talenty

 

 

 

Szykujemy się na promocję tomiku wierszy. Na imprezę jesteśmy zaproszeni jako rodzina sławnej poetki i prozaiczki Alicji – jednej z autorek dzieła.

Dusio raczej się nie wybiera. Nie te klimaty. Może, gdyby pomiędzy wierszami były pokazy jakichś maszyn, narzędzi czy motorów:)

– Andersen. – śmieje się, patrząc na siostrę.

Nagle błysk geniuszu prześlizguje mu się przez lśniące źrenice.

– Under sen – powtarza – POD SNEM. – tłumaczy z melancholią.

 

A jednak!!! Ziarno poezji w każdym drzemie.

 

 

Promocja jest kunsztowna i oprawna jak wielki brylant w osobistości znane i jeszcze bardziej znane. Przemawiają mówcy i ich przedmówcy, rodzeni i przyszywani „ojcowie sukcesu” literackiego. Po kolejnej finezyjnej przemowie Laucia nie wytrzymuje. Zeskakuje z bordo fotela sali kinowej i oświadcza bez cienia kompleksów:

– A telaś ja ide.

 

Ledwom ją powstrzymała.

Choć może niepotrzebnie. Jej przemowa z pewnością byłaby gwoździem programu:)

 


 

Ps.

–  Napisałem dziś na lekcji wiersz o rodzicach. Nawet mi się udał. – z udawaną rezerwą opowiada Dusio po powrocie ze szkoły.

 

A jednak!!!

Ziarno poezji w każdym drzemie. Trzeba je tylko obudzić.

Wiosna jest dobra na budzenie ziaren.

 

 

 

 

 

przed żywiołem

 

 

 

Cała zgraja tuż przed porannym odlotem. Przedpokój pęka w szwach. Tylko Ala wciąż na górze. Maruder etatowy.

– Ala jak zwykle na szarym końcu. – komentuję wdziewając juz kożuszek.

Obok Nusia zapina kozaczki, a Dusio zasuwa kurtkę.

Zasuwa i uśmiecha się pod nosem.

 

– A ty niby mamo zawsze na kolorowym początku? – rzuca retorycznie w geście solidarności z siostrą:)

Zaczynam się śmiać pobita własną bronią.

– Ach, ty mój synu.

 

To tylko zefirek. Czasem zrywają się wielkie huragany.

 

Powoli uczę się bycia rodzicem dzieci nastoletnich. Różnie mi to wychodzi, bo to jak atak na ośmiotysięcznik K2 po wspinaczkach na Nosal:)

 

Wciąż pamiętam jak sama byłam nastolatką. To w sumie było tak niedawno:) Myśl, że nie ma takiego sztormu, który nie ma końca, mnie uspokaja. W panice, na pokładzie popełniamy wiele błędów, ale wszystko wliczone jest w cenę.

Stoję na pokładzie, patrzę na nadchodzący żywioł, ciemniejące niebo nad horyzontem. Nagłe przechyły czasem zwalają mnie z nóg, wycie wiatru w wantach przyprawia o ciarki na plecach. Nadchodzi. Czas dojrzewania moich dzieci.

 

 

 

 Wszystko wliczone jest w cenę:)

 

 

 


piąte krzesło u stołu

 

 

 

Stół dla tak licznej rodziny musi być wyposażony w wiele miejsc postojowych.

Niestety, gdyśmy go kupowali kilka lat temu, w komplecie znajdowały się tylko 4 krzesła. Przez jakiś czas to wystarczyło. Potem obywaliśmy się przy pomocy taborecików dostawianych, gdy rodzina – zwykle raz w tygodniu, w niedzielę – w pełnym składzie zasiadała do obiadu. Stół wyjeżdża wtedy na środek, a taborety ustawiane są przy jego krańcach.

Ciągle jednak śniło mi się po nocach krzesło a’la fotel tatusia Muminka ( takie z bocznymi poręczami), które stałoby na stałe z czoła stołu i zachęcało do liczniejszego i dłuższego biesiadowania. I oto – zupełnie niespodziewanie – nadarzyła się okazja . Znalazłam krzesło, podobne do tego ze snów, w sklepie z holenderskimi meblami. Śliczne, w jasnym drewnie, tapicerowane i dostojne niemal jak tron królewski.  Krzesło trafiło do naszej zielonej kuchni. Od razu oczywiście wszyscy członkowie rodziny orzekli zgodnie i chórem:

To dla mnie.

I byłby to pewnie pierwszy raz, kiedy wszyscy byli zgodni co do jednego, gdyby jednocześnie nie było to sześć wzajemnie wykluczających się praw własności.

