pierwszy płomień

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Seledynowe ściany w łunie delikatnego światła są tylko
mgiełką zieleni. Jasny drewniany stół rodzinny. Zielona serweta obszyta koronką. W ramionach jedlinowego wianuszka mały żłóbek pełen siana. Na sianie
malutki gipsowy z obdrapanym noskiem. Nad nim czujnie pochylona Ona.

Pachnie
żywicą, skrzy się od łańcucha i kilku czerwonych bombek. Serce roztapia się jak
stearyna w pierwszym zapalonym dziś płomieniu. W głowie brzdękają nieśmiało pierwsze
nuty: „Ciiicha noc…”. Dusio biegnie do instrumentu i zaczyna grać.

Siedzimy wszyscy wokół. Tak dobrze. Laurka próbuje dosięgnąć
łyżeczką i strącić jedną błyszczącą bombkę. Aż drży z podniecenia, gdy pochyla
się nad wieńcem, popiskuje przewieszona na mojej ręce, pomrukuje: aaa-aaa na
widok leżącego maluszka. Tak, On śpi. Taki malutki jak ona.

Przyjdź.

Marana tha.

Czekamy, pochyleni nad Tobą.



ź jak…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Starsza siostra postanowiła nauczyć młodszą alfabetu. W tym
celu narysowała jej na dużej kartce literki , a obok każdej z nich rysunek. Na
przykład: A jak aparat, B jak bułka, C jak cukierek. I tak dotarły do literki Ź.

– Jak się nazywa synek lub córeczka konia? – pada pytanie
pani Alicji w ramach domowej edukacji siostry

– Żebraczek – bez zastanowienia Nusia:)

 

Tyle tylko, że „żebraczek” jest na Ż, a nie na Ź.

:):):)

początek i koniec

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

19 listopada Laurusia – wodzona na pokuszenie zabawką –
przemierzyła samodzielnie na własnych nóżkach cały dystans pomiędzy kanapą a
kufrem. Meble te zdobią skrajne krańce naszego dużego salonu, więc wyczyn nie
lada. Zachwytom i uściskom nie było końca. Oba aparaty poszły w ruch na funkcji
filmowanie. Taki moment trzeba uwiecznić.

Szeroko rozstawione nóżki w różowych buciko-skarpetkach, w
rączce biała szczotka do włosów, a na twarzyczce wyraz tryumfu.

I tak to się zaczęło.

Laurka od tego dnia przemierzyła już w chodzie dwunożnym
setki metrów, z przeszkodami i bez, z nagłymi zwrotami na pięcie ( czasem zbyt
nagłymi i zakończonymi pacnięciem na pupę), a nawet – na fali przygotowań do
Euro 2012 – z udanymi próbami podkopywania leżących na trasie przedmiotów:)

– Zobacz jaka ona jest wytrwała. – mówi mężulek, gdy malec
po raz kolejny zalicza upadek i bez nutki skargi podnosi się do góry i idzie
dalej.

Z każdym dniem coraz sprawniej, coraz szybciej, coraz
dłużej, dalej.

Tymczasem mój dziadek trafił do szpitala.

Te dni też były dla niego drogą.

Coraz wolniej, coraz słabiej, z wielkim trudem gasnącego
ciała przemierzał ostatnie metry swego życia.

Nie zdążyłam go odwiedzić.

Wczoraj umarł.

Ktoś schodzi ze sceny. Ktoś na nią wchodzi.

Nieporadność pierwszych i ostatnich kroków jest taka sama.

romantycznie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamo, Kacper Z. się dziś rozpłakał w zerówce – relacjonuje
Nusia.

– A dlaczego?

– Bo powiedział Mateuszowi, że się we mnie zakochał.

– Powiedział, a potem płakał?

– Tak. Bo Mateusz poszedł i powiedział to naszej pani.

– I co? Kacper się wstydził?

– Tak. I się rozpłakał.

 

Cierpienia młodego Wertera:)

 

– Mamo, mam pół gumy – chwali się Nusia po powrocie ze
szkoły.

– Ktoś ci dał?

– Tak. Kacper Z.

– Uuuuuu!!! – znaczące buczenie starszego rodzeństwa.

 

Epokę romantyzmu czas zacząć:)


znikanie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ten widok jest niesamowity, nieziemski. Patrzeć można i
patrzeć i napatrzeć się trudno.

