coś szalonego

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Zróbmy coś szalonego – kusi czasem Rut męża, gdy życie
wpadnie w utarte koleiny i podróż zrobi się już nazbyt monotonna.

I czasami wystarczy tylko upieczenie jakiegoś placka,
czasami spacer pod siąkającym niebem, czasem wieeelkie przemeblowanie, a czasem…    taki
wypad we dwoje w siną dal, jaki zafundowali sobie, gdy Rut była w szóstym
miesiącu ciąży Dusiem.

Jesień była rozmokła, słotna, o zimnych płonących czerwono
zachodach słońca.

– Zróbmy coś szalonego – powiedziała ciężarówka, która miała
dosyć zaszycia w domowych pieleszach.

 

– Ale co? – jak zwykle w takich razach zapytał Miś.

– Pojedźmy prosto przed siebie – rzuciła pomysł Rut – tam,
gdzie nas poprowadzi droga.

Rutka nie tylko była wówczas ciężarówką, ale także
współwłaścicielką czerwonej buczącej ciężarówki. Zapewnili więc nianię dla swej
córeczki ( w tej roli – ciocia Lena) , wsiedli i pojechali zostawiając za sobą
szarą strużkę dymu i charakterystyczny zapach diesla.

 Na początku droga
była dobrze znaną szosą prowadzącą do pobliskiej wioski. Miło i pewnie się nią
jechało w świetle przygasającego dnia. Za znajomą wioską droga wciąż była równa
i prosta i zachęcała do dalszej podróży przez łąki i pola. Lecz nagle asfalt
się skończył tuż przed bramą kaplicy, a szlak podróży zwinnie zakręcił pod
kątem prostym i stał się zwykłą bitą drogą wciśnięta pomiędzy chałupki i
skromne gospodarstwa. Ale – jak się rzekło A, trzeba rzec też B, więc czerwona
ciężarówka małżeństwa szukającego szalonej przygody prychnęła raźno,
skręciła  i przejechała przez wioskę
wzbijając za sobą nieco kurzu. Sioło należało do niewielkich i przytulało się
jednym boczkiem do lasu. Droga teraz była leśnym duktem, nieco wybitym, acz
rysującym się malowniczo. Nieco się 
praktyczny mąż zawahał ( słuszna obawa o zawieszenie!) nim zredukował
bieg i wjechał pomiędzy drzewa.

– Jedźmy – nagliła jednak szalona żonka.

Las był piękny, pachniał igliwiem i grzybami, a droga była
coraz mniej zdecydowana: „biec dalej czy się skończyć na najbliższym jałowcu”.
Ostatecznie jednak pobiegła i wyprowadziła dyszącą ciężarówkę na skraj nieco
zrudziałej łąki.

Miś był gotów zatrąbić do odwrotu, ale oboje dostrzegli
pokusę nie do odparcia. Przez środek łąki aż po horyzont biegły dwa czarne ślady
opon. Jawny znak, że cywilizacja ludzka i tu dotarła.

– Jeżdżą tędy. – zauważyła Rutka – Ciekawe gdzie?

Musieli koniecznie sprawdzić. Zresztą, obiecali sobie
jechać, gdzie ich powiedzie droga, więc niehonorowo teraz się wycofać.

Och, widok był przepiękny. Na otwartej przestrzeni, niczym w
amfiteatrze, widać było całe widowisko pt. jesienny zachód słońca.

Tę emocjonującą podróż przerwał jednak nagle i brutalnie…
elektryczny pastuch rozciągnięty jak na drwinę przed maską czerwonego auta.

– Musimy zawracać – zdecydował Miś i wrzucił bieg wsteczny.

I nic.

Koła zabuksowały tylko, a ciężarówka została w miejscu
unieruchomiona na podmokłej łące.

Kierowca wyskoczył z kabiny 
i szybko ocenił sytuację: ciężkie auto ugrzęzło w czarnej ciapai.
Usiłował jeszcze ratować sytuację  podrzucając co miał na pace pod opony, ale
wszystko na próżno.

Jak to się mówi – byli uziemieni.

A tu zmrok zapada szybko jak kurtyna, nigdzie ni żywego
ducha,  wiatr dmie na pustkowiu. Nagle
romantyczna sceneria przestała być taka ekscytująca.

