twardy dotyk drewna

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Tato, masz nowennę do Charbela?
– pyta półgłosem poważny syn.

– Mam. – odpowiada Miś i wraz z
Rut zaczynają szperać na parapecie między książkami.

– Tutaj. Z tyłu. – pokazuje tata
podsuwając Dusiowi książkę o świętym.

Syn bierze i wychodzi do swego
pokoju. Rodzice nic nie mówią, choć ich twarze wyrażają więcej niż słowa.

– Pewnie będzie się modlił o zdrowie
Laurki. – szepce Rut już w kuchni swe domniemanie.

                                        *                  *                      *

Bo, żeby tradycji stało się
zadość, dokładnie na tydzień przed wigilią, wirus zagościł w naszym domu.
Rotawirus, a wraz z nim niemiła wizja szpitala i kroplówek, bo malutka szybko
się odwadniała.

Na szczęście udało się.

Gdy pisałam niedawno, że jest
trudno, sądziłam, że osiągnęliśmy apogeum i będzie już tylko z górki. Nie było
i – choć wchodzimy już w czas bardzo przedświąteczny – wciąż nie jest.

Ogromny stres w pracy,
niekompetencja i ludzka głupota, zmartwienie chorobą córeczki, zbyt wiele spraw
na głowie i jeszcze halny, który ponoć gdzieś tam duje i jeszcze dojmujący brak
słońca. Czuję bardziej dotkliwie niż zwykle każdy słój drewna, z którego zrobiony jest mój krzyż.

Z trudnością zbieram się w całość,
reanimuję pogodne myśli, leczę się piosenkami SDM – u, kilkoma wersami z
książki Gruna zaklejam zadrapania na duszy, łapię oddech recytując psalmy, odławiam
drobne perełki z domowej codzienności.

Świat może kruszyć się na kawałki,
ważne, że Laurka zażyczyła już sobie sukienki z kogutkiem i tańczy na środku
pokoju. Mała, osłabiona chorobą istotka śmieje się i awanturuje jak dawniej.

Serce zaklinowane gdzieś w gardle,
na nowo wraca na swoje miejsce, gdy Dusio modli się za siostrzyczkę, a Ala swym
wibrującym altem śpiewa „Maleńką miłość”.

Nusia i Laucia na wniosek tej
drugiej postanowiły „pociastolinować” na taborecie.

– Ty potfola, a ja bułke ś maśłem.
– planuje Laurka, zagniatając żółtą masę. Uśmiecha mi się serce.

Siadam przy grzejniku, zamykam
oczy.

Czasem nagle smutniejesz, to
jakby dnia ubywa…
” – śpiewa mój ulubiony zespół.

 

Jutro stanie choinka w rogu
pokoju, wielobarwne ozdoby wysypią się z pudła, zapłoną nasze ulubione czerwone
lampki. Zapachnie żywicą i piernikami.

Znajdzie się tysiące powodów, by poczuć
się lepiej, wyplątać jak Guliwer z maleńkich sznureczków, które tłumią ruchy. Powoli
ustanie straszna gonitwa. Na chwilę, na dwie wszystko zastygnie i przez moment
znów zobaczę na horyzoncie tylko rzeczy najważniejsze z ważnych, najjaśniejsze
z jasnych, najprawdziwsze w    huczącym morzu
iluzji.

Jak Bóg w twardym żłobie.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

mikroskopijne gesty

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Ranek.

Stoję na środku pokoju gotowa
wyruszyć do pracy.

Choć, gdybym tylko mogła, to bym nie ruszała się nigdzie.
Poziom stresu ostatnio osiągnął takie wyżyny, że aż kręci mi się w głowie na
myśl, co się będzie działo za godzinę czy dwie. Stoję. Ciało mam jak wyciosane z
marmurowego bloku, a na szyi zaciska się metalowa obręcz. Zastanawiam się tylko
czy zejść dziś na zawał czy na wylew. Nawet w takich chwilach mam myśli
humorystyczne:)

 

Podchodzi mężulek i oplata mnie
ramionami, kładę mu głowę na ramieniu i oddycham płytko. Na głęboki oddech mam zbyt marmurowo ścięte ciało.

Nagle dolatuje z dołu świergotanie:

– Tata i mama się kochają.

Spoglądamy w dół.

