliśmy co robimy z wakacjami. Teraz jest to już trudna sztuka dopasowywania się z terminami do planów naszych dzieci.
Tylko najmłodsza Laurka wciąż zostaje z nami, choć i to zapewne się zmieni za rok, gdy będzie już absolwentką zerówki.
Ach. Czas tak szybko płynie.
Ala już za cztery lata pójdzie na studia, Dusio w chwilę potem. Może po studiach już do nas nie wrócą, może to jedne z ostatnich wakacji na wspólne noclegi na letnisku, ogniska o zmroku, wyjazdy nad jeziorko. A może wrócą, choć już zupełnie inni.
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Tymczasem jest dziś. Letni, rześki po wczorajszym deszczu poranek. Kupię nowe kwiatki, bo czas bratków na balkonie już przeminął. Ich kwiaty straciły jaskrawe barwy, zawiązały się brązowe owoce, które pękając rozsypują nasiona drobne jak piasek.
Z każdym rokiem czuję się podobna kwiatom, które rozsypały nasiona. Obok mnie rosną już bujnie moje dzieci.
Taki urok lata.
Od jakiegoś czasu pojawia się w ciągu dnia jakaś melodia, której nie kojarzyłam.
Nie był to żaden z dzwonków telefonów żadnego z członków rodziny. Ani dźwięk przychodzącego sms-a. Ani sygnał, który budzi nas co rano za piętnaście siódma. Niemniej pojawiał się codziennie i – jak to wyśledziłam w końcu – pochodził z komórki męża.
Kiedy wybrzmiewały pierwsze tony melodii, mój mąż sięgał niespiesznie do kieszeni, wyjmował aparat, chwilę nań patrzył i wyłączał. Potem komórka znowu lądowała w kieszeni.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Powstrzymywanie naturalnej instynktownej niemal ciekawości kobiecej ma jednak swoje granice:)
– Co to za melodia? – zapytałam ze słonecznego tarasu w głąb budynku – To jakiś budzik? Przecież nigdy nie śpisz o tej porze? Po co go ustawiłeś? – zasypałam pytaniami pracującego męża.
Milczał.
– Dlaczego ustawiłeś o tej porze budzik?
– Bo jest trzecia. – odpowiedział po dłuższej chwili.
Popatrzyłam na niego i …pokochałam go jeszcze mocniej.
W ciągu ostatnich dni dopadł mnie nagle jakiś wirus, dobrał się do gardła, pozbawił głosu, odebrał siły. W trakcie jednego popołudnia zwalił mnie z nóg.
Dusio siedzi obok mnie na fotelu. Zanoszę się kaszlem.
– Nie wiem czy będę mogła pojechać jutro z wami na wycieczkę. – mówię bezgłośnie, z wysiłkiem.
– Mamo, pomodlę się za ciebie. – odpowiada poważnie – Żebyś się tak nie męczyła.
– Jesteś kochany synku – szepczę, gładząc go po policzku wierzchem dłoni.
Męska wiara.
Prosta, konkretna, bez zbędnych zawijasów, sama esencja mocna jak w najlepszych indyjskich herbatach. Nie rozwodniona tysiącami słów, nie rozcieńczana łzami.
Bóg jest. Trwam przy Nim.
Koniec. Kropka.
Nie trzeba nic więcej. Mówić ani robić. Bo wszystko inne wypływa samo, jak naturalna konsekwencja. Jak esencja z gorącego czajnika napełnia filiżankę życia.
Bóg jest. Trwam.
Patrzę i kocham ich jeszcze bardziej.
Nie wiem dlaczego tego dnia wysunął się pas, choć nigdy w czasie upału się nie wysuwa. Taki defekt. Mechanik nic nie umiał z tym zrobić.
I dlaczego ten pas w ogóle zapięłam, skoro na tej trasie go nie zapinam.
Nie wiem też kiedy i dlaczego przypomniałam Ali, by też się zapięła.
Ludzie nazywają to przypadkiem, ja nazywam to Opatrznością.
Nie wiem dlaczego to auto przede mną jechało tak dziwnie. Coś mnie tknęło, by nie ufać za bardzo, ale przecież się spieszyłam. Był już prawie wieczór, wciąż opływający strugami upału, a córka potrzebowała polnych kwiatów do ołtarza na Boże Ciało. Koniecznie polnych, bo ołtarz prosty, harcerski, nie pasują do niego arystokratyczne róże ani nadęte piwonie z ogrodu. Byłam zmęczona. Niespełna godzinę wcześniej wróciłam z całodniowej wycieczki z moją klasą.
Dlatego postanowiłam wyprzedzać dziwnie wahający się przede mną samochód. Kierunkowskaz i przyspieszenie. Wtedy bez sygnału, zajechał mi drogę. Ułamki sekundy. Szybki skręt kierownicą, uderzenie, szarpnięcie i nagła nieruchomość wszystkiego.
Nie wiem dlaczego nic nam się nie stało. Nawet jednego draśnięcia, tylko drżenie całego ciała z przerażenia i szoku.
Sprawca wypadku przyznał się do błędu, zapytał przerażony czy wezwę policję.
– Nie – odpowiedziałam automatycznie.
Ucieszył się, zaproponował odszkodowanie. Zadzwoniłam po męża, choć dłonie mi tak drżały, że z trudem odblokowałam komórkę. Przyjechał i załatwił wszystko, a ja wróciłam do domu. Powoli, rozbitym autem, a sama – bardziej w jednym kawałku niż kilka chwil przed wypadkiem.
Czasem się rozpadam. Ze zmęczenia, stresu i czegoś jeszcze, co trudno nawet nazwać.
I nagle zdarza się takie coś jak ten wypadek, który wstrząsa wszystkim i to wszystko wraca na właściwe miejsca. Jak w tej dziecięcej zabawce temperówce, gdzie pod przeźroczystą kopułką były otworki i małe kuleczki. Tylko odpowiedni wstrząs umieszczał kulki na właściwych miejscach.
Wszystkie sensy się odnajdują, wiadomo już co, jak, po co, kiedy i dlaczego.
A najbardziej wiadomo, że nie jesteś sam z tym wszystkim, co nazywa się istnieniem.
Ludzie nazywają to przypadkiem, ja nazywam to inaczej:)
Rzadko kupujemy wędlinę w sklepie, ale w związku z faktem, że nasza, swojska się skończyła ( dla zainteresowanych animalsów – tak, ze świnki z uboju prawie rytualnego:), Miś kupił kawałek mielonki na kanapki.
A w kupczej mielonce, jak to w mielonce znaleźć można cuda:)
Zaaferowana Laurka przybiega z kanapką w jednej, a czymś tam – w drugiej rączce. Piąstkę rozluźnia, prezentuje tajemnicze, wyplute wcześniej coś i obwieszcza:
– W mielonce był taki mały kościotrupek.
Raczej kawałek kościotrupka sądząc po rozmiarze:)