alternatywa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Malowanie pokoju dziewczynek przeobraża się nagle w drobny
remoncik i olbrzymie sprzątanie.

– Wszędzie tylko te domki i domki – psioczy mężulek
przewracając się na szafkach zrobionych z pudełeczek, stolikach, flakonikach,
talerzykach z korków od butelek, całych rodzinach lalek, ich pościelach,
ubrankach, pierogach z plasteliny, spaghetti z nitek, dywanikach, materacykach,
ściankach z tektury, plastikowych choinkach.

Wszędzie, gdzie zapuścić
ciekawskie oko, widać radosne ślady działalności twórczej naszych dziatek,
zafascynowanych zabawą w dom i rodzinę. Lalkowe rodzinki mają po kilkoro
dzieci, auta, ogródki, kuchnie, pokoje, łazienki i …nawet obrączki z cienkiego
druciku na palcach, bo „przecież są małżeństwem”. Ostatnio przybył jeszcze
jeden eksponat, bo Dusio całe wakacje spędzone u dziadków majsterkował w
dziadkowym garażu. Stukał, pukał, piłował i zbijał w pocie czoła i tak oto
powstał… domek letniskowy dla lalek. Żaden stolarz nie powstydził by się
takiego dzieła.

Niestety zajmuje ono sporo miejsca w malutkim pokoiku Ali i
Nusi.

– Trzeba to ukrócić!!! – odgraża się mężulek patrząc na te
barwną scenerię.

– Co ? – pyta Rut

– Te zabawy w domki.

Rut uśmiecha się i pyta niewinnie:

– A wolałbyś żeby bawili się w sprzedaż narkotyków?

Sroga mina mężulka więdnie w oka mgnieniu.

Chyba by nie wolał.

 Znowu się dzieciakom
upiecze:)

ekspertyza hydrauliczna

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 Rut i Nusia jedzą
razem kolację. Kanapki z majonezem, szynką i pomidorem.

– Mamo, możesz wypić moją wodę – proponuje córka podsuwając
kubek po stole – bo inaczej się zapycha.

– Co się zapycha? Zęby? – pyta mamusia pogryzając kanapkę.

– Nie. O tu się zapycha – mówi Nusia wskazując palcem –
Szyja.

– I co wtedy trzeba zrobić ? – dopytuje ciekawska Rut.

– Popić, bo inaczej nie ma poślizgu:)


 W fachowym języku: "Udrażnianie odpływu wodą" 🙂

 

paciorkujemy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

„Dziękujemy Panie Boże, że nie jesteśmy chorzy i…

dziękujemy Ci jeszcze za to, że jesteśmy zdrowi.” – modlitwa
dziękczynna w wykonaniu Nusi .

 

Nigdy dość podziękowań:)

 

„Prosimy Cię Panie Boże żeby tatuś kupił jutro lody i…

żeby kupił też pojutrze” 
– modlitwa błagalna tej samej solistki.

 

Lodów naszych powszednich daj nam dzisiaj:)

 

„Chwalimy Cię Panie Boże za to, że tatuś zrobił taki śliczny
balkon” – teraz modlitwa pochwalna na cześć…

 

                                           
tatusia ??? 🙂

" Maciorek, siusiu i spać" – podśpiewuje sobie Nusia niegdysiejsze dobranocne powiedzonko dziadka. W pierwotnej wersji brzmiało: "paciorek, siusiu i spać", ale Nusia wciąż nie wie co to jest "paciorek", bo u nas mówi się po prostu "modlitwa".

Paciorek jest jak sądzę wykwitem łacińskiego"Pater noster…"

A modlitwa?

Modlitwa to myślenie o Bogu z miłością – jak napisał mój profesor.


tabletki na wszystko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Część druga wakacji.

Teraz przyjmujemy przyjaciół.

Najpierw tych z bliska, z drugiego końca miasteczka, od roku
nie widziani, bo „ jak nie urok to przemarsz wojsk, jak nie przemarsz wojsk to
zaraza”. Z tą ostatnią jednak w roli głównej. Kiedy dwie rodziny mają po
gromadce dzieci, trudno wśród 365 dni w roku znaleźć choć tydzień bez epidemii.