Przy naszych nogach stoi Lalunia i
patrząc na nas przez okular lupy, wyraźnie widokiem się delektuje. W swoim
białym włochatym polarku wygląda jak kotek. Słodki szeroki uśmiech pod czarnymi paciorkami oczu.

Obręcz z kratni popuszcza uścisk.

– Chodź do nas.- mówimy i bierzemy
maluszka wysoko w nasze ramiona.

– I ciebie kochamy. – mówimy wtykając nosy w miękki polarek.

 

I już.

Nagle czuję odwagę, by zmierzyć
się z nadchodzącym dniem cokolwiek się zdarzy.

 

Przeczucie mnie nie myliło. Dzień był
bardzo trudny.

Ale mikroskopijne gesty tego
poranka dodały mi sił.

Gesty tak małe, że trzeba
wrażliwości lupy, by je dostrzec.

 

albo… wrażliwości dziecka.

Kto wie – może dzięki takim drobnym gestom miłości – wciąż żyjemy. Mimo ciosów, jakie co dzień nam zadaje życie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

mimochodem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Zupełnie mimochodem, jakby od
niechcenia dom obrasta w miłe szczegóły.

Wieniec był kamieniem milowym, a
pierwszy biały puch za oknem poruszył lawinę znaczeń. Na półeczce – tej
drewnianej, grubej, z sękami – nagle rozdęły się dwie mandarynki najeżone
goździkami i zapachniało aż świat zawirował. Potem same się znalazły piękne
karki świąteczne i zupełnie nie wiedzieć kiedy, zawisły na sznurku pomiędzy
gałązkami tui, tworząc girlandę nad oknem kuchennym. Czerwona świeczka została
wetknięta w ozdobną butelkę i czuwa na parapecie kiwając przechodniom złotą
rączką płomienia.


Pieczenia pierniczków nie sposób już dłużej przekładać. Nagle
przeludniona kuchnia wypełniła się ciepłym zapachem korzeni zza mórz dalekich. Mężulek
wałkuje, małe kuchciki wykrawają i na blachach układają, a Rut z wielką
niebieską rękawicą czuwa nad piekarnikiem. Dziesięć minut i rumiane ciasteczka
z szelestem spadają na ściereczkę na stole. I znowu dziesięć minut. Kilkanaście
blach. Niby nic, a jednak pracy co niemiara. Zmrok zapada biały od śniegu, nim
wszystko będzie pomyte i do pierwotnej harmonii doprowadzone. Za tydzień
dekorujemy lukrem i posypkami.

Dwa płomienie na wieńcu.

Czas zakrada się bliżej żłóbka. 
W żłóbku Malutki gipsowy z obitym noskiem:)


Dom wypełnia się znaczeniami.

Znowu na  wszystkim lśni brokat. Śledź pływa w słoiku.
Pachnie kiszoną kapustą. Wszędzie nowe prezenty od Mikołaja. Lista z wigilijnymi daniami sporządzona. Przydział
prezentów pod-choinkowych z Korą ustalony. W torebce scenariusz jasełek 
z Herodem i Śmiercią i całą masą Aniołów. Choinka na działce namierzona.
Dzieci coraz częściej proszą: „Mamo, włącz kolędy.”

Zupełnie mimochodem stają się nam
święta.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

zwyczajna Niezwykła

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiedy myję patelnię z wczorajszej
jajecznicy myślę o Niej. Przecieram zlew, gotuję potrawkę z kurczaka. Dusio i
Ala obierają ziemniaki na obiad, Lala miesza śmietanę z mąką do sosu. Co z
tego, że niedziela. Codzienne obowiązki nie pytają jaki jest dzień tygodnia.

 Otwieram okno skrzące się od śniegu i rozszczepionego
nań blasku słońca, wypuszczam kuchenne aromaty na świąteczną ulicę, wciągam kilka
razy mroźne powietrze.

Myślę o Niej.

 Ile takich samych zwyczajnych drobiazgów co
dzień oplatało jej życie jak powój. Ile garnków, ile miseczek umytych, ile obiadów
ugotowanych, dziur zacerowanych, okruszków zmiecionych z podłogi, ile włosków
ugłaskanych na główce, łez małych otartych , kolanek opatrzonych, świergotania
codziennego z dzieckiem.

