sztuka przez duże S.

Dusio i Ala opowiadają jak Nusia pokazywała tatusiowi własnoręczny rysunek z chińskim kotem.
Nie pytajcie dlaczego z chińskim i czym owy różni się od polskiego. Jak znam chińszczyznę to pewnie futerko miał nie naturalne a sztuczne:)
Więc Nusia wielce zadowolona ze swego dzieła podsadza je pod nos steranemu ojcu.
– Chiński kot – reklamuje.
– Noooo!!! – zauważa z nieukrywanym podziwem widz.
– A tu mu woda tryska z pupy – objaśnia dalej artystka awangardowa.
Koneser sztuki wytrzeszcza oczy i … no tak, rzeczywiście – sika woda z pupy!!!
– Bardzo brzydko. – oświadcza zgorszony.

Ambiwalencja ludzkich sądów:)
I bądź tu człowieku artystą!!!

a to ci ptaszek…

– O Boże!!! – jęknęła nasza znajoma Mona, gdy usłyszała wierszyk przekazywany w naszym rodzie z dziada pradziada.

Mona jest Rutkową znajomą ze szpitala. Z czasów zamierzchłych, gdy Rut leeeeeżała na bardzo dramatycznym podtrzymaniu ciąży Nusią. Mona też zległa w tym samym celu, tyle, że powiła później córeczkę Werę. Obie szybko się zaprzyjaźniły, a podobieństwo losów do tego stopnia je dotknęło, że w cztery lata później Mona powiła kolejną córeczkę, a i Rut w tyle nie została wydając na świat Laurkę.
Obie rodziny weszły więc w zażyłość wielką acz z rzadka okraszaną wizytami, bo powodów nie-spotykania się jest aż sześć. Czasem choruje i zaraża Dusio, czasem Ala, potem Nusia. Gdy skończy Nusia, przychodzi czas na Werę, potem jej siostrzyczkę. A gdy wszyscy już w dobrym zdrowiu, zaczyna noskiem siąkać Laurcia. I tak w koło Macieju – cytując Maciejkę:)

Tym razem zdarzył się cud i Mona z mężem i córeczkami przyjechali do Rutków.
Przy okazji zabawiania najmłodszych latorośli, które jak przylutowane tkwiły twardo przy swych mamach, rozpoczął się koncert wierszyków i wyliczanek dziecięcych.
Wśród nich zaś ten, który mógłby z powodzeniem konkurować ( zwłaszcza w końcówce) z wiekopomnymi dziełami Hitchcocka.

Zaczyna się niewinnie…


Tu-tu-tu ( stukamy palcem w rączkę) soroczka
Dzieciom kaszkę warzyła
Na półmisku mierzyła
Temu ( pokazujemy jeden paluszek) dała w szklaneczkę
Temu ( drugi) dała w kubeczek
Temu( trzeci) dała w miseczkę
Temu (czwarty) dała w talerzyk
A temu ( kręcimy kciuk)…

UWAGA!!!!!!!

Krętu – krętu głowę urwała
I poleciała na ogrody pić wody:)

 
Na te słowa właśnie Mona wezwała imię Boże nadaremnie, a następnie przedstawiła zgoła inną wersję wierszyka o jakiejś woronce, która nikomu nic nie urywała i ogólnie przykładną mamą była.

Rutki wierszyk o obrywaniu łepka wcale nie przeraża, bo od maleńkości go słyszała od swojej mamy, która słyszała go od swojej, a ta znowu od swojej…

A ostatnio Rut zasłyszała gdzieś, że w bajkach i baśniach musi być jednak trochę( z akcentem na trochę) zła i przemocy, bo one są zwierciadłem, w którym przegląda się nasz nieidealny jednak świat.
Ważne tylko, by obok zła było dobro i by to ono ostatecznie zwyciężyło.

Bracia Grimm o tym wiedzieli. Bez oporów obrywali nie tylko łepki, ale i nogi, rozpłatali brzuszyska, obcinali pięty…


Jakby tu ukarać tę wyrodną soroczkę?


 

mała apokalipsa

Jest zdanie – wytrych.