Potem Ksawery zajeżdża ze swego zaścianka. Uroczego bądź co
bądź – ze starym kościółkiem pachnącym minionymi wiekami i rozłożystymi lipami
rozpostartymi jak baldachim.

W końcu przybywają ze stolicy Kurki Trzy z wieścią, że jest
ich cztery!!!

Siedzimy na działce w cieniu osik. Małe kurczaki bawią się w
domku na drzewie. Dwa Koguty dumnie spacerują po obejściu oglądając jego
potencjały. Dwie Kokoszki pilnują najmłodszego kurczaczka.

– Teraz już wiem – zwierza się Kokoszka Rut – że człowiek
potrzebuje choćby kawałka własnej ziemi, by ją pielęgnować.

– A wiesz, że w Ikei kupiłam zestaw małego ogrodnika –
opowiada Kokoszka Marta – Były tam pojemniczki, ziarnka słoneczników i takie
tabletki. Nie wiedziałam w co wysiać te nasiona, ale w instrukcji napisali,
żeby tabletkę włożyć do pojemnika i zalać wodą.

– I co? – dopytuje zdziwiona Kokoszka Rut.

– I kiedy zalałam, te tabletki zaczęły pęcznieć i zrobiła
się z nich ziemia.

 

Kawałek własnej ziemi dla każdego:)

 

Szczęście w prozacu

Potencja w viagrze

Sen w melatoninie

Uroda w botoksie.

Relacje w Internecie.

Spokój w tabletkach

Miłość w tabletkach

Wolność w tabletkach

 

Ziemia w tabletkach!!!

Nie brudzi, nie wymaga pracy, nie trzeba z nią o nią
walczyć, nie trzeba jej chronić, głaskać po brunatnym policzku. Niewiele kosztuje.

 

 

Dzisiejszy świat.

Wszystkie nasze potrzeby zaspokojone jednym machnięciem
czarodziejskiej różdżki.

 

Namiastki i atrapy, a za ich parawanem coraz większy głód i
ból rośnie. Jak pokrzywa za płotem.

marynowanie lata

Lato zbliża się ku końcowi. Czas przesmażyć wspomnienia, zawekować słoiki, więc…

byli u nas piraci

łowili ryby chochlą…

przerobili szafę na statek i odbywali tam długie narady

gołymi rękami łapali rekiny…

czytali kamrackie pisma…

szukali złota…

potem remontowali szkuner

również w pozycji horyzontalnej:)

dwoma pędzlami i… nosem:)

antidotum na alergię

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Trzeba by kupić drugą firankę do łazienki, bo nie mam na
zmianę – zaczynam podchody pod mężulka.

„Niepodobna prowadzić gospodarstwa domowego bez drugiej
firanki do łazienki” – rzekłaby Ania z Zielonego Wzgórza.

No, ale Ania to kobieta i rozumie takie niuanse życia jak
firanki, obrusiki, doniczki i obrazki. Mężulek, sądząc po jego minie, nie
koniecznie.

– Ciągle tylko „kupić i kupić” – mamrocze pod nosem.

– On ma alergię na słowo ”kupić” – opowiadam Mamucicy.

– To samo, to samo – przytakuje śmiejąc się rozmówczyni i
wskazuje na małżonka – Mamuta .

 

Mamut nieco się słania pod dzidami oskarżeń, w końcu jednak
odwija się trąbą i odpiera atak:

– Bo widzisz Rut, słowo „kupić” najpiękniej brzmi w związku
frazeologicznym z wyrazem „NIE”.

I dlaczego te mamuty wyginęły, skoro są takie sprytne?

Trzeba by NIE KUPIĆ tej firanki:)


brokat

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Laurka śpi, małe ramionko kołysane oddechem Morfeusza
podnosi się i opada, a na zaróżowionym wzgórzu policzka lśni kropla brokatu.

Nieustannie ten brokat.

 Na twarzach, włosach,
policzkach, ubraniach.

Od czasu tego malowania szyszek na choinkę. Rok temu.
Pamiętacie?