Widziałam ostatnio gdzieś w
gazecie zdjęcie obrazu. Ona bez aureoli zupełnie zwyczajnie rozwiesza małe i
duże ubrania na sznurze, On – malutki golasek siedzi na piasku obok i bawi się
dwoma patyczkami złożonymi w znak krzyża. To On jest na pierwszym planie.

 

Nie jestem maryjna.

 Najczęściej moje oczy wznoszę na Chrystusa. To
On jest epicentrum mojego życia. To Jego wołam w chwilach trudnych, to On
przychodzi mi pierwszy na myśl, to Jego imię błąka się na moich ustach, to w
Niego wpatruję się jak w gwiazdę. Mój przyjaciel, oblubieniec. Ona jest na
drugim planie. Tam, gdzie zawsze była i być chciała. Statystka stojąca w cieniu
Syna.

Ale dziś nie mogę nie myśleć o Niej.

O tym, że dzięki niej zwyczajne
rzeczy przestają być zwyczajne. Drobne gesty są istotne. Niezauważone przez
nikogo podniesienie zabawki, złożenie ubrania i położenie go w szafie,
przetarcie lustra podtrzymuje świat w posadach. 
Wszystko, co ludzkie staje się piękne i nie ma niczego, co trzeba by
wstydliwie skrywać i o czym nie warto pisać.

Pupcia niemowlaka, pampers zużyty,
nocniczek, jajecznica zastygła na patelni, garnek przypalony, nosek usmarkany,
krzyk porodu, okruchy pod stołem, bielizna męża wieszana na sznurze, zapachy
niesione wiatrem z okna, żar z piekarnika…

Myślę dziś o Niej i każda z sekund
zaczyna jaśnieć jak płomień świecy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

świt jak dywanik

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Mamo, chodź.- nawołuje szeptem
Dusio.

Jest bardzo wczesny ranek. Na tyle
wczesny, że Lala śpi jak susełek zagrzebana w kołdrę, na tyle jednak późny, że
wszyscy inni już obudzeni szykują się do szkoły. Dusio i Rut tradycyjnie są w
peletonie, który umknął innym zawodnikom z oczu, czyli ubrani, wyszykowani,
umalowani, pomodleni i po śniadaniu.

– Mamo. – niecierpliwi sie syn,
gdy Rut guzdrze sie z zapinaniem na ręku zegarka.

– Już. –  mama melduje gotowość w chwilę potem.

– Zobacz jakie niebo. – wskazuje
na wschodnie okno tropiciel nieb wszelakich.

Jeden rzut oka – myśli
Rut – bo przecież czas, zegarek cyka.

Odchyla firankę, spogląda na niebo
utkane z barwnych pasów jak te dawne dywaniki babcine.

 

Piękne i niewiarygodne.
Wdzięczność budzi się na dnie myśli.

 

Potem oboje biegną dalej, bo
jeszcze zęby, coś tam dopakować, bluzę założyć, zegarek wszak tyka.

Ale po chwili Rut wraca. Niebo
wytropione przez syna nie daje się przepędzić z głowy, więc sięga po aparat i
uchyla okno.

Żeby żadna smuga z szyby nie
drasnęła piękna.

Najpierw jak co dzień jeden haust
powietrza w płuca. Mroźnego, pachnącego delikatnie dymem i ciastkami. Czasem ma
– nie wiadomo dlaczego – aromat migdałów. Święta muszą być już bardzo blisko.

 

Cyk-cyk.

 

To nie zegarek. Aparat w rękach
Rut zatrzymuje piękno i czas.

 

Świt ze wschodniego okna dnia 4
grudnia 2013 roku.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

pieśń codzienna

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Zwrotka pierwsza „Pieśni
codziennej”.

 

– Patrz – mówi mężulek, a ja
posłusznie przeciągam wzrok w miejsce na końcu jego wskazującego palca. Oto
najmłodsza pociecha sprawnym rzutem zdejmuje koszulkę od pidżamki. Koszulka
jest żółta ze świnką Peppą.