– Idę do wioski po pomoc – oznajmił mąż kobiety, której
zachciało się szaleństw miast siedzenia przy ciepłym grzejniku pod bezpiecznym
dachem. Ona sama musiała zostać, gdyż miała bezwzględny zakaz dłuższego
chodzenia. O, gdyby ją zobaczył teraz jej stateczny Pan Ginekolog! Siedziała
samotnie w kabinie i chcąc nie chcąc kontemplowała uroki nadrzecznej łąki w
blaskach gasnącego dnia. I wielkim wysiłkiem woli powstrzymywała napływające
wizje watahy wilków wychodzących na nią z lasu czy hord równie dzikich
rozbójników.

– Nigdy więcej szaleństw – obiecywała sobie solennie drżąc
od chłodu.

Miś wrócił po jakichś 20 minutach, a za nim pyrkał  krzepki traktorek. Wysiadł zeń roześmiany od
ucha do ucha chłopek, o twarzy rumianej jak jabłuszko i gumiakach lśniących jak
lustro.

– Oooo, my już niejednego stąd wyciągali – śmiał się – kilka
razy na tydzień – dodał barwny szczegół i zapiał ze śmiechu jak kogut nie
przymierzywszy.

– A co tam jest dalej? – dopytywał Miś podpinając linkę
holowniczą

– A cóżby? Rzeka – odparł ubawiony człowieczek

– Jest most?

– Nie.

 

W tym momencie niewysłowiona wdzięczność dla elektrycznego
pastucha zalazła serca wędrowców aż po brzegi:)

 

Gdy słońce chowało się za horyzont, czerwona ciężarówka zamigała
światłami na wiejskiej drodze i popędziła w kierunku domowego ciepełka. A za
nią wciąż rechotał mały traktorek i jego rubaszny właściciel obdarowany za
przysługę nową ciepłą kufajką w kolorze zgaszonego lazuru.

 

W błędzie jest jednak ten, kto spodziewał się radykalnej
zmiany filozofii pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia.

Niewiele wody upłynęło w rzece, gdy znów kusiła statecznego
męża:

– Misiu, zróbmy coś szalonego.

 

I zawsze wtedy wspominają swą podróż do krainy, gdzie kończy
się droga i zdrowy rozsądek:)

 

 ***************************

 

A wczoraj?

Wczoraj chciałam go wyciągnąć na wieczorny
spacer. Laurka spała, Dusio by popilnował chwilę. Narzuciłabym tylko sweter, bo
koszulę nocną mam zupełnie do letniej sukienki podobną.

– Nie, może jutro – powiedział – Zmęczony jestem.

I dobrze go rozumiem, bo Rada Pedagogiczna trwała pięć
godzin, z czego połowę zalało bagno niewybrednej kłótni kilkorga osób.

– Czuję się brudny, jak oblepiony błotem – skarży się mąż po
powrocie.

 Wiem. Ludzie czasem
tak bolą. Ich głupota, ich zawiść, wzajemne pretensje, ich ego rozdęte jak balon.

Czasem po prostu marzysz, by pójść gdzie cię oczy poniosą i
nie boisz się łąk podmokłych, bo ludzie przerazili cię bardziej.

Zróbmy coś szalonego. Sprawmy, bo wokół nas nie było błota.

przechwałki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Zamierzchły tekst z czasów przygotowań do
ślubu Amelii.

 

Rut sprawdza wypracowanie najstarszej córki.
Tym razem praca domowa dotyczy opisu pejzażu. Rut czyta, czyta i… oczom nie
wierzy.

– Nie – przerywa samotną ucztę duchową –  Muszę wam to przeczytać – zwraca się do
siedzącego obok rodzeństwa – Kory i najmłodszego brata Leona.

I Rut czyta, a oczy Kory i Leona z każdym
zdaniem robią się coraz bardziej wyłupiaste.

Myśl płynie po „rudym dywanie traw”, po
„przejrzystej tafli jeziora”, dotyka „lekkich jak puch obłoków”, przystaje na
kamiennym moście, brodzi w „długich popołudniowych cieniach drzew”…

– Tak pisze Ala. – kończy prezentację dumna
mama.

– Nie. No, normalnie młoda Żeromska!!! –
wyraża uznanie ciotka.

 

 – Tyle,
że Żeromski pisał tak w szczycie swej formy, a ona ma dopiero 11 lat:) –
prostuje Rut.

 

Czyż to nie wyczyn tej samej wagi co
Herkulesowe igraszki z wężami w kolebce?