Laura czyta książki.

NIE, nie czyta!

Ona je kontempluje.

Siedzi na środku pokoju, wokół porozkładała swoje kolorowe
książeczki, pootwierała je na oścież i chłonie ich magię. Czasem w zupełnej
ciszy, tylko szelest kartek znaczy ścieżki małego umysłu. Czasem wypowiada
sylaby: „ma- ta-ta-be- pa- ta” naśladując czytanie.

 

– Jest moim przeciwnikiem – komentuje taką scenkę Dusio.

– Nie przeciwnikiem. Jest twoim przeciwieństwem. – poprawia Rut.

 

Tak.

Bo Dusio jeszcze nie odkrył czaru, jaki niesie w sobie
książka. Może mężczyznom to trudniej przychodzi. To zakradanie się w świat
własnej wyobraźni. Oni są bardziej konstruktorami światów realnych, dotykalnych
rzeczywistości. W klockach lego Dusio nie ma sobie równych. Jego budowle i
maszynerie zapierają dech w piersiach, ale czarne runy liter wciąż nie układają
mu się w światy i przestrzenie. Podobnie Misiowi. Nie umie zamieszkać  słowach, przeczesywać palcami traw wyśnionych,
spoglądać w blask słońc ukrytych pomiędzy tekturowymi okładkami, kołysać się na
falach zdań opisujących ocean.

Jeszcze nie umie. Może kiedyś.

A Laurka roczna na całe minuty znika nam już w innym świecie.
I choć siedzi w naszym dużym pokoju, na beżowej wykładzinie, jest zupełnie
gdzieś indziej.

Ten widok jest nieziemski.

Człowiek jest nieziemski.

Znika.

Czasem za dotknięciem książki…

czasem wystarczy źdźbło trawy…

parytety

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

-Tato, porozmawiałeś z Dusiem na temat jego zachowania? –
Nusia jak duch zjawia się z pytankiem przed zapatrzonym w Wiadomości rodzicem.

– Na temat JAKIEGO zachowania? – nagabywany z trudnością
wraca do świata spraw domowych.

– Żeby przyjął mój samochodzik do klubu – nieco nielogicznie
wyjaśnia pociecha  z żałosną miną.

– Nic nie pamiętam – odpowiada tato, mocno już sfrustrowany
faktem, że tyle informacji dnia uciekło mu podczas tej krótkiej pogawędki.

– Obiecałeś – zaczyna roztrząsać sumienie żona – Dusio nie
chce przyjąć jej autka do klubu.

 

Ach, ta kobieca solidarność!!!

Rad-nierad więc podnosi się ojciec i idzie przeprowadzić z
synem męską rozmowę na temat równouprawnienia, parytetów i przyjmowania kobiet
do klubów dżentelmeńskich.

Rozmowa jest nader krótka i po męsku konkretna, bo w już
dwie minuty potem…

 

… żółty „resorak” Nusi, który sobie kilka dni temu kupiła za
własne pieniążki, stoi dumnie pomiędzy autkami brata w samochodowym klubie na
starym drewnianym kredensie. Błyszczy lakier, lśnią wzruszeniem reflektory, a
duma rozpiera nadwozie.

 

Pierwsze kobiece autko wstąpiło do partii Braci Samochodów:)

 

Tymczasem tatuś wraca na swą pozycję strategiczną przed
ekranem.

Tutaj też roi się od kobiet i ich ważnych spraw. Żoneczka bowiem pije
gorącą herbatkę, Ala przyozdabia elfa w koronkowy kołnierzyk ( o elfie później), a najmłodsza Laurcia, ubrana już w pidżamkę w motylki,robi
pierwsze wprawki ku „strojeniu się”. Znalazła skarpetki i rozsiadłszy się
wygodnie na podłodze, pociera nimi własne stópki.

„Chyba jakoś tak to rodzice robią” 🙂

W międzyczasie upojny sygnał muzyczny brzmiący między
kolejnymi newsami jako ten wiatr halny mocno porusza muzyczną wrażliwość malucha i jego pupcię:)

Spróbujcie założyć skarpetki jednocześnie tańcząc.

Ach, te kobiety!!! Wszędzie ich pełno.


start

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Miś trze jabłko na tarce.

Laurcia wstaje, podnosi rączki do góry w klasycznej pozie
baletowej, a jej bioderka zaczynają rytmicznie kołysać się na boki.