– Jak zwykle – nie powstrzymuję
sie od standardowego komentarza i sięgam po wiszący na grzejniku zamiennik,
czyli koszulkę różową. Też ze świnką Peppą – kultową bohaterką niemal
wszystkich trzylatków. Koszulka różowa suszy się od wczorajszego wieczora,
kiedy to doznała uzczerbku i została „oblana” ( czyt. kapnęła na nią kropelka
wody) podczas mycia zębów. Dziś ten sam los – łatwy do przewidzenia – spotkał koszulkę
żółtą i dlatego powędrowała na grzejnik. Jutro znowu będzie różowa, a pojutrze
– żółta. Logiczne.

– Może niech ona myje zęby na
golasa. – wpada na genialny pomysł Dusio po którejś z kolei wieczornej
operacji.

 

Ale to nie koniec pieśni…

 

Zwrotka druga.

 

Ulubione trzewiczki ( różowe!!!)
są na rzepy i jeszcze się taki nie narodził, któremu udałoby się je zapiąć na
tyle precyzyjnie, by Lala była ukontentowana. Wystarczy milimetr
niedokładności, a trzeba wszystko zaczynać od nowa, począwszy od przekonywania
córeczki, że wyjść z domu musimy, bo Nusia i Maja czekają w szkole. Oczywiście
rozwiązaniem byłoby gdyby Lala sama buciki zapinała, tyle, że to nieco trwa, a
my zwykle w biegu jesteśmy.

Tak czy owak wyjścia
przeeeeeeciągają się niemożebnie.

 

Zwrotka trzecia.

 

Plecaczek.

W związku z tym, że całe
rodzeństwo plus mama co dzień uparcie wędruje do szkoły objuczone tobołkami jak
karawana Beduinów, najmłodsza latorośl postanowiła także na znak solidarności
„dociążyć” swój żywot. Znalazłszy nieużywany już plecaczek z pieskiem, ładuje
weń tony książek i różnorakich przyborów, po czym nosi swój bagaż na plecach po
całym domu, narażając się na zwichnięcie kręgosłupa. Wobec argumentów
racjonalnych i nieracjonalnych, tłumaczeń, próśb i perswazji pozostaje głucha,
a wnioski o wypakowanie części asortymentu z plecaczka są przez Lalę
rozpatrywane negatywnie. Wszelkie akty sabotażu i podstępnego samowolnego odciążania
tobołka przez któregokolwiek członka rodziny, są natychmiast wykryte i zduszone
w zarodku .

 

Zwrotka czwarta.

 

Z ich powodu zwykle dobry humor
poranny zmienia się w humor arcy-kiepski. Skarpetki – bowiem o nich mowa – są zawsze
nie takie. Jedne są rozciągnięte, inne – za ciasne, kolejne – nie w tym
kolorze. Czasem trzeba wywrócić całą szufladę do góry nogami, nim znajdą się te
idealne. Jakże jednak pozory mylą, bo w trakcie ubierania szybko sprawdza się
stara maksyma: „nie wszystko złoto, co się świeci”. Idealne skarpetki założone
na nóżki albo gniotą w podeszwę, albo wchodzą między paluszki, albo mają nie w
tym miejscu wybrzuszenie na piętkę. Po wielokroć są więc zdejmowane, rzucane na
podłogę i znowu zakładane w akcie łaski. Trwa to do czasu uzyskania efektu
doskonałego, a doskonałości nie osiąga się w kilka minut:)

 

Zwrotka piąta.

 

Sprawy różne.

Spodenek nie można podciągać do
pasa, bo Lala oprotestuje to głośno i gumkę opuści pod krągły brzuszek, czyli
tam – gdzie według jej niepisanych reguł – być powinien.

Włosków – nawet gdyby wchodziły do
buzi- nie wolno założyć za uszy.

Poduszka do spania i miejsce przy
stole w kuchni jest zarezerwowane.

Fotelik w aucie musi być ustawiony
równiutko. Równiusieńko!

Wszystkie metki muszą być obcięte!

 

Epilog.

 

Kiedy słucha się tej pieśni
nieuważnie, dwa słowa cisną się na usta: dziwactwa i fanaberie.

Jeśli wsłuchać się uważniej,
przetrenować pieśń cierpliwie co dzień, jej zwrotki układają się w jedną całość.
Patrzę, słucham, doświadczam i powoli zaczynam dostrzegać jedną z tajemnic
ukrytych w malutkim człowieczku rosnącym obok mnie, rys charakterystyczny dla
niej jednej.

Jeśli to prawda, że każdy z nas
jest jednorazowo wypowiedzianym słowem Boga, to ona jest „Umiłowaniem ładu”.
Jest cechą Boga, który z chaosu wyłonił porządek. Jej niezgoda na
najdrobniejszy defekt, jej uparte dążenie do harmonii, próba uporządkowania
świata wokół…

Wszystko troszkę po dziecięcemu
przesadzone, wyostrzone jak szpilki na sośnie, ale przecież chodzi dokładnie o
to samo, o co chodzi Bogu  – by wszystko
było jak należy.

 

Zresztą, nam też o to chodzi i na
równie dziwne sposoby do tego dążymy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

zarobkowanie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


System płatności za oceny nadal
funkcjonuje, więc…

– Tato, jeszcze mi nie dałeś 10
złotych za oceny i 5 kieszonkowego. – zgłasza nieśmiałą sugestię najstarsza
córka.

– Oho-ho!!! – wykrzykuje dłużnik
– Aż 15 złotych!!!?

– No co? – przymila się córka –
Ja też muszę zarabiać:)

 

– Pamiętaj, że wstrzymywanie
zapłaty robotnikom to grzech wołający o pomstę do nieba. – dorzuca trzy grosze
Rutka, co by już zupełnie roztrząsnąć pracodawcy sumienie.

 

Sprawiedliwości musi stać się
zadość, choćby kosztem kosztów:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wielka wyprawa dla jednej chwili

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wielka wyprawa.

Długa, męcząca, w chłodny
listopadowy dzień, w jeden z tych dzielnych dni, które walczą z szarą płachtą
chmur.

Wielka wyprawa do małej kropelki.

Setki kilometrów, a na końcu kilka
chwil u stóp czerwonej plamki na białym korporale.

Mrok kościoła przepasany
miejscami szarfą światła z okien, stukot obcasów tłumiony starymi dywanami,
szmer modlitw wplątany w twarde odgłosy remontu, ludzie przytuleni do
zniszczonych ścian, jakby zagubieni, a jednak doskonale odnalezieni właśnie tu.

Klękamy.

Ja , Miś, Ksawery, nasza
koleżanka Maria, którą wciągnęlismy w całą eskapadę, obok nas Nusia i Laurcia.
Ta ostatnia dosłownie na ułamek sekundy, bo wielka, nieznana przestrzeń kusi,
by ją zwiedzać, schodek wprost zaprasza, by zeń skakać, aniołek, by go dotknąć,
cisza, by ją skalać choć szmerem wpuszczonym w ucho siostry…

Kątem oka obserwuję, kątem ucha
śledzę, dłonią asekuruję, palec przykładam do ust, tłumaczę nabożnym szeptem…

Gdzieś pomiędzy miga mi czerwona
plamka, dla której tu jestem, która tu dla mnie trwa.

Chwila twarzą w twarz, krótka,
intensywa, musząca wystarczyć za godzinne adoracje.

 

 Bo… przedmiot mojej codziennej adoracji jest
ruchomy. Bardzo. I równie nieprzewidywalny.

Właśnie idzie raźno główną nawą.

 

– Wiesz – zwierzam sie mężowi już
w domu, gdy dzielimy się wrażeniami z wielkiej wyprawy – przez ostatnie lata
tak rzadko bywam w kościele sama, bez dzieci, bez pilnowania ich, że kiedy już
mi się zdarzy, od progu kościoła wpadam niemalże w ekstazę. Świat przestaje
istnieć, ludzie znikają.

– To taki czas – mówi on – jest
nam potrzebny, Bóg wie po co. Jesteśmy rodzicami, kiedyś dzieci odejdą i
wszystko się zmieni.

 

Tam też chciałam się zapatrzeć w
czerwoną kropelkę, może rozwikłać niejedną swoją życiową zagadkę, odbyć kojący
dialog, nazwać nienazwane, odfrunąć na chwilę, ale… obok mnie było moje  trzyletnie dziecko – pępowina łącząca mnie ze
światem, krew z mojej krwi, oddech z mego oddechu, istota z mojej istoty,
tysiąc pytań jeszcze bez odpowiedzi.

 

Jem ukradkiem, śpię ukradkiem,
modlę się ukradkiem, ukradkiem czytam, piszę, jestem nawet ukradkiem. 

Na Ciebie drobino Ciała patrzę
ukradkiem. Ale widzę Cię zupełnie dobrze i – co o wiele ważniejsze – Ty widzisz
mnie. Śledzisz mój każdy krok, dłoń wyciągasz asekurując, wsłuchujesz się w mój
oddech, gdy śpię, czuwasz nieustannie, Jesteś cały dla mnie, tylko dla mnie, wyłącznie.

Gdybym nie była matką, nigdy nie
pojęłabym tego. Musiałam zostać matką, bo to jedyna zrozumiała dla mnie lekcja.

Żaden najmądrzejszy teolog nie
wytłumaczyłby mi czym jest tak nachylić się ku drugiemu, że powoli rezygnować z
siebie.

Wykrwawić dla drugiego swój czas,
swoje siły, swoje plany, talenty, swoje „ego”. I nie spodziewać sie za to
niczego, starać się nie czekać na żadną zapłatę. Nigdy.

 

Kropelko brocząca zawsze dla …
mnie.

 

Kropelko, do której odbyłam długą
podróż, by spotkać cię na kilka sekund.

 

 

 

Ps. Sokółka.

Jeśli Wasze trasy
kiedyś tam będą biegły gdzieś obok, wstąpcie na chwilę.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

sama słodycz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


W domu, gdzie są dzieci, muszą
być słodycze.

Aktualnie ze słodkości mamy:

    1. cukierki ziołowe od cioci Anett ( sterta
      innych pyszności już zniknęła nie wiedzieć jak, gdzie i kiedy:),
    2. zawinięte w ściereczkę ciasto na pierniczki,
      które dojrzewa na strychu ( Czas dojrzewania – tylko 4 tygodnie.
      Pozazdrościć:) Ja dojrzewam już prawie cztery dekady i wciąż mi wiele
      brakuje:).
    3. mamy też kopczyk mandarynek, które aromatem
      zaczarowują atmosferę w mniej słotno-jesienną, a bardziej
      przedświąteczną.
    4. i … cztery pociechy z funkcją zmiennego
      poziomu słodyczy zależnie od humoru, pogody, stopnia wyspania i
      najedzenia (  dwie ostatnie zmienne
      mają zasadniczy wpływ zwłaszcza na słodkość Laurki)

 

To – na
dzień dzisiejszy – tyle.

Niemniej
– jak dobrze poszukać – słodyczy znajdzie się więcej.

Trzeba
tylko umieć szukać.

 

– Ale
on śłodziutki!!! – roztkliwia się Lala trzymając w rączce umięśnionego plastikowego
wojownika z marsową miną . Na jego muskularnym torsie miga alarmująco czerwona
lampka. To pewnie wskaźnik zawartosci cukru:)

Wojownik
swego czasu należał do małego Dusia i odgrywał główne role w zabawach
strategiczno- militarnych, gdzie gro dialogów brzmiało w podobny sposób:


Aaaa!!!

– Łup,
łup.


Aaaa!!!

 Teraz „napakowany” twardziel  przebywa na emeryturze, głównie na strychu,
bądź też – na skutek nagłej odmiany losu – w pudle z zabawkami w pokoju
dziecięcym i nigdy pewnie, w najśmieszniejszych snach, nie śniło mu się, że
ktoś nazwie go „Panem śłodziutkim”.

Cóż za
obelga!  I jakże niezasłużona!

Poziomem
słodyczy może mu bowiem dorównać chyba tylko czerwony tyranozaur z
wyszczerzonymi zębiskami i małymi szpetnymi oczkami, który również mieszka w
tekturowym pudle. Też emeryt.

 

Tymczasem Lala namierzyła już
kolejny obiekt:

– Ma takie śłotkie oćkaaaa.

Tym razem wyszukany komplement
dotyczy świeżo narysowanego bąka, który ozdobił swymi wdziękami stary
podręcznik Nusi. Bąk głównie składa sie z wybałuszonych oczu i jest pierwszym
owadem, jaki wyszedł spod rączek małej rysowniczki. Może dlatego tyle w nim
słodyczy, bo dzieło zawsze jakoś emanuje cechami swego twórcy.

 

Słodko, słodko, coraz słodziej:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}