 Czasem
dociera do mnie, że … herosów urodziłam.

bańka Pandory

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Lista jest równie długa co tragiczna:

Po pierwsze czwarty ząbek lezie, lezie i wyleźć nie może, a
wnioskując po jego bracie-bliźniaku ( prawa górna jedynka) też będzie wielkości
łopatki do piasku

Po drugie smakowanie życia ma też swoją drugą stronę, która
zakorkowała się na kilka dni i nie pomaga żadne stękanie i napinanie przepony
tudzież wybałuszanie oczu i czerwienienie na twarzy. Rumianek, koperek, tarte
jabłuszko, a nawet czopek – bez echa.

Po trzecie – nagłe załamanie pogody i szlaban na spacery.

Po czwarte przerost pragnień nad możliwościami, no bo jak
dostać ulubioną grzechotkę, gdy pełzanie wychodzi tylko do tyłu, a i rączki są
określonej długości, albo – gdy fascynujące grzechotanie kończy się guzem na
czole.

 

A jakby tego było mało dziś rano objawił się punkt piąty,
czyli tzw. apogeum – cieknący katar uniemożliwiający oddychanie, ssanie, spanie
i jego nieodłączny towarzysz – kaszelek. O temperaturze podwyższonej nie trzeba
wspominać, bo to oczywista oczywistość.

 

I tak to Laurka w wieku siedmiu miesięcy po raz pierwszy odkryła
prawdę, którą później odkrywamy z zadziwiającą regularnością, że „życie jest do
bani!!!”

 

Tylko gdzie znaleźć banię, która by pomieściła te wszystkie
tragedie i kataklizmy małego człowieka i czy ta bania nie ma przypadkiem nic
wspólnego z puszką Pandory?

 

Ale maluszek odkrył na razie tylko część prawd o życiu i nie
wie jeszcze, że im bania większa, tym szybciej pęknie.

Wszystko wszak przeminie, bo „nawet najdłuższa żmija kiedyś
mija”:)


rzecz o koronowanych głowach

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Tato – zagaja Nusia zalotnie – Kupisz mi
dia…dia-dem?

– Uff!!! – wypuszcza parę rodziciel – a już
myślałem, że dia-ment.

Ulżyło mu, bo jeszcze śni mu się po nocach
okrągła sumka, którą żona musiała zapłacić za leczenie zębów.

Ach, te kobiety!!! Przecież bez zębów i
diademów też żyć można.

A tu potrzeby rosną w tempie odwrotnie
proporcjonalnym do pensji.

3 córki i żona to śmierć dla portfela
mężczyzny.

Ale dia-dem miał być nagrodą za odwagę przy
operacji o kryptonimie bojowym: „Rozlana kawa”. Operacji, która trwa nadal,
choć wyraźnie ma się ku finiszowi.

– Mam telaz taką młodziutką stólkę na nóżce
jak Laucia – komentuje Nusia podczas opatrunku.

Nowiuśki wujek Artur, który był jedną z ofiar
i bezpośrednią przyczyną wypadku, chciał odpokutować, kupując ofierze nr. 2
wymarzone cacko. Chodzili z Amelką, szukali, ale nie znaleźli. Namiary jakie
otrzymali od Rut okazały się błędne.

 

Więc dwa dni temu po diadem wybrała się sama
królowa-matka. Po przejrzeniu zasobów Internetu nastawiła się psychicznie na
wydatek około 20 zł. A tu, niespodzianka – w pierwszym z brzegu sklepie
zabawkowym znalazła w oka mgnieniu cały zestaw: diadem, kolię i klipsy,
wszystko skrzące i ociekające drogimi kamieniami z plastiku i to za jedyne
4,40.

Uff!!!

Dumna z siebie Rut nie wypuściła już z ręki
zdobyczy, tym bardziej, że księżniczkowy zestaw był ostatnią sztuką na stanie.
Uradowana dokupiła jeszcze płyn do baniek mydlanych, a po drodze trzy piękne
sadzonki surfinii.

Nusia omal nie zemdlała, gdy róg obfitości
się przed nią wysypał z maminej torebki.

– Za dzielność przy przewijaniu nóżki –
dodała mama wręczając zabawki.

Tata król taksował prezenty niechętnym
spojrzeniem.

– Za jedyne 4,40 – szepnęła mu żonka kojąco w
ucho.

Och, trudno oddać słowami tę błogą ulgę
malującą się na obliczu seniora rodu. Trudno powiedzieć kto był bliższy
omdlenia – ukoronowana księżniczka czy jej ojciec, którego skarbiec nie doznał
wielkiego uszczerbku:)

– Rozumiem, że to już prezent na twoje
urodziny – próbował jeszcze cyganić.