Nie możemy się pozbyć tego nalotu pokruszonego światła. I
nie próbujemy nawet.

Jest jak pieczęć, przypomnienie, wykrzyknik na szarych drogach
codzienności.

Nikt nie jest
zwyczajny
– wyhaftowałam wtedy na makatce z głębi przeświadczenia matki
trojga oczekującej kolejnego cudu.

 

Cudem jesteś w moich
oczach.

Cudem jest to, co cię otacza.

 

Jak Ty na mnie patrzysz, że tak mnie widzisz? – pytałam
kiedyś z dna kałuży.

Perspektywa lotu anioła. – powiedziałeś.

Najciemniejszy mrok podszyty podszewką światła.

Wszędobylski brokat.

 

Modlę się nocą, by
mnie Bóg zachował od ślepoty na cuda i piękno.  

(J. Szymik)

Ja też.

złote ramy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Wróciliśmy.

Prawie definitywnie.

 Syci wrażeń,
rozwinięci, mądrzejsi o przemierzone kilometry, wypowiedziane i
niewypowiedziane słowa, z głowami pełnymi wspomnień.

Laurka bryka jak mały źrebaczek, przemierzając niedostępne
dotąd rewiry mieszkania.

 Ach wolność!!!

Idziesz gdzie chcesz, dotykasz czego pragniesz. Oglądasz się
tylko czy nikt cię nie śledzi. Wolność rozlewa się błogim blaskiem na małej
buzi i figliki w oczach płoną nowym ogniem. Bo taka wolność daje wiele
możliwości.

Ale też czasem rozpłaszczasz się boleśnie na zbyt śliskiej
podłodze. I płaczesz, bo myślałeś , że wolność to sama rozkosz, a tymczasem…
często kończy się guzem:)

I myślicie, że opisuję tylko Laurkę?

Co dzień sama rozpłaszczam się na śliskiej nawierzchni
wolności.

 

Na naszej czerwonej ścianie wiszą trzy obrazy.

Jeden to Ojciec
miłosierny
w złotych ramach, drugi – Matka
Bożej Opatrzności
w złotych ramach, a trzeci – sama złota rama.

Czasem ktoś się dziwi widząc ten szokujący tryptyk. Sama się
zdziwiłam, gdy tak skomponowałam tę ścianę. Teraz już się domyślam dlaczego tak.

Ten trzeci obraz to ja, to ty, to każdy z nas.

Arcydzieło oprawione w złote ramy. Takie jest nasze
przeznaczenie. Złota rama ma nam o tym wybraniu przypominać.

Ale to my decydujemy co ostatecznie znajdzie się w środku.

Arcydzieło czy bohomaz.

Piękno czy kicz.

Prawda czy udawanie.

Ach wolność!!!

Laurka raczkująca pod czerwoną ścianą stawia pierwsze
nieporadne linie na rysunku swego życia.

A pół godziny drogi stąd umiera w szpitalu teść Leny. Rak
płuc toczy się przez ciało jak ciężkie bojowe działo.  Lekarze nie pozostawiają wątpliwości – to
ostatnie dni. Ostatnie godziny, ostatni uśmiech, słowa, spojrzenia. Ostatnie
kreski na płótnie. Nieporadne zupełnie jak te Laurkowe, nieco chaotycznie
nanoszone ręką ciężko omdlewającą od morfiny.

 

Ale on o tym nie wie.

O tej ostateczności wszystkiego co się dzieje z nim, w nim,
przez niego.

– Oni mu nic nie powiedzieli – mówi mi Lena przez słuchawkę
nieco przerażona – Teściowa powiedziała mu, że lekarze szukają metody leczenia
go. A oni niczego nie szukają, podają morfinę żeby nie cierpiał, a on się
cieszy jak dziecko kiedy robią mu kolejne badania i mówi o tym, co zrobi na
jesieni.

Dlaczego dreszcz przebiega po plecach jak wtedy, kiedy
słyszysz o strasznym mordzie?

Bo jakaś niegodziwość jest w tym milczeniu wszystkich,
którzy patrzą jak śmierć skrada się do człowieka.