Zdanie, które pustoszy psychikę małego człowieka jak świat bomba atomowa.
Zdanie od którego Laurci warzy się mina zupełnie tak jak zwarzyła się Misiowi polewa na ciasto.
Zdanie, od którego rozpacz maluje się na twarzy zupełnie taka jak na obrazie pt. „Krzyk” Muncha, a może nawet jeszcze głębsza.
Zdanie, które grozą przeszywa kości i serduszko rozdziera strasznymi podejrzeniami.
Zdanie, które wyciska łzy z ócz prawie czarnych niemal tak skutecznie i nagle jak cebuli krojenie.
Zdanie, po którym krzyk bólu lotem błyskawicy rozdziera powietrze.
Zdanie, które podrywa natychmiast maleńką pupcię i każe nóżkom biec w pogoni, a rączkom spazmatycznie chwytać skrawki szat matki uchodzącej nie wiedzieć gdzie.
Zdanie najupiorniejsze na świecie, wieszczące koniec życia, radości i bezpieczeństwa.
Gdy przebrzmi ostatnia jego głoska to już tylko płacz, smutek, rozpacz i rwanie włosków złocistych zostanie.

Popilnuj jej” – brzmi to zdanie rzucane na odchodne przez umiłowaną mamę:)

i… klamka zapada
i… świat gaśnie


Każdy ma swoje własne małe apokalipsy.


Czasem malutkie jak ziarnko gorczycy, a tak wielkie.

w szczelinie światów

– Kiedy będzie drugi świat? – znowu Nusia, która ostatnio w nastrojach filozoficznych brodzi po kolana.
– Nie wiem. – odpowiada Rut zgodnie z prawdą. I może jest to odpowiedź najbliższa prawdy ze wszystkich, które udzieliła w swym życiu.
– A my tam będziemy?
– Postaramy się. Bo tam będą tylko dobrzy ludzie.
– A dziadek R. ?
Rut zaczepia myślą o zaświaty, w  których jej tata przebywa od lat dziewięciu.
– Tak. Będzie. – mówi spokojnie.
– Ale on nie żyje. – przypomina dla ścisłości córeczka.
– Nie żyje, ale zmartwychwstanie i będzie żył znowu.
– A Jezus?
– Jezus już zmartwychwstał.

Chwila milczenia wypełniona namysłem dziecięcym, zawiesistym.
– A czy ja dotrwam do Bożego Narodzenia? – pada pytanie gdzieś z końca przeprowadzonego ciągu myślowego.
Rut zaczyna się śmiać.
– O – mówi rubasznie – Jesteś młoda i zdrowa. Myślę, że dotrwasz.



„Chociaż nigdy nie ma pewności” – myśl jak cierń wbija się w serce.

Ile takich cierni zarysowuje co dzień nasze serca.
„Z prochu powstały i w proch się obrócą”. – nie ma boleśniejszej myśli dla matki.

I nie zgadza się serce i krzyczy, że to nie do końca prawda.

Nie tylko z prochu powstały, lecz z cierpienia, samozaparcia, łez tysiąca, z sekund sączących się szpitalną kroplówką, z oczekiwania, z miłości wielkiej.

To wszystko ma wagę złota nie prochu.

Widzisz to. Rozumiesz.
Przesyp nasze dzieci jak kamyczki złote z jednej dłoni w drugą.


wzrost

Nusia ostatnio co wieczór skarży się na ból nóżek.

Targani różnymi podejrzeniami, skłaniamy się jednak ku hipotezie, że jest to skutek bardzo intensywnego wzrostu całej córeczki ze szczególnym akcentem na nogi. Kończyny dolne bowiem wybitnie chude i dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie zgodnie z prawami genetyki odziedziczyła w całej swej rozciągłości po mamie.
Niektórzy nawet skłonni są twierdzić, że Rut składa się głównie z nóg, u szczytu zwieńczonych niewielkich rozmiarów główką.
Tak zresztą Rut rysowana była przez wszystkie swoje dziatki, gdy przechodziły stadium rysowania „głowonogów”.
Gdy więc Nusia wspomina o bólu nóżek, zawijamy Misia Buraska Dużego w koc czyniąc zeń stworzenie mumiopodobne i układamy pod nóżkami, by im nieco ulżyć w trudnym dziele rozwoju.
– Rośniesz – tłumaczymy spokojnie i nóżki – jak ręką odjął – przestają boleć.