I tak powstał mały problem, chwilami urastający do rangi wojen domowych podjazdowych:)

A może – podsiadanych:)

Zaraz też pojawił się problem drugi.

Mężulek po bliższych oględzinach uznał, że krzesło nazbyt góruje nad pozostałymi.

– Utnę mu nogi i będzie niższe. – zaoferował ku zgorszeniu reszty familii.

Najbardziej jednak wzburzona była córka najmłodsza, czemu dała wyraz w tych słowach:

–  Nie dośtanie wtedy do podłogi!!!

 

Co racja, to racja.

Arystokracie nie ucina się nóg:)

 


plik z pastą truskawkową

 

 

Jako łup wojenny z podróży do dziadków przywieźliśmy różową pastę do zębów. Pasta jest wyjątkowo smaczna, bo truskawkowa i wystarczyło jedno słodkie pytanie Laurkowe, by stała się jej wyłączną własnością.

W związku z tym, że po pierwsze primo – jest różowa, po drugie primo – truskawkowa, a po trzecie primo – od dziadka, stanowi rzecz drogocenną, a informacja gdzie akurat się znajduje, jest z rodzaju tych danych, które mogą uratować życie i zdrowie reszty rodziny. A znajdować może się dosłownie wszędzie, bo też wszędzie jest przez trzylatkę targana, wciskana, przechowywana i zapominana.

Toteż, gdy kątem oka zauważam różową tubkę z krokodylem, natychmiast i bez udziału woli włącza się tryb skanowania i zapisywania informacji na dysku.

Pasta różowa – w kącie za kanapą – różowe pudełko z pamiątkami”.

Zapisz.

Plik zapisany pomyślnie.

W razie palącej potrzeby, natychmiast włącza się tryb odszukiwania pliku z danymi. Szuuuuu….- szeleszczą synapsy na złączach.

Jest. Znalezione.

 

Takie operacje w mózgu rodzica zachodzą automatycznie.

 

Kiedy to sobie uświadamiam, zaczynam się śmiać, bo to prawie jak obłęd:)

– Ty też tak masz? – pytam mężulka leżącego obok na kanapie. Pytam z nadzieją, bo nic tak nie uspokaja jak świadomość, że obłęd jest zbiorowy, a więc staje się normą:)

– Pewnie. – potwierdza skwapliwie wspólnik mego szaleństwa. – Pamiętam też gdzie jest jej szczoteczka, fioletowa torebka, kolorowanka z rodziną…

 

Tymczasem jednak w trakcie naszej krótkiej pogawędki zachodzą istotne zmiany.

– Oooo, jeśt moja paśta!!! – wykrzykuje maluszek znad różowego pudełka i wynosi pastę w siną dal.

Szuuuu… – ożywiają się synapsy.

 

Plik kasuj. Pasta różowa nie jest w kącie na różowym pudełku. Lokalizacja nieznana.

 

Póki co:)

 

 

Też tak macie?

 

…bo nic tak nie krzepi jak świadomość, że obłęd jest zbiorowy:)

 

 

pokój z południowym oknem

 

 

 

Pokój Ali jest takim miłym, jasnym pomieszczeniem z dużym południowym oknem, widokiem na łąkę i rzekę w dali, z białą ścianą w duże kwiaty o fantastycznych kształtach.

Ale najlepsze w pokoju Ali jest to, że jest nieco na uboczu. Z daleka od salonu, w którym zawsze panuje zbiorowe szaleństwo, gra muzyka, ktoś ogląda bajki w TV, a podłoga zasłana jest wszystkim, co udało się na nią znieść w trakcie jednej doby.

 

Pokój Ali to taki azyl.

Czasem się w nim chowam. Cichutko zamykając drzwi, tak, by szczęk klamki mnie nie zdradził.

– Mamo, mamo!!! – wybuchają niemal natychmiast odgłosy paniki trzylatka.

– Mama jest w pokoju Ali – instruuje usłużny tata.

Chrup. Szczęka naciskana klamka.

– Mamo, tu jeśteś!!!! – chyba nawet Pan Kolumb nie umiał zakrzyknąć tak radośnie i odkrywczo na widok domniemanych Indii, które potem okazały się Ameryką:)

– Tak, schowałam się tu przed tobą. – wyznaję bezwstydnie.

– Dlaciego śchowałaś się od mnie???! – z wyrzutem w głosie szczebiocze Laurka – Psiecieś jeśtem FAJNA:)

 

Scenka druga. To samo miejsce akcji. Jasny pokój z południowym oknem.

