recenzja

Rysuję coś tam na tablicy.
Od razu – dla jasności – przyznam się, że żaden że mnie Rubens czy Picasso, ale  rysować umiem:)

– Ale pani ładnie rysuje!!!!!!! – któremuś z uczniów zachwyt eksplodował w piersi – To   n i e s p r a w i e d l i w e. – dodaje surowo, karcąco nawet.

Aż mnie wmurowało pod tablicą.
Tyle niesprawiedliwości jest na świecie:)
Wprost nie do uwierzenia jak  dużo.

rachunki humanisty


Miś pomaga Ali w matematyce, która jest Alusiową piętą Achillesową, a Misiowym konikiem.
Połączenie takowe daje efekt w postaci napięcia nerwowego o dosyć dużym natężeniu. Miś rzuca wokół gromy, piorunuje spojrzeniem, wzywa niebiosa na świadka, że oto pokłady cierpliwości są na wyczerpaniu. Tymczasem córka bynajmniej nie przyjmuje tego ze stoickim spokojem i każde działanie zakrapia obficie łzami.
Czasem posiedzenia bywają tak dramatyczne, iż kończą się Wyjściem Smoka z charakterystycznym łupnięciem drzwiami.
Tym razem też tak siedzą rozbierając na części pierwsze jakoweś zadanie.
– No, napisz dwadzieścia tysięcy. – komenderuje nieco już podenerwowany rodziciel.
Ala pochyla głowinę i posłusznie pisze.
– Co ty napisałaś?!!!
– Dwadzieścia tysięcy. – potulnie Alusia.
– Czy dwadzieścia tysięcy pisze się 20 tys.?!!! – srogi nauczyciel zadaje kolejne pytanie z rodzaju retorycznych.
Alusia wybałusza oczy zupełnie nie rozumiejąc pretensji.
Tutaj cichutko do dysputy naukowej wtrąca się Rutka grzejąca plecki przy grzejniku i obcierająca cieknący nos bobaskowi.
– Humaniści tak piszą dwadzieścia tysięcy. – usprawiedliwiająco rzecze.
– Dwadzieścia i trzy zera się pisze. – na to ścisłowiec twardo.



Może się i pisze, ale nie w naszej bajce:)

porządki



Temperatura sięgnęła już 20 stopni Celsjusza.
Oficjalnie więc ogłaszamy początek wiosny i… cygańskiego życia na działce.
Sad kochany, stary porządkujemy.
Nie chcemy go  uczesać z przedziałkiem. To nie w jego stylu i nie w naszym. Ma być uroczy, dziki, tajemniczy. Musi pozostać domem dla ptaków, które zasiedliły dziuple starych jabłoni. Niech będzie miejscem igraszek dla zajęcy, czasowym schronieniem dla przepiórek, rajem dla motyli. Niech rosną w nim młode panny brzózki i młodziankowie dębowi hardzi i sosenki – brzdące.
Ale trzeba o sad zadbać jak o sędziwego staruszka. Dzikie, kolczaste krzaki przyciąć, drzewa uschłe usunąć, przerzedzić, trawy nieco przyczesać, karpy wyrównać.
Cały dzień mężulek z najemnym pracownikiem na tym spędzili. A potrzeba jeszcze wiele dni, by wieloletnie zaniedbanie nadrobić.

– Tu jest jak w Dolinie Tęczy… – mówi Ala, gdy rozsiadamy się na grubym pledzie z zeszłorocznych traw.
Bo Ala jest właśnie po lekturze całej serii o życiu Ani z Zielonego Wzgórza  i aktualnie na etapie zadawania sobie dramatycznie egzystencjalnych pytań typu: jak żyć bez czytania o dalszych jej losach i dlaczego Lucy  M.M. napisała tak mało???
– Zobacz jak ludzkość ogromnie odczuwa brak dobrych książek, jakie to dla niej cierpienie i coś z tym zrób – doradzam w tej samej tonacji.

A sad szepcze, pachnie.
Kiedy patrzę jak Laurka pałaszuje pajdę chleba, potem zapija cacusiem, a potem kładzie się na trawie na brzuszku i obserwuje dziwaczny taniec taty z sekatorem myślę, że ma duże szanse by być dzieckiem chowanym na łonie natury.


