pa pa pa…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Rut prasuje sterty T-shirtów przeznaczone na wakacyjny
wyjazd. Wbrew wydarzeniom ostatnich tygodni jest optymistką i przewiduje piękną
słoneczną pogodę w rejonie południowych rubieży kraju:)

Wtem w progu pojawia się Nusia. Obciąga swoją bluzeczkę od
pidżamy, poszarpuje ją po bokach.

– Coś chyba w nocy utyłam w talii – obwieszcza mamie.

Jakby ktokolwiek z krwi i kości Rut mógł utyć:) Słoń by się uśmiał.

– Chyba nie – odpowiada mama po szybkim rzucie okiem na
zaistniałą sytuację – Założyłaś pidżamkę tył na przód.

– Aaaa.

 

Maluch leży w łóżeczku i przed snem bawi się swoją nową
ulubioną zabawką. Różdżką z podświetlanym, migającym motylkiem na końcu. Dzięki
tej różdżce, podarowanej z okazji urodzin, Nusia przemieniła się ze zwykłej
Jasminy w królewnę – wróżkę. Teraz miga sobie motylkiem i obserwuje taniec
świateł na ścianie.

– Mamo – skarży się współlokatorka Ala – Ona tak robi co
wieczór. Ja już nie mogę!!!

– Takie mam dziecięce zwyczaje. – odpowiada na zarzut
wróżko-księżniczka zanim jeszcze mama usta otworzyła.

No właśnie:)

Zresztą, współlokatorka sama zwykła czytać przy zapalonej
lampce do późna w nocy, więc skarżyć się nie powinna.

 

I to by było na tyle. Na razie.

Na nas czeka dłuuuga droga.

Życzcie nam dobrych wiatrów i Aniołów Stróżów z refleksem:)


Do poczytania.

najkrótsza litania

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Rok temu, w trakcie zmiany części dachu znaleźliśmy na
strychu wiele skarbów. Jakieś stare ruble zawinięte w szmatkę, kilka naboi z
czasów wojny, jakieś papiery, dokumenty, starą skrzynię i… dwie figury o
profilach zatartych przez czas i deszcze, o strojach wypłowiałych od słońca.

Święty Franciszek i Najświętsza Maryja.

 

Franciszek jak przystało na fascynata przyrody miał przy
nodze prócz czaszki utkaną przez Brata Pająka koronkę.

Maryja wodziła wyblakłym spojrzeniem za soczystymi kolorami świata spoza strychu.


– A tak – powiedziała Babcia Niebieska, gdy zdaliśmy jej
relację z wykopalisk – Te figury były w kapliczce, ale nieosłonięte zniszczyły
się na mrozie, wietrze i słońcu. Kupiłam nowe, a te zabrałam i postawiłam na
strychu.

Wtedy zrodził się pomysł.

Ala i mama Rut odmalowały Maryję jak umiały najpiękniej i
urządziły jej tymczasowe lokum w domu.

Czekała Madonna i czekała. Całą zimę i wiosnę.

– Już zrobiłem – obwieścił pewnego dnia mężulek po powrocie
z działki – Możemy ją zawieźć.

No i zawieźliśmy.


Siermiężna wiejska kapliczka. Prosta i urocza jak jej gospodyni.

Jeszcze tylko Brat Franciszek czeka na nowy dom wśród Braci
Kwiatów, Sióstr Traw, pod baldachimem ze śpiewu ptactwa.

Maryjo, Służebnico prostoty i pokory

Franciszku, najmniejszy spośród Braci

Módlcie się za nami.

 

grudka złota

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}




Dzisiaj do garnca wrzucam jedną grudkę złota – wiersz od Alwa.


 czasem jeszcze…

 

czasem jeszcze sen złoty,
w iskrach śniegu cały,
i w uśmiechów girlandach
zawieszony bliskich,
 słodki  mit koralowy
 przed różowym świtem,
 olśniony słońcem niskim
 o poranku wyśnię.

 z rzadka już diamentowe,
 nadzieją promienne
 myśli sączą w me serce
 energię radosną
 spełnień,  tak dotykalnych
 jak żurawie wiosną.