– Nie, to za dzielność – nie dała się
zbałamucić księżniczka.

 

A trzy surfinie w najpiękniejszym liliowym
kolorze?- zapytacie.

 Na
fali ogólnego wzruszenia król zapomniał o protokole i nie wystosował do swej
małżonki  sakramentalnego zapytania : „
Znowuuu kwiatki?!!!” 🙂

fotoreportaż z oazy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ponoć wszędzie dookoła są burze, wichury zrywają dachy, pioruny
biją pięściami w ziemię, a rzęsiste deszcze zmywają wszystkim głowy.

Ponoć… po u nas cisza, spokój przetkany złotą nicią cykania
świerszczy i upał .

Jedyne co leje się z nieba to żar, więc …

 

 

 Jedyne zachmurzenia wyglądają tak:

 

Jedyne co grzmoci to nóżki Nusi o podłogę.

– Zdrowy duch – zdrowe cielę – zacytowała z pamięci stare
przysłowie:) i pobiegła jak wicher wprowadzając słowa w czyn.

– Żyki na zakwasie, żyki na zakwasie!!! – podśpiewuje ( też
z pamięci) skacząc po schodach jak koziołek.

– Chyba : „żytni na zakwasie” – prostuje mama, a Ala wybucha
śmiechem, bo nasunęło jej się niezbyt eleganckie skojarzenie.

Drobne przejęzyczenia .

A wszystko z zabandażowaną nóżką, a wszystko z pamięci:)

 A deszcz – zaklinany po wielokroć – nie nadciąga.

Więc pielęgnujemy ogrody chroniąc je przed upałem.

 

Laurka też angażuje się jak umie.

Pasję ogrodniczą wyssała bowiem z mlekiem matki:)

Cisza, spokój, oaza.

podpowiedź

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niedzielne popołudnie na działce. Mama i dzieci grają na
kocu w scrabble . Rut dla kurażu popija raz po raz mrożoną kawę z mlekiem.
Szare komórki wyraźnie szybciej się po niej ruszają. Dusio i Ala dotąd męczą aż
dostają po łyczku zakazanego w ich wieku napoju.

Tylko pięciolatek jest niepocieszony.

W końcu, zniecierpliwiony ignorowaniem jego potrzeb, zabiera
woreczek z literkami.

– Albo mi dacie łyczka, albo zabieram litery! – grozi Nusia
– Tak mi mój SUMIEŃ podpowiada!

Ocho, powiało grozą jak za Inkwizycji:)

 

zgrzyt

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Obudził mnie dziś dziwny dźwięk . Coś pomiędzy chrobotaniem
myszy a jeżdżeniem styropianem po szybie.

Miś?

Nie. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że śpi jak
ubity przez Jacka Soplicę w kniei. Z łapami szeroko rozrzuconymi na boki.

Jak nie Miś i nie ja to kto?

Czarne szpileczki oczu wbiły się figlarnie w twarz mamy.

Aaa Laucia!

Uczyniwszy odpowiedni grymas zgrzyta zębami z wyraźną
lubością.

U dołu półtora zęba, u góry ledwie dostrzegalny rożek
jedynki i już odkryła nowe możliwości wynikające z faktu posiadania uzębienia.

Są też inne zalety – gdy się nie chce już ssać cyca, zawsze
można to dobitnie mamie zasygnalizować:)

Aj, jak dobitnie!!!

reklama reklamówki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niektóre przedmioty, z natury swej nieciekawe, położone w
odpowiednim miejscu lub umieszczone we frapującym kontekście potrafią
uskrzydlić wyobraźnię człowieka i to skrzydłami o rozpiętości skrzydeł orła:)

I oto na ławie w pokoju leży w niedbałej pozie porzucona
reklamówka.

– Co jest w tej reklamówce? – interesuje się Nusia, a błysk
w oku świadczy, że procesy myślowe poszły, ba, poleciały lotem błyskawicy w
odpowiednim kierunku.

No bo co może być w takiej reklamówce? Cukierki, czekolady,
ciastka, napoje, gumy, zabawki…

– Nic. – brutalnie odpowiada mama

– To po co ona tu leży? – łuna nadziei nie gaśnie w oku.

No bo po co może leżeć taka reklamówka na ławie w pokoju,
wyraźnie gotowa na załadowanie w nią … cukierków, czekolad, ciastek, napojów,
gum i zabawek?

– Wyjęłam ją z torebki, bo jest mi niepotrzebna – odpowiedź
nie pozostawia złudzeń i maluch ulatnia się do swoich zajęć.