Aż tu pewnego dnia rozlega się…

– Oj, boli mnie głowa!!! – dramatycznie wyznał tata szperając w szafie w poszukiwaniu skarpetek.

– Rośniesz. – padła przenikliwa diagnoza z ust doktor Nusi:)

scenka w blasku świecy

Zelżały mrozy, ucichły wiatry, a mimo to w sobotni wieczór zamrugały nerwowo żyrandole, zaczkał telewizor i …wszystko zgasło.
Na kilka długich godzin.
Zapaliliśmy wszystkie wyszukane świece, ustawiliśmy za nimi lusterka, rozłożyliśmy na podłodze kołdrę i położyliśmy się na niej jak stadko spłoszonych przepiórek.
 
– Mamo, czy ziemia jest duża czy mała? – pyta Nusia wpatrzona w ciemność za oknem i jedną jedyna gwiazdę podobną do płomienia świecy.

– Duża. – odpowiadam.
– A my jesteśmy mali. – stwierdza już, nie pyta.
-…
– Jesteśmy takimi zabawkami.
-…?
– I musi być ktoś duży.
– …??
– On się nami bawi.
– …?!
– Na przykład jedzie nami do dziadków.
– …?!!
– On stworzył ziemię i nas. Wszystko.
– ?!!!

Zdumienie.

Gdy skończył się filozoficzny wywód zapadła cisza. W ciemności, chyboczącym blasku świec rozstawionych wszędzie, pod czujnym okiem gwiazdy jednej jedynej.


Ludzkość u swego zarania, gdy dzieckiem była pięcioletnim też wpadła na podobny trop.
Jesteśmy mali, więc jest Ktoś większy. Dużo większy i dużo mądrzejszy. On się bawi wszystkim.

A potem przyszedł On.
 Przeszedł przez życie dobrze czyniąc wszystkim, z miłości do wszystkich umarł na krzyżu, by przekonać przynajmniej niektórych, że …

nie dla zabawy nas stworzył, nie z nudów,
że nie jesteśmy pacynkami na Jego dłoni, marionetkami w Jego teatrzyku,
że nie jest znudzonym demiurgiem, któremu wszystko jedno co z nami będzie.

Że wszystko co jest, jest ogromnie na serio.
Że wszystko jest z miłości.
Że wszystko złożone w nasze ręce.
Że mamy wybór.

 Że my piszemy scenariusze.
Czasem w blasku jednej jedynej świecy.



gołębi psalm

To zdjęcie zrobione było na jesieni. Kaleki gołąb sfrunął na naszą działkę. Nie miał jednej nogi. Nic nadzwyczajnego wśród gołębi. Z kalectwem radzą sobie świetnie.

Zawsze kiedy widzę gołębia przypomina mi się psalm. Jego słowa przesuwają się jak paciorki w głowie.
Tak jak je pamiętam, zbliżone tylko do oryginału.
Gdzieś głęboko w sercu zawsze znajdują rezonans.

Co jest w słowach niektórych, że nas tak poruszają?
Jak dzwonom spiżowym rozkołysują serca?

gdybym był jak gołąb
o gdybym był gołębiem!
 oto bym uleciał
uleciałbym i ukryłbym się w załomie skały
w jej cieniu bym spoczął
ukryłbym się przed zawieruchą
nie znalazłby mnie tam wicher
ani upał mnie nie dotknął

gdybym był jak gołąb…


Nawet nie wiem który to psalm dokładnie.
Ale zawsze gdy widzę gołębia, odzywa się we mnie.

Czuję czasem nawet jak drżą mi skrzydła.


układanka

Piórko vel Lala vel Lara czyli Pani Laurcia z chochołami w oczkach otrzymała od pewnego znanego świętego drewnianą układankę z gospodarskimi zwierzątkami.
Kogutek, krówka, owieczka i źrebaczek, a do tego ich obórka muszą trafić w wykrojone dla nich specjalnie miejsca w deseczce. Owieczka i krówka bardzo szybko się tego nauczyły, źrebaczek był nieco bardziej oporny, a kogutek zdecydowanie najmniej „kumaty”. Obórka nigdy jakoś nie pomyślała o ruszaniu się z miejsca, bo obórki nie mają tego w zwyczaju.
Ale czas mijał, Piórko wciskało zwierzątka dzień po dniu aż w końcu uznało, że to…

nuuuuuda!!!!