         Nieczęsto już schronienia
szukam
         w cieniu brzóz dalekich
         i nie sięgam po garniec
          pełen monet  złotych,

         sam kaleki,

          podobnych sobie
          też kalekich

  nawiedzał będę pewnie
  aż po życia kraniec.

 

Wiem jednak, że cichutko
od czasu do czasu
 zakradnę się,
gdzie brzoza miłości listowiem
chroni przed chłodem świata
ciepły szczebiot ptasi,
i cień wielki radości
rozlewa skromniutko
i smutek w sercach wielu
choć na chwilę gasi. 

 

Kiedy czytam te słowa wzruszam się, bo nie sądziłam, że tamto miejsce pod
brzozami i mój garniec może być czymś takim dla kogokolwiek.

I jednocześnie
jakiś wstyd czuję, bo to przecież Alw najzwyczajniejsza ja, najzwyczajniejsze
brzozy, najzwyczajniejszy garnek. Wszyscy jakoś jesteśmy kalecy, przerdzewiali, wpleceni w szarość i… tacy cenni i piękni jednocześnie.

wszyscy jesteśmy Alw mali i wielcy

może przez to więksi, gdy uznamy małość

walczymy z aniołem

choć nie przeciw niemu

by odejść jak Jakub –

pokonani zwycięzcy:

 

z wywichniętym biodrem

z podniesionym czołem

 

wszyscy jesteśmy garniec z ziemi dobyty

– przerdzewiały lecz cenny

pusty ale pełen

dobra które stać się może

i się stanie

 

wszyscy jesteśmy jak drachma zagubiona

smutna smutkiem szczeliny, w której przeleżała

lecz radość budząca temu, kto ją znalazł

 

wszyscy jesteśmy cieniem brzozy przedziwnym

który szarość z blaskiem

splata

w jeden warkocz

 

wszyscy jesteśmy anioły gipsowe

co im czas obtłukuje przyszarzałe skrzydła

a one samym tylko błękitnym spojrzeniem

podtrzymują spojenia kapliczkowych stropów

 

wszyscy jesteśmy Alw mali i wielcy

i o tyle wielcy, gdy uznamy małość

sto lat:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

W lodówce chłodzi się torcik z napisem „Sto lat Nusiu!!!”,
księżniczkowe zaproszenia, nad którymi Ala pracowała dwa tygodnie powalają
urokiem, goście powiadomieni, na lodówce wypiętrzyły się góry chipsowe, a obok
mikrofalówki przyczaiły się napoje gazowane.

A tu wchodzi ktoś na oko metr dwadzieścia, okutany z głową w
koc, buczy coś pod nosem i ładuje się z trudem do szczebelkowego łóżeczka
Laurki.

Mama i Ala zamierają nad kolacją.

Okutane coś tymczasem wierci się i owija kocem jeszcze
szczelniej, a buczenie przechodzi w wyraźniejsze nieco mamrotanie. Uważne ucho
może nawet wyodrębnić mantrowany tekst:

„Nie lubię nikogo. Nawet niuni nie lubię. Taty nie lubię.
Mamy nie lubię. I Duśka i Ali. Nawet niuni nie lubię.”

Mama i Ala uśmiechają się porozumiewawczo nad kolacją.

– Mamo – pyta Ala – jest coś takiego jak bunt 5-latka?

– Jeeest. – nie pozostawia wątpliwości mama.

– Acha. – kwituje Ala z uśmiechem i powraca spokojnie do
konsumpcji.

Tymczasem stwór mantruje dalej:

„ Mamy nie lubię i taty nie lubię. Nawet niuni nie lubię…”

– Jest też coś takiego jak bunt nastolatka – wraca do tematu
mama patrząc na swą dorastającą córkę.