Ale…

… oto wchodzi do pokoju Miś, zatacza spojrzeniem po wnętrzu
niczym sokół.

– A po co ta reklamówka? – dostrzega łakomy kąsek.

No bo po co może być taka reklamówka rozpostarta na środku
ławy?

Może żoneczka kupi kolejne opakowanie kawy, a może już
kupiła?

E, nie.

Żona zaśmiewa się do rozpuku nie wiadomo z czego.

– Po nic. – udziela banalnej odpowiedzi pomiędzy jednym
chi-chi, a drugim.

 

 Tak się zastanawiam,
że może nie warto chować reklamówki do torebki skoro ma ona aż takie zasługi w
dziedzinie pobudzania wyobraźni i procesów myślowych.

 

No bo może po to jest właśnie ta reklamówka.

A co by to było, gdyby np. skarpetkę umieścić w szufladzie
ze sztućcami?

Spróbujcie:)

chaotyczny rachunek

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Jak przy każdym weselu czas zrobić rachunek zysków i
strat.

Miło było spotkać się wreszcie w kompletnym komplecie, a
nawet z bonusem w postaci kotki Czesi należącej do Maxa. Kotka przyjechała aż z
Pomorza, po czym wpadła w wir przygotowań i tłum ludzi ( bo jako rodzina już
niezły tłum stanowimy, samego narybku osiem sztuk było), więc źrenice z
przerażenia rozszerzyły się jej do granic możliwości i takie już pozostały aż
do końca wizyty. My zaś, mimo niesprzyjających okoliczności typu braki łóżek,
zmienna pogoda, deficyty ciepłej wody i naczyń wszelakiego kalibru, mogliśmy
wreszcie spotkać się, pogadać bez reżimu upływających darmowych minut, pośmiać,
poczuć, że – choć rozsiani szerokim gestem po kraju – jesteśmy bliscy.

Kto wie kiedy następnym razem równie sprzyjające wiatry
przywieją nas w jedno miejsce o jednym czasie.

Może na ślub Maxa? Choć Amelia usilnie doradzała mu wzięcie
go po cichu i bez  rodzinnych zlotów.
Tylko to jednak nie ma takiego uroku, a każdy moment graniczny w naszym życiu
powinien mieć jakąś oprawę. Niekoniecznie wystawną ucztę. Może raczej chodzi o
wianuszek bliskich zgromadzonych wokół, może raczej o wspólny śmiech, o dobre życzenia.
Pewnie, że można pójść w dżinsach do USC 
i zarejestrować w pięć minut związek, a później zjeść z tej okazji
burgera w Mc Donaldzie. Tylko czy wtedy poczujesz się inny, a twoje życie
odmienione? A o to właśnie chodzi. O zmianę, która zaszła, o to, by ją poczuć,
wyryć w pamięci i sercu. Po to człowiek od zarania świata świętował, tworzył
rytuały, oprawiał ważne wydarzenia w kruszec obrzędów i niezwykłości.

Dużo dobrych rzeczy się wydarzyło.

Zadzwonił telefon i Kora dostała wymarzoną pracę, o którą
starała się od miesięcy. Aż oczy się wszystkim zaszkliły z radości, że oto
ciężkie czasy ma za sobą.

Przyszedł list i Rut wygrała kuty stolik kawowy do swego
ogrodu na działce. Och, już marzymy o chwili, gdy usiądziemy przy nim we dwoje
na patio i poczujemy aromat unoszący się z filiżanek.

Nusia tradycyjnie podbijała serca wszystkich znajomych i
nieznajomych.

– Przyjadę do ciebie – zaoferowała bez ogródek ojcu pana
młodego, a ten chodził potem i opowiadał wszystkim ze śmiechem jakiego będzie
miał gościa.

Zyskaliśmy więc nową rodzinę, odnowiliśmy stare więzy.

Ale i straty były. Jak zawsze, gdy tajfun wydarzeń porwie wszystkich.

Do dziś nie wiemy na jakim świecie jest część zastawy
stołowej. Prawdopodobne, że Charon przewiózł niektóre talerze i półmiski do
Krainy Wiecznego Milczenia.

Były też straty w ludziach…

Dusio się przeziębił, bo pogoda prześcigała samą siebie, by nam
udowodnić jak może być zmienną pod koniec maja.

A Nusia… tu jest najsmutniejsza część tej chaotycznej
opowieści o weselu.