Wszystko jest muzyką dla jej uszu.

– Mamo, mamo, chodź szybko!!! – krzyczą dzieci ze swego
pokoju.

– Oj, za poźno!!! – jęczą z zawodu, gdy staję na progu –
Laurka przeszła pięć kroczków sama – donoszą usłużnie.

I tak już od kilku dni. Nasze najmłodsze maleństwo
zaaferowane zabawą z rodzeństwem drepce to tu, to tam, a przed rodzicami ukrywa
swój nowy talent.

Ale dziś udało nam się ujrzeć to nadprzyrodzone zjawisko.

Mały człowiek, pewnie już stojący na nogach, zaczyna powoli
przesuwać się do przodu.

Jeden kroczek, drugi – chybotliwy nieco, trzeci – drobniutki
jak mróweczka.

– Chodź, chodź, zobacz misio – zachęca tatuś.

Rączka wyyyciąga się do misia Gorączki ( ukochanego misia
Dusia, wygniecionego, płaskiego od spania na nim).

– Idź, idź – motywuje mama.

Czwarty kroczek i łaps!!! misia za łapkę.

– Moje kochanie – biorę Laurcię i ściskam z radości.

Ciemne oczka śmieją się, buzia rozaniela w blaskach sukcesu.

 

Pierwsze kroki na Twojej drodze córeczko.

Czymże są pierwsze kroki Gagarina na Księżycu wobec twoich
małych stópek drepczących po beżowej wykładzinie naszego pokoju?

Dla nas Gagarin mógłby nigdy nie istnieć, podboje kosmosu
nieważne i Księżyca mogłoby nie być, bylebyś Ty była.


11.11.

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Co robi kapitan Wrona? – pyta jakiś redaktor grupkę dzieci,
licząc zapewne na odpowiedzi ściśle związane z lotnictwem cywilnym.

– Klei kotyliony!!! – wyrywa się przed szereg jakiś maluch:)

 

🙂 🙂 🙂

 

Niesamowite ciepłe uczucie zrodziło się wczoraj w moim
sercu, gdy zobaczyłam prezydenta i jego małżonkę otoczonych stadkiem dzieci,
jakichś dziennikarzy, kilku znanych ludzi, a wszyscy zaaferowani, pochyleni nad
stolikami, kolorowymi tasiemkami, stertami kolorowego papieru, z klejem i
nożyczkami w dłoniach produkowali biało-czerwone kotyliony na dzisiejsze
święto.

Szloch jak sztorm zerwał się w sercu.

Po raz pierwszy chyba w życiu dotarło do mnie, że Dzień
Niepodległości jest radosny.

Mimo wielu ofiar, mimo dziesiątek lat męczeństwa narodu,
mimo wielu kropli krwi, które wsiąkły w tę ziemię, mimo tysięcy polskich
grobowców rozsianych po całym świecie…

Mimo?

A może raczej: dzięki.

Dzięki temu nasze "dziś" jest świętem, gdy możemy się radować
z wolności i powiedzieć naszym dzieciom: „Cieszcie się, bo jesteśmy wolni”.

Dlatego robimy kotyliony i po obiedzie wybieramy się na
cmentarz położyć je obok zniczy palących się na grobach żołnierzy, powstańców i
więźniów obozów koncentracyjnych.

Cieszcie się i radujcie – powiemy – bo wasza ofiara nie
poszła na marne.

Słońce świeci, łopocą na domach biało-czerwone, cały naród
wrze za orzełkiem na piłkarskich koszulkach, a kapitan Wrona z prezydentem
kleją kotyliony:)


smak

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Kiedy się już wszyscy podnieśli z łoża boleści, zachorowałam
ja. Okropny katar, bolące gardło,  duszący
kaszel, osłabienie. Wszystkie te składniki połączone w jedną miksturę uczyniły
życie i tak dość nieznośnym, a tu jeszcze pewnego wieczorka …

Chcieliśmy akurat uczcić fakt powrotu prawie ozdrowiałego
mężulka na własną pryczę i to uczcić nie byle czym, bo menu godnym smakosza:
marcepanem, chipsami i pepsi.

Pepsi odpadło na pierwszy rzut oka – gazowane byłoby
ostatnim gwoździem do trumny Rut.