– I co się wtedy dzieje? – interesuje się Ala.

– Jak każę ci posprzątać w pokoju, to będziesz myślała, że
cię nie kocham. Jak każę ci jeść, to pomyślisz, że nikomu nie jesteś potrzebna.
A jak każę ci odrobić lekcje , będziesz się zastanawiała po co właściwie
żyjesz.

– Acha – śmieje się Ala z absurdów filozofii dorastania – I co
wtedy zrobisz?

– Kupię pewnie sobie jakiś syrop uspokajający.

Stwór jakby podduszony nieco kocykiem przycicha w łóżeczku. Nie
na długo jednak, bo godzinę później wybucha awantura zakrapiana łzami, bo stwór
nie chce myć zębów, a potem nie chce położyć się do łóżka.

 

Albo nie! Mam lepszy pomysł! Zamiast pić Melisal, zagrzebię się w mule i przeczekam:)

„nigdy nie ustaje…”

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Spotkaliśmy ich w parku dawno, dawno temu.

Szli wolniutko, z rozmysłem stawiając każdy krok. Trzymali
się za dłonie. On osłaniał ją czarnym parasolem, bo akurat siąpiło. Ona, gdy
spoglądała na niego, miała w oczach morze czułości. Rozmawiali, śmiali się cichutko.
Świata nie widzieli poza sobą.

– Patrz – powiedział mój narzeczony.

– Kiedyś będziemy tacy sami. – wymówiłam zaklęcie.

Obejrzeliśmy się jeszcze raz i drugi aż zniknęły nam z oczu
za ścianą zieleni ich posiwiałe włosy, umilkły śmiechy.

Gdybyście wiedzieli jakimi jesteście świadkami wszyscy
szaleńczo kochający póki was śmierć nie rozłączy.

Gdybyście wiedzieli ile otuchy wlewacie w przelęknione młode
serca.

Gdybyście wiedzieli jak długo nosimy was uwiecznionych na
kliszy pamięci.

Miłość dodaje skrzydeł wszystkim, którzy jej dotkną.

 

Kiedyś będziemy tacy sami.

Kiedyś będziemy tacy sami.

 Jednym gestem wzajemnej
czułości dodamy odwagi naszym dzieciom, zaświadczymy,  że Ona "nigdy nie ustaje".


                                                                                             fot. A. Witorska


wspomnienie końca świata

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Gdy Rut studiowała, jej życie tykało jak wahadło zegara w tę
i z powrotem głównej arterii miasta. W tę i 
z powrotem , z powrotem i w tę kursowała trajtkami pomiędzy uczelnią a
akademikiem .

Wiosna, lato, jesień, zima.

Stojąc, wisząc, siedząc, gawędząc,
milcząc, myśląc, patrząc.

Gdzieś tak w połowie trasy, obok szumiącej ulicy stała
samotna szara kamienica. Nad nią pochylone ostatnie drzewo. Kamienica patrzyła
przyszarzałymi oknami, a na jej balkonie siedział staruszek. Od świtu do
zmierzchu, zawsze gdy tamtędy przejeżdżała Rut. A może w ogóle zawsze. Siedział
tak na drewnianym krześle i patrzył wszystkowidzącym wzrokiem z wysokości
swojego balkonu na szaleństwo toczącego się pod nim życia. Spokojny, cichy,
nieruchomy, jakby w posąg zaklęty.

Nieustannie będący, czuwający nad światem.

Zupełnie jak Opatrzność.

Gdy Rut spoglądała na balkon i na staruszka, uspokajała się
każda burza w sercu.

 Był jak niezmienny
punkt w przestrzeni, powtarzający się kadr filmu, milczenie nad wielkim
hałasem, bezruch nad wielką gonitwą, oko cyklonu.