Wszystko wydaje się być na dobrej drodze do wiosny i na dobrej drodze w ogóle.
Czasem tylko nocą zmartwienia przybłąkają się jak smutne bezpańskie psy, ale – myślę sobie – i one mają swoje miejsce na świecie, a Ty wiesz, co z nimi zrobić, by nas nie kąsały.
Może ten staruszek sad próbuje nauczyć mnie tego spokoju.
Nie bronienia się przed tym, co nieuchronne. Przed czasem, który upływa nieustannie, przed bólem, który czasem konar odłamie.
Radowania się z tego, co oczywiste. Zapachem trawy stygnącej w wiosennym słońcu, dzieckiem cieplutkim przy piersi.

Wszystko jest na dobrej drodze.

 Wiosenne porządki w sadzie i w głowie:)

 

ahuw jakar


Dawno, dawno temu postanowiłam pouczyć się języka hebrajskiego. Pół roku po jednej godzinie tygodniowo.
Zbyt krótko, bo go poznać, lecz na tyle długo, by zakochać się w jego chropowatej nieco strukturze i podobnej tchnieniu wiatru melodii.
Znam tylko kilka liter, więc nie czytam, nie piszę. Słucham tylko czasem i – choć nie we wszystkich kręgach zabrzmi to politycznie poprawnie – mam nadzieję, że gdzieś we mnie krąży choć jedna hebrajska kropla krwi . Ziemia, z której wyrosłam przesiąknięta jest krwią Żydów, więc czemu nie.

Jak papuga nauczyłam się tej piosenki, nauczyły się jej moje dzieci i nucimy ją sobie nostalgicznie marząc, że jesteśmy Jego ziemskim rodzeństwem:

Ahuw jakar, acarti afilu lir’ot kama ze ole li – kochany mój, nawet się nie zatrzymałam, aby spojrzeć – ile mnie to kosztuje.
Ahuw jakar lo hisz’arta gam lo zikaron sze-ihje li be lajla kar – kochany mój, nie zostawiłeś nawet wspomnienia, które miałabym w zimną noc…

Ahuw jakar , kochany mój… – jak to pięknie brzmi, cały ogrom miłości zmieścić można w tych dwóch słowach.

Posłuchajcie.
Może wy też pokochacie ten język.

powiew wiatru

matrix

Zajęcia w grupie pięciolatków.

Podchodzi Amelka i zafrasowana pyta:
– Czy to prawda, że kiedy nas jeszcze nie było i byliśmy w brzuszku u mamusi, to chłopcy chodzili w spódniczkach i w sukienkach?

Nie umiem nawet opisać w jaki popłoch wpadły moje szare komórki na dźwięk tej zagadki.

A potem nagle puknęło mnie po głowie coś w rodzaju piłeczki ping-pongowej – takiej , jaka pacała pomysłowego Dobromira, gdy doznawał „przebłysku geniuszu”.

Sterane, szare komórki zrobiły salto i …

… skok myślowy w prehistorię.

– Tak, to prawda – odpowiedziałam – Bo kiedyś ludzie nie umieli jeszcze szyć spodni, więc chłopcy chodzili w spódniczkach.

Zmylił mnie ten „brzuszek u mamusi”, a przecież nie wszystko należy brać dosłownie.
Może nawet niewiele trzeba brać.

Scenariusz do Matrixa na pewno napisały pięciolatki:)

placek z rodzynkami

Nie myślcie tylko, że znajdziecie tu przepis na jakiś smakowity deser. Po prostu udało mi się w końcu ściągnąć plik z rekolekcji polecony jakiś czas temu przez Mateusza.
Wczoraj go odsłuchałam i z czystym sercem mogę polecić każdemu, kto szuka Słowa.
Anett, to katecheza zupełnie w naszym stylu, pełna pasji, radosna, mocna. Po prostu Dobra Nowina, która zostaje na dnie serca.
Ja od wczoraj wciąż się zastanawiam jaki Mu placek upiec:)

Posłuchajcie o Rut, która nawet imienia porządnego nie miała, o Dawidzie, który robił z siebie pośmiewisko, o Habakuku, niesionym za włosy przez anioła, by Danielowi garnek zupy dać, o karmie dla węży i o kabaretowej scence z Abrahamem w roli głównej.
Posłuchajcie, a może lepiej zrozumiecie siebie i znajdziecie Jego.

placek

nakrapiany posłaniec

Zamieszkała za nami biedronka dwukropka.
Jeśli wierzyć ludowym wierzeniom ma dwa latka i zupełnie podobna jest do Laurusi jeszcze nie dwuletniej, ale już prawie, prawie… Wszędzie włazi, bez żenady we wszystkie katy zagląda, pojawia się jak duch nie wiadomo skąd i nawet babcię w rękę ugryzła, gdy babcia się nad nią roztkliwiała, że taaaka śliczna.