Ale nie wiem w tym wypadku gdzie jest granica dobra i zła i
czy na pewno są ściśle zbieżne z granicami prawdy i kłamstwa.

Nie wiem.

Sama wolałabym wiedzieć, że zostało kilka dni, mieć czas na
pożegnanie, przygotowanie, bunt nawet. Ale kiedy niedługo przed śmiercią taty
przełamałam ciążenie milczenia i porozmawiałam z nim o niebie, Amelia skarciła
mnie za to, że odebrałam nadzieję.

Może.

Nie wiem.

Nie chciałam nikomu niczego odbierać. Zrobiłam to co  wydawało mi się wtedy najsłuszniejsze i
najgodniejsze człowieka, choć łatwiej byłoby milczeć, choć nie ma słów dość
odpowiednich, by powiedzieć: Odchodzisz.

Może milczenie nie jest zostawianiem człowiekowi nadziei.
Może to nie dawanie mu szansy, by sam zmierzył się z sobą, ze swoim życiem, sam
zadecydował o kształcie ostatnich chwil, kresek, barw. Może to odebranie mu
wolności do ukończenia swego arcydzieła.

 

A może jest inaczej.

Nie wiem wszak wiele.

Może jestem jeszcze zbyt młoda, by docenić smak oliwek i
zrozumieć barwy tuż przed zachodem słońca.

Bo cóż ja mogę wiedzieć, brodząc po kolana w porannym
szczebiocie moich dzieci.

 

A o nim, który odchodzi w zmierzch, pamiętajcie jak
najlepiej umiecie.  Jego złote ramy
wypełniły się po brzegi.

ścieżki r-ewolucji

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nasz niemowlaczek rozwija się coraz szybciej i coraz
bardziej spektakularnie, a głównym motorem napędowym jest – jak się okazuje –
pęd ku kulturze.

 

Oto bowiem leży sobie pewnego dnia na kołderce umoszczonej
na podłodze, stuka nóżką rytmicznie, mruczy po kociemu, usiłuje podpełznąć do
przodu i … „ani widu, ani słychu” – jak mawia w takich razach starsza
siostrzyczka Nusia.

I nagle z załączonego odbiornika TV dolatuje inspirujący
dźwięk. Dwie sopranistki na wyrywki wyśpiewują piękną arię. Wypisz wymaluj poranne
popisy Laurki w skali najwyższej z możliwych. Całe ciałko żądne jest ujrzenia
kto zaś wydaje te cudne dźwięki. Nóżki się prężą, ramionka napinają, kolanka
podciągają pod brzuszek, główka wyrywa do przodu, oczka wychodzą z orbit  i…

 

ani się obejrzeliśmy, a już maluszek – gnany miłością ku
operze –  zraczkował z bezpiecznego azylu
kołdry na twarde deski podłogi. Jeden krok człowieka, a jakże wieki skok w
samodzielność.

 Etapu pełzania w
ogóle nie zaliczyliśmy, gdyż pełzaniem wszystkie dzieci Rutkowe wzgardziły,
uznając je – zdaje się – za czynność niegodną człowieka:)

 

Kolejny dzień i kolejna pokusa, bo oto poza obrębem
wspomnianej kołderki Nusia rozkłada książkę o Martynce. Kolorowe kartki kuszą
jak niegdyś rajskie jabłko Ewę. W mgnieniu oka wszystkie motorki odpalają,
wszystkie tryby zaczynają się ruszać, rączki i nóżki załapują na czym polega
synchronizacja ruchów i…

 

oto łapki spoczywają już na obiekcie pożądania i z
namaszczeniem głaszczą literaturę piękną po czarnej sierści literek.

 

Do tego umiejętność bardzo pożądana w dziale muz wszelakich
czyli…klaka:)

 

– Brawooo, brawooo!!! – skandujemy, a niemowlaczek
rozanielony paca z zapałem w tłuste łapki.

 

„Klaskaniem mając obrzękłe prawice” – jak pisał wieszcz
Norwid.