„Widzę go co dzień – pisała Rut w swoim zeszycie – i wiem, że
gdy kiedyś zniknie, to będzie koniec jakiegoś świata”.

 

 Rut skończyła studia.
Staruszek trwał nieustannie. A potem wyjechała.

Po wielu, wielu latach wróciła w to miejsce.

Ulica szumiała jak niegdyś, kolorowy wąż aut sunął z piskiem
i zgrzytem pomiędzy domami. Tylko drzewa już nie było.

I po kamienicy ślad nie pozostał.

Balkon zniknął a wraz z nim nieustannie obecny staruszek.

Świat rzeczywiście się skończył.

Tamten świat.

 

Ile światów przemierzamy naszym życiem?

Ilu posłańców spotykamy przy naszej drodze?

I czy ich zauważamy?

cyrkowy afisz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po tygodniach wielkiego sprintu dzieci z sukcesem zakończyły
rok szkolny. Ala z czerwonym paskiem. Boże, jak dawno nie miałam w ręku
takiego dokumentu, od matury chyba.

– Chyba już sobie wyrobiłam to co mamo mówiłaś. – komentuje z
uśmiechem.

– Markę dobrego ucznia – podpowiadam.

Tak, wiem to z własnego doświadczenia – jeśli od początku
pokażesz się jako ktoś solidny, ambitny i zdolny to potem jest łatwiej, a
opinia ciągnie się jeszcze dłuuugo za tobą i toruje drogę rodzeństwu.

U Lauci choroba ma się ku końcowi. Niestety, skończyło się
na zastrzykach, bo więdła nam już jak koperek na straganie. Stres nieprzespanych
nocy, strach, gdy nie można było zbić gorączki, bezsilność, pragnienie, by mnie
to dotknęło, a jej dało spokój… Ale już po wszystkim. Dziś był ostatni zastrzyk
i znów można głębiej odetchnąć.
Nóżka Nusi też rokuje coraz lepiej i różowieje jak młode prosiątko.

Mąż ze starszymi dziecmi pojechali na dwa dni do Nałęczowa i sanktuarium
w Wąwolnicy. Taka wycieczko-pielgrzymka, wypoczynkowo- dziękczynna. Mieliśmy
jechać wszyscy, ale po pierwsze – zastrzyki, po drugie – pogoda  taka, że niebezpiecznie nawet na podwórko
wyjść z maluchem.

Ksawerego przenoszą na inną parafię – taką, gdzie to wrony
zawracają. Niemiło, że głównie z powodu głupiej ludzkiej zazdrości o to, że
ludzie go lubią . W każdym słowie czuć jak czuje się zraniony. Oczy mu nawet
wyblakły i już nie są tak błękitne. Dobrze, że to tylko 40km. stąd. Będziemy
się odwiedzać.

 

To i jeszcze wiele, wiele sprawiło, że czuję się jak „pęknięty
balonik Prosiaczka”.

Osiągnęłam taki poziom znużenia, że do kościoła na
niedzielną mszę idę głównie po odpoczynek, że relaksem jest zmywanie garnka, a
rozwieszanie prania na balkonie – ekscytującą przygodą.

Muszę odpocząć.

Muszę odpocząć.

Muszę odpocząć.

Najlepiej daleko stąd.

Planujemy wyruszyć z naszym  objazdowym cyrkiem w trasę po Polsce
Południowej.

Jeżdżę sobie kursorem po komputerowej mapie, przemierzam
setki kilometrów jednym ruchem ręki, rozpracowuję logistycznie szukając
najlepszego wariantu. Trzeba wyznaczyć najlepszą drogę, najdogodniejsze „międzylądowania”
i najbardziej-odpowiadający-wszystkim termin.