Lalusia oczywiście pokochała biedronkę uczuciem żywym i pełnym fascynacji. I pewnie dlatego paluszkiem ją ściga i rozgnieść usiłuje, co jej skutecznie – jak na razie- utrudniamy.

Biedroneczko leć do nieba, przynieś nam kawałek chleba – przypominam sobie starą dziecięcą odezwę.
– Kto tak mówił? – chce wiedzieć Nusia
– My, jak byliśmy mali.
– To wy wtedy nie mieliście jedzenia?
– Mieliśmy, ale i tak prosiliśmy o chleb.

Ot, i pazerność została ujawniona:)

I jeszcze jeden wierszyk pamiętam:
Konkoroda, konkoroda, czy będzie deszcz czy pogoda? – powtarzaliśmy w kółko wpatrzeni hipnotycznie w czerwony grzbiecik.
I gdy biedronka odleciała w trakcie „pogody” miała być pogoda, a gdy w trakcie „deszczu” – plucha.
Ale dziś to każda biedronka kręćka by dostała.
Mieliśmy co godzinę zmianę pory roku. Obudziły nas potoki wody, optymizmem natchnęły potoki światła, potem wicher zadął jakąś smętną dumkę i wywołał prawdziwą śniegową zamieć.

No, ale skoro jest biedronka i bazie na parapecie i prymulka się śmieje, a za oknem stado jakieś długoszyje w kluczu szybowało to wiosna już tuż tuż.

A najważniejsze, że dalie przez internet kupiłam( 30 sztuk!!!) i nasionka w mojej skrzyneczce przejrzałam.
Aż mnie gracka świerzbi:)

pomiędzy żywiołami


Nie wolno srebrzystej okrągłej tabletki popijać czarnym jak noc naparem.
Teraz już to wiem.
Nie wolno pić kawy, gdy księżyc jest w pełni.
To groźne połączenie.
Noc ze środy na czwartek nie przespana w 98%. Mniej więcej. Film urwał się dopiero około 5:20 nad ranem, a o 6:00 rozpoczął się nowy odcinek:) Wstałam chwiejąc się z łóżka, ubrałam się mechanicznie jak nakręcana zabawka, zapakowałam dzieci do auta i ruszyłam do pracy. Z jedną tylko uporczywą myślą – Uważać na drodze!!! To nic , że nie wiesz dziś jak się nazywasz. Uważaj!!!
Pedały auta jakieś dziwnie ciężkie, skrzynia biegów stawia opór, jazgot w szkole spotęgowany, światło zbyt jasne, torba zbyt ciężka.
Nie wolno srebrzystej okrągłej tabletki popijać naparem z kawy.
Tym bardziej, że słońce w tym czasie kipiało jak gulasz nad ogniskiem.

To nieprawdopodobne, że taka malutka istota jak ja tak mocno sprzęgnięta jest z kosmosem. Że czuję puls słońca, że ten sam księżyc rządzi mną jak przypływami i odpływami mórz, że wystarczy mocniejszy oddech wiatru, by zmienić rytm mego życia.

Teraz wszystko ucichło. Słońce ostygło, księżyc coraz bliższy literze C.
I Laurka – ostatnio tak poirytowana – jest znowu znaną wszystkim śmieszką i trzpiotką. Wszystko wraca do normy.
Tylko w Ali wewnętrzna rozpętuje się burza i czasami bezrozumnie niszczy wszystko. Własne księżyce i słońca wszechwładne nosi w sobie nastolatka. Poddaje się ich przemożnemu wpływowi, a one ją odmieniają, przeobrażają.
Wolność, Samostanowienie, Identyfikacja…- długo można by wymieniać nazwy gwiazd młodości.

Taki czas, taki czas… – znów muszą powiedzieć Indianie, aczkolwiek wiele ich kosztuje ten spokój i fajka już tak nie smakuje.