 

 

Ten sam odwieczny proces – od natury do kultury, który
kiedyś ściągnął naszych przodków z gałęzi:) o ile teoria o pochodzeniu od małp
nie cofnęła się do fazy hipotezy. A zdaje się, że się cofnęła – wbrew teorii
ewolucji:)

Laurcia zaś prze wciąż do przodu z zacięciem godnym homo
sapiensa.

Sap-sap-sap 🙂

naszym przyjaciołom

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Każda podróż ma także
wymiar metafizyczny. Związana jest z istotą życia, które jest „stanem
pielgrzymim”. Robimy to najczęściej nieświadomie, nie podejmujemy refleksji nad
głębinowym wymiarem przemieszczania się, ale podróże są w gruncie rzeczy
podyktowane chęcią dotarcia do czegoś nowego i ważnego, istotnego do życia;
jest w nich pragnienie dotarcia „Tam”

                                                                   
                                    

 

                                                       Ks. Jerzy Szymik

 

 

Kiedy zamykam wieczorem oczy, obrazy z podróży migają mi w
zawrotnym tempie. Zupełnie jakbym nadal siedziała w naszym srebrnym aucie i
patrzyła przez okno na przesuwające się jak niemy film kadry krajobrazu.

 

pola jak arabskie dywany,

dziewczyna schodząca ze wzgórza w strugach deszczu. O czym
myśli ukryta pod kapturem płaszcza?

kobieta z rudym chłopczykiem rozmawiający w oknie. O czym
mówią zapatrzeni w tęczę ulicy?

drzewa i kwiaty o nazwach jeszcze dla mnie nie odkrytych,

pierwsze kombajny brodzące kołami w srebrze i złocie,

miliony okien w tysiącach domów wielkich i  małych

a za nimi…

różne opowieści o różnych kolejach ludzkich losów,

mimochodem odkrywam na nowo mego starego mistrza, wygrzebuję
z regałów jego książki, czytam i czuję, że wciąż myśl jego jest mi tak bliska
jakby była moją własną,

śmiech przyjaciół w świetle lampki stłumionym kraciastą
ściereczką,

gramy w monopoly do północy, jak dzieciaki targujemy się o
karty, stukają kostki o tekturową planszę,

pierwsze pomruki burzy w środku lasu i jej nagły atak u
kresu wędrówki: dla mnie „tremens et fascinans” jak zawsze, dla Laurki – po raz
pierwszy,

dostrzegane na nowo zachwyty utopione na dnie jej oczu –  nad źdźbłem trawy, kwiatkiem na cienkiej
łodyżce,

rozmowy ukradkiem o niczym, a o wszystkim co istotne

i myśl, która przebiega dreszczem nieustannie pomiędzy
wierszami: „czasem bywa naprawdę ciężko, ale to niewygórowana cena za to, że
jest pięknie”

bo jest

 – ludzie oglądają się
na ulicy, gdy idziemy z całym naszym przedszkolem,

uśmiechają się, gdy zrywa się tętent kilkunastu stópek
biegnących po łące,

piryt – „złoto głupców” leży rządkiem na straganie, dostępne
wszystkim, którzy go pożądają.

 

„Strzeż nas przed zwodniczymi blaskami Panie, przed chęcią lśnienia
inaczej niż zamierzyłeś”

 

Obrazy płyną dalej…

 

teraz w kruchych łódkach słów…

 

„Wcale się nie bałam” – zapewnia Nusia po przejażdżce w
ciemnej sztolni.

„Wszyscy pukaliśmy w bramę leniwych” – opowiadają na wyścigi
dzieciaki – „A tatek to trzy razy.”

„Trzeba uciąć razem z owocem – wtedy sadzonka ma dużo
pokarmu” – babcia Aniela uczy mnie rozmnażać róże. Tyle jeszcze rzeczy nie
wiem. Jak szkoda kiedyś będzie umierać z tą świadomością nie napełnionej
czarki.