 

– Lala będzie tu słuchać piosenek na laptopie. – komunikuję Ali pogrążonej bez reszty w lekturze „Emilki ze Srebrnego Nowiu” – Nie będzie ci przeszkadzać. – dodaję, bo jako doświadczona matka mola książkowego wiem, że nawet wybuch granatu w pobliżu nie byłby sygnałem do natychmiastowego wynurzenia się ze świata fantazji.

Lecz jakże się mylę!!!

– Będzie. – budzi się z letargu starsza siostra.

– „Pieski małe dwa” będą ci przeszkadzać? – nie dowierzam.

– Tak, będą.

– Ale jesteś… – zaczynam, lecz ktoś inny, z wysokości mego prawego biodra kończy zdanie.

– ALE JEŚTEŚ OKLUTNA.

 

Lala. Ofiara, której nie udzielono azylu:)

 


funkcja czujności

 

 

 

Przy kuchennym stole.

 

– Masz słodkie oczka. – komplementuje Nusia zaglądając pod świetlistą grzywkę Lali.

– A jak otwoziłam dzisiaj oćka, to mamy i taty nie było na poduśkach, bo pośli do kuchni. – wspomnieniowo , ale „w temacie” dodaje słodkooka.

 

Bo najważniejsza cechą oczek jest nie ich słodkość, a zdolność zauważania tak istotnych szczegółów jak ten, że rodzice zbiegli z łóżka:)

 

 

 

a oto portret bohaterki opowiadania:)

 

rys. Ala.

 


ciasto na polance

 

 

 

Kilka dni feryjnych u dziadków na wsi.

Jest też Ella, ciocia słynąca z wypieków, wśród których najbardziej pożądanym przez dziatwę jest napoleonka.

Ciocia długo prosić się nie daje i wkrótce aromat świeżego ciasta wpełza po schodach na pięterko domu.

 

– Chodźcie na napoleonkę!!!!!!! – krzyczy Ella kusząco.

Zrywa się tętent niczym całego szwadronu wojska napoleońskiego. Dźwięczy uprząż, lśnią szable, wiatr podrywa końskie grzywy.

 Dzieci pobiegły na dół.

Został najmłodszy maruder, który nieco obawia się dziadkowych stromych schodów.

– Mamooo – jęczy – ja teś CHCIE NA POLANKĘ.

 

Na polankę:)

 

– I tak już zostanie. – mówi Ella zapoznana z faktem.

Wszyscy się śmiejemy.

 

Zostanie.

 

Zostanie wpisane w rodzinne archiwa, w pamięć potomnych, przenoszone będzie łódeczkami słów przez lata, ozdabiane wywijaskami szczegółów i komentarzy, szlifowane aż do połysku jak rodowe srebra.

 

Aż powstanie legenda. Bo legendy rodzą się czasem z ziarnka maku i jednego słowa, z jednego spojrzenia i gestu przelotnego.

 

Nie trzeba podbijać pół świata jak Napoleon, by przetrwać w opowieściach.

 

Dlatego piszę:)

 


bardzo dojrzała decyzja

 

 

 

– Więc jest pani zdecydowana zrobić to dzisiaj? – słodko pyta stojąca przede mną kobieta.

– Decyduję się od trzech lat. – odpowiadam z uśmiechem świadoma każdego z tych pięciu słów.

– Aaaa, rozumiem. To zapraszam.

 

*                   *                   *

 

Gdy się dobrnęło do statystycznej połowy życia, nadchodzi czas, by się pożegnać z pewnymi rzeczami.

I bynajmniej nie mówię tu o marzeniach. Bez marzeń jesteśmy martwi za życia. Trzeba je zachować na zawsze, ptaki nie pozbywają się skrzydeł. Choć – co zauważyłam – i marzenia z czasem dojrzewają i się zmieniają. Panta rei.

 

Tym, z czym ja postanowiłam się pożegnać to jedna z moich „ósemek”.

Decyzja nie była z kategorii pochopnych i  dojrzewała we mnie od w/w trzech lat, bo wiadomo… ząb stracony w tym wieku już nie odrośnie, a i Zębowa Wróżka nie daje żadnej rekompensaty z tego tytułu:)

 

Wyjeżdżamy więc do  stomatologa – chirurga ( sama nazwa aż zgrzyta w zębach; tych, które mi pozostały:)

– O której będą ci mamo wyrywać? – dopytują starszaki.

– O drugiej. – odpowiadam – A wy tu klękajcie na kolanka i pomódlcie się żeby mamusię nie bolało. – dodaję zapotrzebowanie na duchowe wsparcie.