– Wiesz jaką nam przykrość robisz, gdy tak mówisz. – podejmuję temat, gdy któraś z kolei zawierucha minęła.
– Wiem. – odpowiada córka najstarsza.
 – Czy ja kiedykolwiek do ciebie tak powiedziałam?
– Nie.

Więc…

Nic już nie dodaję. Wnioski musi wyciągnąć sama, choć wyraźnie ta funkcja w czasie dojrzewania jest mocno uszkodzona. Nie mówię tego z ironią. Po prostu pamiętam.
Ale do następnego razu słońce będzie świecić.

Jacy mali jesteśmy… – myśli same siadają jak motyle na kanwie wydarzeń ostatnich dni – Targają nami zawieruchy zewnętrzne i wewnętrzne, ciosają nas wichry z wierzchu i rozsadzają ładunki od środka.
Jak tu się ostać, jak przetrwać, jak iść dalej?
Jak tracąc wiele, siebie nie zatracić?
Jak gubiąc się na każdym kroku, siebie nie zagubić?
Jak zrozumieć swój własny żywioł, obłaskawić go lecz nie zagłaskać?

Czy te pytania kiedykolwiek tutaj znajdą odpowiedź?

przed trybunałem


– Mamo – donosi Nusia po powrocie Rutki z pracy – tata źle traktował Larusię.
– Tak? A co robił?
– Jak płakała, to rzucił ją na podłogę. – oskarżycielskim tonem odpowiada usłużny kapuś.
– Nie rzuciłem!!! – broni się podsądny – Tylko posadziłem.

No, ale kto by słuchał podsądnego.
Oni wszak zawsze są NIEWINNI:)

Słowo obrończe:

A ofiara przemocy, czyli Piórko rzeczywiście ostatnio daje się we znaki. Jest krnąbrna, zwariowana, histeryczna i wściekła prawie tak jakby weszła już w bunt dwulatka. A gdzie tu jeszcze do lat dwóch. Każdą furię staramy się przeczekać na chłodno i na stanowczo. Czasem więc nie obywa się bez posadzenia na podłodze.

Taki wiek. – jak mawiają starzy doświadczeni Indianie spokojnie paląc fajkę pokoju:)

szepty błękitne


Kiedy niebo błękitne, myśli błękitnieją.

 Płyną dobre myśli niespiesznie jak białe obłoki. Popycha je delikatny podmuch przebudzonych marzeń, tęsknot. A wydawało się, że niektóre umarły już na zawsze, że nigdy się nie odezwą, nie zakwilą w sercu. I wystarczył jeden promień słońca, by zapukały znów w drzwi życia, by zaczęły szarpać za poły snów, szeptać nieustannie:
A może…A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…

Ten sam promień słońca zauważyła Laurka na podłodze pokoju. Ścielił się jak jasna smuga, jak droga jakaś, więc nóżką go przydepnęła i zaczęła iść po nim.

Tyle magii jest w życiu.

Wraz z pierwszym oddechem wiosny, sezon na działce rozpoczęty. Znów gnam małym czerwonym autkiem wiejską zakurzoną szosą, nagie zalotnice brzozy zaglądają mi przez szyby wdzięcząc się na wietrze, strojąc w szale ze słonecznego światła.

Tyle magii…

W sadzie cicho, ciepło, ptak jakiś śpiewa spełniającą się tęsknotą. Suche fale traw wyczesane zimowymi wiatrami wyglądają jak niezmierzony zastygły ocean. Pachnie, głaszcze po twarzy, w oczy zagląda piękno nienazwane.
Czy poza tym sadem jest świat jakiś?
Nie ma.
Tutaj przestaje wszystko boleć. Nie ma znaczenia, że ktoś tam niegodziwy błotem obrzucił…że część życia na wodzie pisane patykiem…że huśtawka codzienności o mdłości przyprawia.
Tutaj jest tylko TU i TERAZ. Żadnych innych wymiarów czasoprzestrzeni. Może dlatego tutaj najlepiej Cię słyszę, czuję każdym ścięgnem.

– Chciałabym…zawsze chciałam tu dom postawić. Tu mieszkać – mówię mężowi.
Uśmiecha się. Wie.
A może… A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…szepczą białe obłoki w głowie i nad nią.

Tyle magii…