 Ja i Ewa stoimy przy
oknie. Patrzymy na wielobarwną miniaturkę ujętą w białe framugi okien. Dzieci bawią
się na podwórku. Jak cztery lata temu. Jakby czas stanął w miejscu, a jednak…

„Czasem nie umiem do niego dotrzeć” – mówi ona. Komentujemy
dojrzewanie naszych najstarszych pociech. A może swoje własne dojrzewanie? Któż
to wie? Ja i ona w pełni lata, a może już u zarania jesieni.

"To jedna z najlepszych książek jakie czytałam" – Mamucica zdejmuje z półki swoje skarby, by się nimi podzielić. Jedna książka, druga, trzecia osuwają się w moje ręce.

„Ej piszczoła” – wujek co rano wita Laurkę. Twierdzi, że
dźwięki, jakie maluszek wydaje z siebie o piątej rano są poza wszelką skalą i
nawet z sopranem nie mają nic wspólnego. Zna się wujek, wszak chór prowadzi.
Męski:)

Łopot skrzydeł spłoszonych gołębi. Nusia i Mamuciątko
zmęczone długim spacerkiem i co rusz podsiadające wózek Laurce, na widok stadka
ptaków włączają piąty bieg. Klapanie sandałków, furkot, okrzyki radości
mieszają się z pogawędką staruszek na ławeczce.

Śląska gwara jest zaraźliwa. Usłyszane wyrazy przylegają do
myśli i szeleszczą nieustannie w głowie. Słowa twardnieją w ustach jak węgiel.
Śląski akcent faluje końcówkami zdań. „Na fiśli, na fiśli, na fiśli…poszeł bych
na fiśla.”

„Gdyby tak mieć taki wielki łuk i żeby był zaczarowany… –
marzą chłopaki leżąc do góry brzuchami na trampolinie. Słucham ich rozwieszając
obok pranie. „Ciociu, a jak długo Ala i Dusio tu zostaną?” – Tymek z obłoków
schodzi na ziemię. Niesamowita przyjaźń połączyła dwóch chłopców. Męska,
aktywna, rzeczowa. Z takim hartem ducha powstrzymywali grymas bólu przy pożegnaniu.
Prawdziwe męskie serca.

 

„Szkoda, że mieszkamy tak daleko”.

Ile razy powracał ten refren? Policzyliście przyjaciele?

 

Obrazy niesione falą zapachów…

 

Mamut nożykiem do pizzy wykraja zgrabne kwadraciki z ciasta.
Mamuciątko i Nusia nakładają marmoladę i zawijają różki do środka. Jeszcze
chwila a cała atmosfera mieszkania nasyca się zapachem pieczonych ciasteczek.
Dom wtedy pachnie domem najbardziej na świecie.

Zanurzamy się w pachnący cień rezerwatu. Dzieci idą przodem.
My za nimi. Laurka śpi w wózku. Wilgoć, mech, zbutwiałe poszycie i buki jak
drzewce z Tolkiena przenoszą nas w świat  sprzed stuleci.

Pachnie jeszcze rosa, gdy obie ze złotowłosą córeczką Ewy
rwiemy wiśnie w sadzie. Owoce są już prawie czarne. Staroświecka odmiana,
jakiej nie znajdziecie w żadnej szkółce. Kompot pachnie gorzkawo, przywodzi
zapachy dzieciństwa.

I jeszcze złota bramka ogródka spowita różanym aromatem,

śląskie roladki, ciasto z agrestem,  wiśniowa nalewka…

 

Kiedy zamykam oczy, obrazy wciąż migają w zawrotnym tempie. Słowa,
myśli, widoki, zapachy, wrażenia kiedyś się przesypią. Zostanie na dnie sita
piasek złoty.

Dobrze było być z wami przyjaciele.

 

 Dziękujemy za tomik, gry, księżniczkowe naklejki, za
nalewkę, kluczyki, za szaloną stokrotkę, za owieczkę co miękką wełnę maaa, za
wszystkie ciuszki i buty mniejsze i większe i w ogóle za udowodnienie, że
samochód, choć nie jest z gumy – pomieści wszystko; a serce, choć zwykłe,
ludzkie – jest niewyczerpalnym źródłem.
Za czas dziękujemy.
Za wszystko.
Za Was:)