Nusia i pan młody przez nieuwagę Rut poparzyli sobie nogi
wylewając na siebie kubek gorącej kawy:( 
Pan młody – Artur – z uwagi na fakt, że ma nieco grubszą skórę i był pod
spodem – obrażenia ma niezbyt dotkliwe. Nusia zaś, która siedziała w swej
ulubionej pozycji, czyli na kolanach u nowego wujka, ma na nóżce oparzenia I i
II stopnia, czyli duże bolesne bąble. Na szczęście Opatrzność , prócz nieuwagi
( być może spowodowanej zmęczeniem) wyposażyła nas również w refleks, więc
oparzenia zostały szybko wsadzone pod lodowaty prysznic i równie szybko
zaordynowano maść i opatrunek polecone przez Amelię, która – także dzięki
łaskawej Opatrzności – jest pielęgniarką i na co dzień zajmuje się podobnymi
przypadkami. Szczęście w nieszczęściu.

A jeśli dobrych stron szukać jeszcze uporczywiej to –
powinnam już wrócić do pracy, ale nie wracam, bo lekarz dał mi opiekę na Nusię
i jej nóżkę.

Nusia jest bardzo dzielna, daje sobie zmieniać opatrunki i
nie płacze. Wspomina tylko o nagrodzie za odwagę, czyli wymarzonym diademie
księżniczki.

Choć ostatnio wersja się zmieniała:

– Poprosiłam Pana Boga – zwierza się pacjentka – żeby to
krasnoludki dały mi diadem na Dzień Dziecka, żebyście wy nie musieli wydawać
ciągle pieniążków.

Cała Nusia:)

A nóżka do wesela się zagoi.

Tylko do czyjego wesela? Maxa? Kory? A może najmłodszego
Leosia? Czas obstawiać zakłady i dokupić naczyń:)

ze środka oceanu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Życie kipi, przelewa się, bulgocze jak aromatyczna
potrawa w garnku.

Świętowaliśmy Alusiowe urodziny – pierwsze
nastoletnie, potem Dzień Matki – pierwszy poczwórny, a wszystko to zanurzone w
słodko-kwaśnym sosie przygotowań do ślubu Amelii.

– Och, gdybym wiedziała, wzięłabym cichy ślub
– wzdycha panna młoda udręczona obrusami, poszukiwaniem sosjerek, rwaniem
koperku, zakupami, fryzjerem i wodną awarią.

A to tylko małe przyjęcie dla najbliższej
rodziny, a to dopiero odcumowanie statku w porcie.

Patrzę na nią, rok młodszą ode mnie z
zadziwieniem , niedowierzaniem.

Ona dopiero z doku wypływa, a za mną już
węzły szlaków morskich, a za mną już morza radości i oceany niepokoju, za mną
już burze i sztormy i dni bezwietrzne ze zwiędłymi płatkami żagli i śpiew
wielorybów i wyspy pełne skarbów, które odkryłam, za mną tysiące srebrnych
nieugłaskanych grzbietów fal, złote piaski plaż…

O tym wszystkim myślę wplątana w ślubne
przygotowania siostry, o tym dumam pomagając Dusiowi przygotować pracę na
konkurs. I czy to zbieg okoliczności, że temat brzmi: „O czym szumi morze?”

O czym szumisz moje morze?

Patrzę jak Amelia wsuwa złotą obrączkę na
palec męża i wydaje mi się jakby to było tysiące mil morskich ode mnie, setki
lat świetlnych wstecz. Jakbym życie przeżyła do końca i patrzyła z jego kresu
na początek.

A to przecież jeszcze nie kres.

Jeszcze tafla niezmierzona błękitna łączy się
cienką linią horyzontu z niebem. Jeszcze tyle razy mnie morze zadziwisz,
jeszcze tyle nie odkrytych lądów, nie zdeptanych piasków, szant wygrywanych
przez wiatry, jeszcze twarz nie zaorana do końca słoną bryzą, włosy nie
spłowiały w słońcu, jeszcze dziecko małe kwili.

Ale wstecz też to samo. Tafla niezmierzona
błękitna łączy się cienką linią horyzontu z niebem.

Gdzie jestem?

Jestem na samym środku oceanu.

Zrozumiałam to patrząc na Amelię w białej
sukni z jedną herbaciana różą w dłoni, z jednym rozmarzonym uśmiechem na
ustach.

– Obyście byli tak szczęśliwi jak my – tylko
tego im życzyliśmy, gdy podnosili kotwicę.

Lepszych życzeń nie znamy.