Starszaki prychają śmiechem, a Lala, poczuwszy się jako vox populi, zupełnie poważnie wygłasza oświadczenie:

 

Jak umalnieś, będom sie zia ciebie klękać. Ja teś będę sie zia ciebie klękać jak umalnieś.

 

Jak umarnę:)

 

 

W sumie śmierć i rwanie ósemek leżą gdzieś blisko siebie na skali doznań.

 

 

Ale nie umarłam i jem lody czekoladowe. Ponoć dobre na gojenie dziąseł i opuchliznę.

 

 

 

 


stawić czoło burzy

 

 

 

Kuchnia.

Jemy śniadanko z Misiem. Zza drzwi pokoju słychać odgłosy wrzawy. Maluszki, czyli Nusia i Lala bawią się od samego rana.

Nagle drzwi otwierają się z hukiem jak nie przymierzywszy w jakimś kowbojskim saloonie i wyparowuje z nich wzburzona Lala. Na progu jeszcze odwraca się i dobitnie, przy pomocy języka i prychnięcia, eksponuje co myśli o zabawie z siostrą. ( jeśli ktoś ciekaw jak ten grymas należy wykonywać polecam mój ukochany filmik z dzieciństwa pt: „La linea”, praktycznie w każdym odcinku tej bajeczki stwór, którego ja i Amelia zwałyśmy Barbapapą prycha w ten sugestywny sposób:)

– Nusia jeśt gupia – dodaje Lala żeby nie pozostawić wątpliwości i wzmocnić siłę wyrazu swego prychnięcia.

W tam stanie ducha, z lalką dzidziusiem pod pachą, wchodzi do naszego spokojnego azylu ludzi stonowanych, 40-letnich.

Ludzie stonowani żadną reakcją nie zdradzają co myślą. Wiedzą już, że często najlepszą metodą jest przeczekać burzę:)

I mają rację.

Burza wygrzmiała się, błysnęła dwoma piorunami i… w ciągu dwóch sekund wyszło słoneczko.

– Mam świetny pomyśł!!! – wykrzykuje Lala unosząc paluszek do góry i zawieszając głos tak, by atmosfera zgęstniała od oczekiwania jak śmietana kremówka w trakcie ubijania.

– Poganiamy się z dzidziusiem!!!

 

Pobiegła. Drzwi trzasnęły wesoło, a ludzie stonowani wrócili do przerwanej pogawędki przy kawie.

 

Kiedy miałam lat naście lubiłam otwierać na oścież okno mego pokoju i oglądać w całej okazałości spektakl rozgrywający się na niebie podczas burzy. Uczyłam się ze stoickim spokojem liczyć grzmoty i zachwycałam się warkoczami błyskawic przecinających przestrzeń nad sadem.

Nawet nie sądziłam, że kiedyś te zdolności przydadzą mi się jako rodzicowi:)

 


 


wróble i włosy

 

 

Puchowa, gruba pierzyna otuliła miękko krajobrazy, dachy, drzewa. Opatuliła nasz balkon i budkę z wsypaną doń kaszą. Opatuliła słoninkę wiszącą na balustradzie. Przy karmniku na śniegu odbite małe nóżki. Nieśmiałe wróbelki, dotąd nie zainteresowane naszą stołówką, zaglądają na balkon. Widzimy je przez przeszklone drzwi balkonu jak śmiesznie kicając zbliżają się do jedzenia.

– Chodź , zobacz. – mówimy do Laurki – Tylko się nie ruszaj, bo się przestraszą.

Chwilę stoi, lecz nim ptaszek jadła skosztował, machnęła rączką i ….

Frrrrr!!!! – odleciał.

Zbliża się drugi.

Niunia tupnęła nóżką raz i drugi. Ptaszek smyrg!!! – uciekł na pobliską śliwę.

– Przestraszyłaś je – mówię – Tak nie wolno, bo będą ich bolały brzuszki z głodu i będą płakały.

Stoimy jeszcze chwilę, ale całe stadko nagle poderwało się z drzewa i zniknęło w białej otchłani nieba. Odchodzimy. Może wrócą. Może gdzieś indziej mają stołówkę i mniej niesfornego trzylatka, który nóżką nie tupie.

Po śniadaniu otwieram moje małe Pismo święte. Przebiegam wzrokiem czarne strużki tekstu i się uśmiecham.

 

„ Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.”

 

Uśmiecham się do Ciebie. Ty zawsze wiesz, co powiedzieć i kiedy.

Wszystko się zgadza. I wróble i włosy, które sobie ostatnio osmaliłam podkładając do pieca:)

 

 

Oby zaufanie zawsze opatulało moje serce, nawet w największe mrozy.