naszym przyjaciołom

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Każda podróż ma także
wymiar metafizyczny. Związana jest z istotą życia, które jest „stanem
pielgrzymim”. Robimy to najczęściej nieświadomie, nie podejmujemy refleksji nad
głębinowym wymiarem przemieszczania się, ale podróże są w gruncie rzeczy
podyktowane chęcią dotarcia do czegoś nowego i ważnego, istotnego do życia;
jest w nich pragnienie dotarcia „Tam”

                                                                   
                                    

 

                                                       Ks. Jerzy Szymik

 

 

Kiedy zamykam wieczorem oczy, obrazy z podróży migają mi w
zawrotnym tempie. Zupełnie jakbym nadal siedziała w naszym srebrnym aucie i
patrzyła przez okno na przesuwające się jak niemy film kadry krajobrazu.

 

pola jak arabskie dywany,

dziewczyna schodząca ze wzgórza w strugach deszczu. O czym
myśli ukryta pod kapturem płaszcza?

kobieta z rudym chłopczykiem rozmawiający w oknie. O czym
mówią zapatrzeni w tęczę ulicy?

drzewa i kwiaty o nazwach jeszcze dla mnie nie odkrytych,

pierwsze kombajny brodzące kołami w srebrze i złocie,

miliony okien w tysiącach domów wielkich i  małych

a za nimi…

różne opowieści o różnych kolejach ludzkich losów,

mimochodem odkrywam na nowo mego starego mistrza, wygrzebuję
z regałów jego książki, czytam i czuję, że wciąż myśl jego jest mi tak bliska
jakby była moją własną,

śmiech przyjaciół w świetle lampki stłumionym kraciastą
ściereczką,

gramy w monopoly do północy, jak dzieciaki targujemy się o
karty, stukają kostki o tekturową planszę,

pierwsze pomruki burzy w środku lasu i jej nagły atak u
kresu wędrówki: dla mnie „tremens et fascinans” jak zawsze, dla Laurki – po raz
pierwszy,

dostrzegane na nowo zachwyty utopione na dnie jej oczu –  nad źdźbłem trawy, kwiatkiem na cienkiej
łodyżce,

rozmowy ukradkiem o niczym, a o wszystkim co istotne

i myśl, która przebiega dreszczem nieustannie pomiędzy
wierszami: „czasem bywa naprawdę ciężko, ale to niewygórowana cena za to, że
jest pięknie”

bo jest

 – ludzie oglądają się
na ulicy, gdy idziemy z całym naszym przedszkolem,

uśmiechają się, gdy zrywa się tętent kilkunastu stópek
biegnących po łące,

piryt – „złoto głupców” leży rządkiem na straganie, dostępne
wszystkim, którzy go pożądają.

 

„Strzeż nas przed zwodniczymi blaskami Panie, przed chęcią lśnienia
inaczej niż zamierzyłeś”

 

Obrazy płyną dalej…

 

teraz w kruchych łódkach słów…

 

„Wcale się nie bałam” – zapewnia Nusia po przejażdżce w
ciemnej sztolni.

„Wszyscy pukaliśmy w bramę leniwych” – opowiadają na wyścigi
dzieciaki – „A tatek to trzy razy.”

„Trzeba uciąć razem z owocem – wtedy sadzonka ma dużo
pokarmu” – babcia Aniela uczy mnie rozmnażać róże. Tyle jeszcze rzeczy nie
wiem. Jak szkoda kiedyś będzie umierać z tą świadomością nie napełnionej
czarki.

 Ja i Ewa stoimy przy
oknie. Patrzymy na wielobarwną miniaturkę ujętą w białe framugi okien. Dzieci bawią
się na podwórku. Jak cztery lata temu. Jakby czas stanął w miejscu, a jednak…

„Czasem nie umiem do niego dotrzeć” – mówi ona. Komentujemy
dojrzewanie naszych najstarszych pociech. A może swoje własne dojrzewanie? Któż
to wie? Ja i ona w pełni lata, a może już u zarania jesieni.