Mężulek poszedł zaparzyć herbatkę.

– Dobra? – pyta z niecierpliwą nadzieją na słowa uznania.

– Dobra. Chyba słodka. – domyśla się nieśmiało żona.

– Ale jaki smak zgadnij?

Rut bierze łyczek i zastanawia się dłuższą chwilę. Chwila
mija, mija, mija, a Rut nie wie, nie wie, domyśla się. Tak, wszystko jasne. Już
wie.

– Straciłam smak. – mówi do mężulka czekającego na peany nt
jego kulinarnego geniuszu i kunsztu w zaparzaniu herbaty.

 

Chipsy? No cóż – nic nadzwyczajnego. Coś wyraźnie tłustego i
lekko słonego.

Marcepan? Przereklamowany produkt. Delikatnie słodkawa masa.

Nic więcej. Żadnych niuansów, smakowych nut, rozkoszy podniebienia.

 Skala doznań zawężona
do minimum: trochę słonego, odrobinę słodkiego.

 

Następnego dnia wcale nie było lepiej.

 Na śniadanie chleb o
smaku styropianu, na obiad coś grudkowate i lekko słone, czyli: gołąbki,
szarlotka bez śladu jabłek, słodkawy ciepły płyn zwany herbatą.

– Kiedy nie czujesz smaku, jedzenie jest bez sensu. – żali
się Rut.

 

 

Oczywiście przesadza jak to mają w zwyczaju ogrodnicy:), a
jednak…

 

Kiedy nie czujesz smaku, kiedy nie czujesz pasji wszystko
wydaje się być bez sensu.

Bo czy chodzi tylko o to, by napełnić żołądek, by nie umrzeć
z głodu?

 Gdyby chodziło tylko
o to, nie dostalibyśmy kubków smakowych i jedzenie nie obfitowałoby w taką
feerię smaków.

Więc nie chodzi tylko o to, by przeżyć.

 

Chodzi o to, by żyć całą pełnią, by czerpać pełną garścią.

I – wbrew pozorom – nie chodzi o jakieś nadzwyczajne
wyczyny, o skoki na linie z mostu, samotny rejs dokoła świata…

 

Chodzi o zwyczajną czujność serca:

 by nie tylko patrzeć,
ale widzieć. Dłoń liścia czerwona poprzecinana arteriami jaśniejszych żył.

 by nie tylko słuchać,
ale słyszeć. Łopot skrzydeł dzikich gołębi, ich zgaszone, intymne rozmowy wśród
gałęzi świerku.

  by nie tylko dotykać, ale czuć. Ciepły aksamit
policzka uśpionego dziecka.

by nie tylko jeść i pić, ale smakować. Magiczny, ciemny smak
kawy pitej o brzasku poranka.

 

Nic nadzwyczajnego, a jednak…

 

                                 to właśnie jest pasja życia.

 

Tyle o niej ostatnio rozmyślam. Chwilowa utrata smaku
powiodła mnie ścieżką daleko w głąb.

Bez smaku i pasji można przeżyć, ale czy można bez nich żyć
naprawdę?

 

między młotem a kowadłem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamo, przyjdziesz dziś do mnie? – zadaje sakramentalne
pytanie synek wzuty już w pidżamkę.

Sakramentalne pytanie ma wzmocnioną siłę
rażenia, bo występuje w pakiecie z:

a) błagalnym spojrzeniem czarnych ocząt

b) prosiebnie przeciągniętą głoską „eeee” na końcu zdania.

 

Czy można się oprzeć takiemu pytaniu?

 

 Ależ można .

 

Odpowiedź nadbiega szybciej niż chyży zając.

 

– Nie. Dziś nie przyjdzie. – kategorycznie odpowiada tatuś,
który nie dość, że chory, to jeszcze przepędzony ze spaniem do odległego
pokoju, czuje się strasznie zaniedbywany.

Synek porażony odpowiedzią robi minę nieszczęsną, na co
matczyne serce truchleje, a jej usta zaczynają prząść mowę obrończą:

– Dlaczego? Ty, jak byłeś mały, nie przytulałeś się
wieczorem do mamy? – pytam.

– Nie. – pada krótkie i węzłowate.

– To dlatego, że masz zimne serce!!! – godzi synek ojca w samo
( zimne) serce.

 

Konflikt wciąż żywy od czasów Edypa:)