A i tak najgorsze już za mną – pozytywnie zakończone
pertraktacje z mężulkiem:)

Strzeżcie się więc Mamuty z Kwiatowego Miasta !!! Cyrk przyjeżdża!!!

w świecie VIP – ów

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

st1\:*{behavior:url(#ieooui) }

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Co ty masz tu niuniu napisane na guziczkach? – Dusio
pochyla się nad zielonym body siostrzyczki

– V.I.P. – literuje

– Co to znaczy VIP? – pyta

– No… – szuka jakiejś przystępnej definicji tatuś

– No… – włącza się mama – Ktoś taki bardzo ważny: bogaty, na
wysokim urzędzie, sławny…

– To skrót od czegoś, ale nie wiem od czego – dodaje tata.

– Ale…- zgłasza wątpliwość syn – przecież w s z y s c y są
bardzo ważni.

 

– No tak, ale niektórym wydaje się, że są bardziej ważni od
innych, albo inni ich za ważniejszych uważają

– Hmmm. – zastanawia się Dusio niezbyt przekonany.

 

Obyś synu nigdy nie dał się przekonać.

 

Tak czy owak u nas VIP- em jest Laurka:)

Guziczki  – świadkiem.

plagi egipskie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Laucia odkryła ostatnio trzy zadziwiające szczegóły tego
świata.

Pierwszy:

Patrzy jak zahipnotyzowana obserwując chaotyczne spacery
czarnych kropek po dywanie. Czasem nawet wzdycha w niemym podziwie, gdy takoważ
dziwna kropka ni z tego ni z owego podskoczy i zniknie.

Drugi:

Oto są przedmioty, które widać, ale nijak ich się nie da
złapać.

I tak, żółta wanienka jest wypełniona takim czymś białawym,
chlupoczącym i miło łaskoczącym ciałko, ale gdy próbujesz zacisnąć piąstkę i
wciągnąć to coś do buzi, nagle znika.

Trzeci:

Coś podobnego otacza też człowieka w nocy, dotyka do oczu,
ale nie łaskocze i nie chlupie i ma inny kolor. Jest ciemne i jakby aksamitne.
Ale, gdy wyciągasz rączkę, by dotknąć, okazuje się, że tego nie ma.

 

Tak odkryliśmy : muchy, wodę i ciemność.

Dziwne, że są to akurat trzy spośród plag egipskich:)
Pozostały jeszcze komary, żaby, szarańcza, grad, wrzody…

 No, chyba, że na
poczet tych ostatnich zostanie nam policzony ropny katar , który znów nas
dopadł, a przebiega z bólem głowy, uszu i wszystkich zębów. Do tego stan
podgorączkowy, ogólne rozbicie i tony chusteczek zdobiące meble i podłogę. Najgorzej miewa się mały odkrywca.

Taaak, wrzody przy tym to mały pryszcz.

 

Jak przyjdzie zaraza na bydło to nieco odetchniemy, bo bydła
akuratnie nie posiadamy:)

cierpienia młodego Wertera

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nusia gra na keyboardzie swoje własne wyszukane kompozycje.
Palce jednej ręki przebiegają szybko po klawiszach, druga zaś z uporem maniaka
przyciska jakieś dudniące kotły perkusji.

– To jest muzyka dla młodzieńców – oświadcza wirtuoz
odwracając się do zgromadzonej publiczności. W tym charakterze: mama, Laucia i
liczne towarzystwo grzechotkowe baraszkujące na wielkim łożu .

– A może dla Luci? – pada pytanie z widowni.

– Nie. Laucia nie cielpi takiej muzyki. – rozwiewa
wątpliwości mały Mozart .

– Nie cierpi? – proszą o dalsze wyjaśnienia słuchacze.

– Jakby była chłopem, to by cielpiała. – nieco enigmatycznie
kończy artysta i powraca do instrumentu.

 

 

Ależ mamy nielogiczny ten nasz język polski.

Jak można mówić o Rut na przykład, że „szarego barszczu nie
cierpi”, skoro ewidentnie cierpi w trakcie jego konsumpcji? 🙂