"To jedna z najlepszych książek jakie czytałam" – Mamucica zdejmuje z półki swoje skarby, by się nimi podzielić. Jedna książka, druga, trzecia osuwają się w moje ręce.

„Ej piszczoła” – wujek co rano wita Laurkę. Twierdzi, że
dźwięki, jakie maluszek wydaje z siebie o piątej rano są poza wszelką skalą i
nawet z sopranem nie mają nic wspólnego. Zna się wujek, wszak chór prowadzi.
Męski:)

Łopot skrzydeł spłoszonych gołębi. Nusia i Mamuciątko
zmęczone długim spacerkiem i co rusz podsiadające wózek Laurce, na widok stadka
ptaków włączają piąty bieg. Klapanie sandałków, furkot, okrzyki radości
mieszają się z pogawędką staruszek na ławeczce.

Śląska gwara jest zaraźliwa. Usłyszane wyrazy przylegają do
myśli i szeleszczą nieustannie w głowie. Słowa twardnieją w ustach jak węgiel.
Śląski akcent faluje końcówkami zdań. „Na fiśli, na fiśli, na fiśli…poszeł bych
na fiśla.”

„Gdyby tak mieć taki wielki łuk i żeby był zaczarowany… –
marzą chłopaki leżąc do góry brzuchami na trampolinie. Słucham ich rozwieszając
obok pranie. „Ciociu, a jak długo Ala i Dusio tu zostaną?” – Tymek z obłoków
schodzi na ziemię. Niesamowita przyjaźń połączyła dwóch chłopców. Męska,
aktywna, rzeczowa. Z takim hartem ducha powstrzymywali grymas bólu przy pożegnaniu.
Prawdziwe męskie serca.

 

„Szkoda, że mieszkamy tak daleko”.

Ile razy powracał ten refren? Policzyliście przyjaciele?

 

Obrazy niesione falą zapachów…

 

Mamut nożykiem do pizzy wykraja zgrabne kwadraciki z ciasta.
Mamuciątko i Nusia nakładają marmoladę i zawijają różki do środka. Jeszcze
chwila a cała atmosfera mieszkania nasyca się zapachem pieczonych ciasteczek.
Dom wtedy pachnie domem najbardziej na świecie.

Zanurzamy się w pachnący cień rezerwatu. Dzieci idą przodem.
My za nimi. Laurka śpi w wózku. Wilgoć, mech, zbutwiałe poszycie i buki jak
drzewce z Tolkiena przenoszą nas w świat  sprzed stuleci.

Pachnie jeszcze rosa, gdy obie ze złotowłosą córeczką Ewy
rwiemy wiśnie w sadzie. Owoce są już prawie czarne. Staroświecka odmiana,
jakiej nie znajdziecie w żadnej szkółce. Kompot pachnie gorzkawo, przywodzi
zapachy dzieciństwa.

I jeszcze złota bramka ogródka spowita różanym aromatem,

śląskie roladki, ciasto z agrestem,  wiśniowa nalewka…

 

Kiedy zamykam oczy, obrazy wciąż migają w zawrotnym tempie. Słowa,
myśli, widoki, zapachy, wrażenia kiedyś się przesypią. Zostanie na dnie sita
piasek złoty.

Dobrze było być z wami przyjaciele.

 

 Dziękujemy za tomik, gry, księżniczkowe naklejki, za
nalewkę, kluczyki, za szaloną stokrotkę, za owieczkę co miękką wełnę maaa, za
wszystkie ciuszki i buty mniejsze i większe i w ogóle za udowodnienie, że
samochód, choć nie jest z gumy – pomieści wszystko; a serce, choć zwykłe,
ludzkie – jest niewyczerpalnym źródłem.
Za czas dziękujemy.
Za wszystko.
Za Was:)

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *