usta dzieci…

Tak się składa, że całą mszę świętą dźwigam słodki ciężar.

Ciężar ów, zależnie od nastroju, obwiesza się na mnie słodko jak kiść dojrzałego winogronu lub wierci na wszystkie cztery strony świata. Czasem tuli się do policzka i obdziela słodkimi całusami, a innym czasem czyni nabożeństwo bardziej wypełnionym atrakcjami, choć – sprawiedliwie to muszę przyznać – bez żadnych tam wielkich ekscesów, które zauważalne byłyby dla reszty ludu Bożego:)
Ostatnimi zaś czasy słodycz owa – ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu – zaczęła sama z siebie uczestniczyć we mszy, recytując długie modlitwy i podejmując śpiewy o niejednokrotnie zawiłej linii melodycznej. Bez zająknięcia wychodzą z małych usteczek sążniste, wielosylabowe wyrazy i prawie gregoriańskie chorały. W związku z tym, że usteczka mam blisko ucha, słyszę wyraźnie  z jaką gracją umieją przebrnąć i przez "wszechmogącego" , i przez "jakoimy" i przez "Piłata".

Dziś zaś wyrwał się z nich najsłodszy refren, jaki słyszałam:

Przychodzę Boże, pełnić Twoją wolę.

Wyśpiewany pełną piersią i bez chwili wahania.

Trzyletnie dziecko i najbardziej dojrzałe wyznanie, jakie jest w stanie wypowiedzieć człowiek.

Na chwilę zamarłam.
Z pytaniami kłębiącymi się w głowie.

Nie potrzebowałam już żadnego kazania.

kiwanie zęba

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 


– Muszę go przytrzymywać zębami
żeby go nie połknąć. – zwierza się Nusia zebranej przy stole rodzince i
nienaturalnie wykrzywiając buzię przeżuwa płatki.

– Kogo przytrzymywać? – nie do
końca rozumie poruszoną kwestię mamusia.

– Ząb jej się kiwa. – tłumaczy
będący na bieżąco tatuś.

 

Kolejny mleczak na wylocie:) I
dopuścić nie można, by wyleciał nie tą stroną co trzeba, bo co z Zębową Wróżką?
Jakby się połknął przypadkiem to już przysłowiowe „popij wodą”.

 

Nusia jednak jest czujna i chytra
jak stado lisów.

 

– Spałam dziś całą noc na brzuchu.
– wyznaje rankiem, a odgniecione policzki świadkiem, że mówi prawdę.

– Dlaczego?

– Żeby go nie połknąć.

 🙂

Tatuś co i rusz oferuje swe
usługi: „Szybko, sprawnie i bez bólu”, ale pociecha trwa niewzruszenie przy
tezie, że wypadanie mleczaków musi być od początku do końca procesem na wskroś
naturalnym, wszelka więc ingerencja z zewnątrz jest niewskazana i NIKT jej nie
oczekuje.

 

A Wróżka czeka cierpliwie
za oknem, tupiąc zmarzniętymi nóżkami w pobielony śniegiem parapet:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

pytania w antrakcie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Robimy poważniejszy zakup.

– Gdyby Pani chciała…, jak Pani
woli…, proszę Panią o podpis… – „pania” mi gorliwy sprzedawca.

– Mamo!!! – szepce wyraźnie
zdezorientowana Laurka, pociągając za kołnierz mojego kożuszka.

– Co?

– Dlaciego ten pan mówi do ciebie „pani”
? – wpuszcza mi pytanko do ucha – Psiecieś ty jeśteś „mamom mojom”.

 

 

Kilka dni później.

 

– „Pa, pa kochanie”  powiedziała tamta pani – relacjonuje mi
najmłodsza córcia. Właśnie zdejmuję sztywny kostium nauczyciela i przeobrażam
się przy pomocy leginsów i przyszerokiego acz ciepłego swetra w swojski
egzemplarz kobiety domowej.

– Jaka pani? – chcę wiedzieć,
odkładając wąską spódniczkę do szafy.

– Aaaa, opłacaliśmy dziś śmieci i
kobieta w kasie tak do niej powiedziała – spieszy z wyjaśnieniami mężulek.

– Tak. – potwierdza Laurka i
natychmiast dodaje zastrzeżenie – Ale psiecieś ja jeśtem WASIM kochaniem!!!


Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Mamma mija!!!

 

W ilóż to różnych rolach obsadził
nas ten świat:) I wiele z nich musimy odgrywać równolegle.

Nie tylko dla trzylatków bywa to
niepojęte.

Gubię się czasem jak Pinokio w trocinach.

Kiedy jestem sobą? Nie panią, nie mamą, nie klientką, nie żoną, nie nauczycielem, nie sąsiadką, nie petentką, pacjentką, a po prostu sobą?

Kiedy opada kurtyna i czy w ogóle opada?

pytania czterdziestoletnie:)




/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

po wichurze

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Po dwudniowej wichurze świszczącej
pod stalową kopułą nieba i wyjącą dziko na szczelinach okien, słońce wyszło. Rozpryskuje
się lazur nad głową na tysiące odcieni błękitu wybełtanego z bielą.

I ptak zaśpiewał jak szalony.
Zupełnie wiosennie zakwilił. Jakiż ptak tak śpiewa w środku zimy?

Ale co tu się dziwić ptakowi,
skoro mnie samej skrzydła pączkują u ramion, a śpiew od rana wyfruwa z ust. Mam
ochotę firanki zdejmować i prać, kołdry trzepać na balkonie, pootwierać
wszystkie okna. Z Alą w objęciach zatańczyłyśmy do subtelnej piosenki Grechuty.
Na środku zielonej kuchni.

Wiosna w połowie stycznia.

Dziś lwy żywiące się trawą nie są
poza zasięgięm najuboższej wyobraźni. Wszystko zdarzyć sie może, skoro mamy
wiosnę w tle wciąż ustrojonej choinki.

Dzieci w końcu zdrowe, obiad
prawie gotowy, a jest dopiero dziesiąta, cegły na działce czekają na
wniesienie. Mąż aż zaciera ręce z uciechy. Komin będzie murował. Sam. No bo
przecież już się przekonaliśmy i ja i on, że wszystko potrafi.

Zresztą, w taki dzień jak ten wszyscy
czujemy się prawie wszechmocni.

Jest pięknie, a będzie jeszcze
piękniej.

Ptak aż się zachłystuje wiosenną
piosenką.

Ja zachłystuję się życiem.

W przeddzień 40 urodzin:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

posiłek lwa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Wręcza mi kłębek włóczki
szaro-czarno-białej.

– Źlób siel. – prosi.

– Ser? – zadziwiam się,
rozpoczynając procedurę przewijania kłębka na drugi mniejszy – Nie da się
zrobić sera z kłębuszka. – tłumaczę racjonalnie.

– To źlób tlawę dla lefa. – idzie
na ustępstwa Lala.

 

:):):)

 

Trawa dla lwa? Z włóczki?

 Hmm.

 

Zbliżamy się nieuchronnie do
czasu, gdy ziemia stanie się nowa, a nasza racjonalność na nic się przyda:)

Dzieci odnajdą się tam szybko. My –
o tyle – o ile gdzieś na dnie serca nie przestaliśmy być dziećmi, które wierzą w lwy jedzące trawę i róże zimą kwitnące:)




/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

pogawędki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


W ramach sylwestrowych fajności
kroimy owoce na sałatkę. Laura z wielkim zaangażowaniem zabiera się za banany.

– CIEŃSZE!!! – wykrzykuje brat
wzburzony grubością kawałków wychodzących spod nożyka stołowego siostry.

– CIESIE SIĘ. – przyznaje
sylwestrowa kucharka:)

 

Chwilę później…

 

– Niunia jest świetna w krojeniu –
motywuje pozytywnie mama.

– Wsiści ludzie  WIĄ, zie jeśtem najlepsia. –

 

Wiedzieliście???

 

To już wiecie.

 

 ****************

          

 Ala mierzy wysokie kozaki mamy.
Nowonabyte na styczniowych przecenach. Przechadza się w nich po pokojach dumna
jak paw, przegląda sie w lustrze z boku i „on face”. W końcu – nienasycona
własnym tylko podziwem  i zignorowana po
męsku przez brata –  zasięga rady
siostry.

– Jak wyglądam w tych kozakach? –
pyta.

Nusia rzuca okiem znad klawiatury
komputera.

– Nie pasują ci do włosów. –
komentuje krótko, lecz jakże celnie:)

 

Jury wydało werdykt:)

 

Martwi mnie tylko, że i ja nie
dobrałam ich sobie do koloru na głowie.

 

 **************


Sobotnie porządki.

Jedni sprzątają
i szorują w pocie czoła, inni symulują, jeszcze inni trudzą się, by praca tych
pierwszych była zasadna. Laura np. wysypuje całą torebkę podarunkową klocków i
innych rupieci. Malownicza górka rysuje się na tle choinki i inspiruje do
dalszych porządków.

– Dlaczego nie pomagasz w
sprzątaniu? – zaczyna dochodzenie tata.

– Bo jeśtem świętym Mikołajem –
zeznaje beztrosko etatowy bałaganiarz.

 ***************


Brat ściga najmłodszą siostrę,
dopada ją i rozkłada na łopatki na łóżku. Takie tam męskie zabawy, które
nauczyłyśmy się cierpliwie po kobiecemu tolerować:)

– Chodź tu łobuzie, muszę cię
zjeść!!! – kontynuuje igraszki Dusio.

– Nie, nie – protestuje słodziutko
przyduszona ofiara – bo Ala mnie lubi. – uzasadnia rację swego bytu:)


szopka Nusi:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

nawiasy dni i lat

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ostatnio moje dni zamykam w dwie
klamry, dwa rytuały, które spinają każdą dobę.

Pierwszy poranny to chwila, gdy
zamykam się w Nusiowym pokoiku, który był kiedyś moim dziewczęcym pokojem.
Uchylam okno, niezależnie od aury za nim, wtykam nos w szczelinę i pozwalam
płucom napełnić się chłodnym powietrzem. Oczom pozwalam zawiesić wzrok na
drzewach w sadzie, na gołębiu szarym przycupniętym jak mała grudka na
chropowatej gałęzi jabłoni, wodzić za podobnym do błyskawicy lotem wróbli,
dystyngowanym spacerem wyfraczonych czarnych kawek. Potem siadam na córeczkowym
łóżeczku i czytam psalmy i Ewangelię na dany dzień. Oczywiście w tym czasie
wybuchają już w dalszej części domu odgłosy świadczące o panicznym poszukiwaniu
mamy vel żony:)

Ale – tak czy owak – jest to
chwila zupełnie dla mnie; czas, kiedy łapię oddech na cały nadchodzący dzień.
Chłód poranka obmywa moje senne jeszcze ciało, a Słowo przelewa się przez serce
cienką szemrzącą stróżką.

To trwa kilka minut, a potem
otwieram drzwi i wychodzę. Czasem drzwi same się uchylają cichutko za sprawą
małej rączki uczepionej do klamki z drugiej strony rzeczywistości:) Czasami? Może raczej "zwykle" niż "czasami".

Klamra jednak już powstała,
została otwarta.

 

Cała treść, jaka się w niej pojawi,
zależy od bardzo wielu rzeczy; jest zbyt bujna i nieprzewidywalna, by próbować
ją opisać inaczej jak w krótkich scenkach, które zwykle tu umieszczam.

A potem nadchodzi wieczór,
wszystko znów cichnie. Laurka po standardowym zestawie bajek wymyślonych przez
mamę, z których pierwsza musi być o Wiewiórku, druga – o Tygrysku, a trzecia –
o Żyrafie  (zawsze w tej samej kojącej
kolejności) przetacza się bliżej tatusia i usypia głaskana po pleckach. Dusio
przez chwilę jeszcze pali lampkę w swoim pokoju ( czyta lub myśli), o czym
świadczy ścieląca się na podłodze smuga światła. A potem wszystko gaśnie,
zamyka oczy, wyrównuje oddech.

Wszystko poza mną i choinką. 

Z głową na mojej ukochanej
poduszce z napisem „Merry Christmas”, patrzę na jej roziskrzoną, magiczną
postać, pochyloną nieco w kierunku nocy za balkonowymi drzwiami. Wszystko , co
w niej piękne, jest piękniejsze niż zwykle; wszystko co ciepłe, staje się
cieplejsze; blask lampek więdnący nieco w pełni dnia, teraz jest podobny
światłu gwiazd.

Wtedy, pod koniec dnia, moje serce podmywają fale wdzięczności.
Pomiędzy senne widziadła wplątują się ciche głosy:

Dziękuję za choinkę, za dzieci,

Dziękuję za męża, jego miłość,

Dziękuję za takie życie, za każdą
chwilę dzisiejszego dnia,

Dziękuję za ciepłą kołdrę i miękką
poduszkę,

Dziękuję za to, że dajesz ile
potrzebujemy,

Dziękuję za noc, za odpoczynek,
ale i za trud i smutki dziękuję,

Dziękuję, dziękuję, dziękuję…

Nie nazywam tego modlitwą, choć
pewnie nią jest.

Te głosy odprowadzają mnie na
drugi brzeg.

Pyk.

Nim zasnę, wyjmuję wtyczkę z
kontaktu. Choinka gaśnie.

 

Klamra zamknięta.

 

 

 

Klamry.

 

Niech Stary Rok odejdzie spięty
klamrą wdzięczności, a Nowy zacznie od głębokiego wdechu nadziei i zaufania.

 

Tego i nam i Wam kochani życzę:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

cioś fajnego

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Co robimy na Sylwestra? – pyta Miś rozciągnięty wygodnie na podłodze w
pobliżu choinki.

– Cioś FAJNEGO!!! – wykrzykuje z entuzjazmem najmłodsza latorośl zajęta
odrysowywaniem obrazków według szablonów, które dostała jako podarunek
pod-choinkowy.

Rut siedzi pomiędzy małym stolikiem okrytym obrusem w serduszka, a
kolorową jak arabskie baśnie choinką. Siedzi z plecami przy grzejniku i na
chwilę odchyla książkę od nosa żeby się uśmiechnąć do scenki rodzajowej,
rozpostartej na dywanie.

Rodzinność i ciepło kipi z każdego kąta.

Gdzieś w tle Nusia gra na keyboardzie zwariowane wariacje własnej
kompozycji, Dusio słucha zwiewnej jak mgła Eny’i, Ala i Kora toną tragicznie w
swoich lekturach i są już stracone dla świata zupełnie. Ciepło bijące od
grzejnika porusza bibułkowe ozdoby, mieniące się łańcuchy, sprawia, że
pierniczki wirując rozsiewają swój zapach zmieszany z wonią igliwia.

Za oknem ani krztyny śniegu, ale dach małej drewnianej szopki okryty
szydełkową serwetą wygląda jak przysypany girlandami białego puchu. Trzy
aniołki czuwają nad Małym i Mama wpatrzona weń oczami jak bławatki.

I jeszcze herbata gorąca z cytryną grzeje myśli, a ciepły sweter w kolorze
gorzkiej czekolady resztę bytu.

 

 

Nusia rysuje na podłodze.

– Już wiem, co zrobię na mamy urodziny. – dzieli się informacją spod
spływających na kartkę ciemnych fal włosów.

– Ja teś dam plezient dla ciebie. – słodzi Laurka wspinając się mamie na
kolana. Dała sobie  zrobić króciutkie
warkoczyki i wygląda z nimi jeszcze bardziej filuternie niż zwykle. Z kolan
rozgląda się po pokoju jak majtek z pokładu. Nagle w morzu przedmiotów
dostrzega coś wartego upolowania. Zeskakuje i łapie jednego z aniołków
strzegących stajenki, potem owija go prędziutko w szaro-srebrny papier ( ten
sam, z którego dzień wcześniej zrobiliśmy aniołkom giezełka) i podaje krasząc
podarunek czekoladowo wymazanym uśmiechem.

– To dla ciebie. – mówi. – Pleziencik. Na ulodziny.

– Będzieś zie mną śpiewać? – natychmiast dorzuca istotne dla sprawy
pytanie.

– Na urodzinach?

– Tak.

– Będę – zgadza się przyszła jubilatka – I będziemy tańczyć.

– Nie, tańcić nie. Tilko śpiewać.

Wszystko zaplanowane.

 

 

Zapach bigosu przenika aż do najdalszego pokoju, w którym Rut odpisuje na
maila od koleżanki Słowaczki. Nie sposób o tym nie wspomnieć w liście. Bigos
jest ze szlachetnym dodatkiem udźca sarniego i przywodzi na myśl czasy
sarmackie. Aż bulgocze szlachecka krew w żyłach:) Max- ornitolog przywiózł
sarninę na święta i cała familia po raz pierwszy w życiu skosztowała tego
specjału. Teraz – to co zostało – zmarnować się nie mogło i Miś z Rut wpadli na
pomysł końcoworocznego bigosu. Wszystkie resztki roku można w nim utopić,
wszystkie żale i kwaśne jak kapusta smutki, wspomnienia jak suszone grzyby.
Odgotować, odlać , doprawić winem jak krew czerwonym, wytrawnym – wprost
stworzonym dla wytrawnych graczy w grze zwanej życiem. Taki bigos to sama
metafora, czysta alegoria i poezja.

 

Dziś mija piętnasty rok ze złotą obrączką na palcu. Rocznica
wcześniejszego niż ten kwietniowy ślubu cywilnego. Do reszty wina Miś wsypuje
biały kryształ. Sypie się słodycz przez lejek do szmaragdowej butelki z napisem
Cabernet Sauvignon. Szlachetny szczep. Ksawery zawsze się z nich w takich
razach śmieje, że profanują królewski trunek. Może i tak, ale podobnie usiłują
każdy dzień wytrawny dosłodzić, więc to nawet nie kwestia smaku, ale znów
poezja.

 

Poezja to także siedzieć przy gorącej kozie na letnisku, słyszeć jak
strzelają płomienie w jej żeliwnym brzuszysku, grzać stopy i dłonie, a za oknem
mieć widok, którego nie powstydziłby się Rembrandt. W jednym momencie wszystko w
głowie płonie, huczą pomysły, którymi oboje z Misiem przerzucają się naprędce. Tu
trzeba zrobić to, a może uda się i tamto. Dzieci biegają po sadzie zaprzątnięte
swymi własnymi marzeniami.


 

Dlaczego dopiero na Sylwestra?

Od dziś niech życie będzie FAJNE!!!


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szukanie pod choinką

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Ale mieliśmy dziś szczęście. –
wyznaje z kocim uśmiechem Nusia.

Klęczą z Lalą na kolanach pod
choinką i zadzierają głowy. Oczy świecą im się od lampek kolorowo.

– Jakie szczęście? – pytam.

– Spadł dziś różek piernika z
choinki i mogliśmy sobie zjeść.

 

Różek piernika. Kawałeczek. Wielka
radość. Wesoła nowina.


 

– I źnowu nie ma plezieńcików. –
uskarża się Lalunia. Z samego rana, jeszcze w pidżamce zagląda pod dolne
gałązki bożonarodzeniowego drzewka.

 

Oczekiwanie coraz bardziej
przenikliwe. Poszukiwanie darów coraz bardziej naglące.

 

A tymczasem…

 

Nie kawałek pierniczka, a…

 

 cały Bóg spadł z nieba i możemy go zjeść. Mamy
wielkie szczęście.

 

Nie podarunek owinięty w kolorowy
papier, a…

 

Syn Boży w pieluszkach, na sianku
cały dla nas.

 

           *                          *                       *

 

 

Wesołych świąt dla Was wszystkich.

 

Niech różek nieba oderwie się i spadnie w Wasze
życie, niech nasyci Wasze serca.

Niech najlepszy z podarunków
odmieni Wasze dni.

 

Oczekujmy Go po dziecięcemu, z
fantazją, szaleńczą tęsknotą, drżącymi rękoma rozpakujmy to, co daje Bóg. A daje wiele. Wszystko.

 


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}