Piórko pogłówkowało i znalazło bardziej innowacyjne zastosowanie dla układanki ze zwierzątkami.
Chochoły w oczach miały tu zapewne niebagatelne zasługi:)
W każdym bądź razie pewnego dnia maluszek wziął świnkę, schylił się, położył na podłodze i zwierzątko zniknęło. Potem wziął krówkę, znów zmienił pozycję na bardziej horyzontalną i Mućka poszła w ślady świnki. W podobny sposób skończył kogucik i konik, a na końcu też obórka, która jednak postanowiła ruszyć się z posad, by sprawdzić gdzie podział się inwentarz.
– Gdzie są zwierzątka? – zapytała zaniepokojona Piórkowa mama patrząc na pustą deseczkę.
– Glu – humunuuuu – zagulgotało Piórko pokazując usłużnie paluszkiem na wąską szparę pod kanapą.
Mamusia więc położyła się na podłodze, zapuściła swe ciemne oczy w czeluść równie ciemną i… znalazła całe zabłąkane i nieco przerażone stadko.( Bo nie wiem jak u was, ale u nas pod kanapą są koty. Możliwe nawet,  że d z i k i e .) Po czym je – to stadko!!! – mamusia uratowała przy użyciu żółtej muchołapki ( sprzętu bardzo użytecznego latem, a zimą przebywającego na zasłużonym urlopie w kącie za kanapą).

Od tamtego dnia zsyłka zwierzątek wraz z obórką dokonuje się kilka razy dziennie, po czym mamusia z łapką dokonują akcji wyswabadzania jeńców z lochu pod-kanapowego. Czasem do akcji włącza się desant w postaci Nusi, a innym czasem – nawet tatusia.

I tak jest o wiele ciekawiej.
Czyż nie???  🙂

Pani Laurcia z Panem Kotkiem Gałgankiem i Chochoły mieszkające w oczach:)


wiosny wabienie

Na strychu – cisza niepokalana.
W powietrzu przesyconym romantyczną wonią proszku E rozlega się pierwszy śpiew jakiegoś wiosennego ptaszka.
Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc bierzemy sprawy w swoje ręce.

CD z ptakami słuchamy, które mi Max ornitolog kiedyś tam przegrał ku pokrzepieniu dusz.

Limeryki z Alą układamy.
Na ten przykład:

Żył sobie tukan z Nałęczowie
Gdy był chory, leżał w rowie
Mlaskał przy tym wniebogłosy
Oraz spijał krople rosy
Myślał, że się nikt nie dowie.


Kameleon mały żył raz w Katowicach
Kiedyś spotkał muchę o czerwonych licach
Siadła mu na nosie
I była nie w sosie
A potem zaczęła myć się w dwóch miednicach.


Rosły dwa dęby potężne w Nowym Jorku
Jeden z nich rósł w płytkim dołku
Bały się burzy
I kolców róży
Więc wytrzymały tylko do wtorku.

Przy okazji córka moja poetycka obraża się na mnie na pół godzinki.
– Dlaczego się obraziłaś?
– Bo mnie ciągle krytykujesz?
– Tłumaczę, a nie krytykuję. Kiedy byłam w twoim wieku, też nie umiałam pisać wierszy. (Nawiasem mówiąc – myślę sobie – do dziś nie umiem:)

Zaciera się subtelna różnica między krytyką a tłumaczeniem. Wchodzimy w pierwsze wiraże okresu dojrzewania.

Ale do wiosny wracając…

Przeglądamy po raz tysiąc trzysta siedemdziesiąty drugi pismo „Weranda Country” spijając resztki farby drukarskiej w różnych odcieniach z jej stron powabnych pełnych domków drewnianych, pięknych detali wystroju wnętrz, łąk, ogrodów, zwierzątek dużych i małych.
Jednym słowem – country:)
 Narzutę na kanapę kwiecistą szyjemy.
Kotka ze starych ścinków klecimy dla Lali ( jeden z pseudonimów Piórka).

Wszystko, by wiosnę zwabić, przynęcić.
Poezją, ptasim śpiewem, kwiatami, ciepłą myślą, barwami, kotkami marcowymi.

i jakby słońce dziś mocniej przygrzało…
jakby pierzynka biała stajała nieco…