na targu próżności:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– A ja mam najciemniejsze
włosy!!! – chwali się Nusia prawie kruczowłosa.

– A moje się podkręcają!!! –
licytuje Ala zawijając na palec złocisty kędziorek koło policzka.

– A ja mam czarne włosy na
nogach!!! – podbija stawkę kruczowłosa.

 

– Oooo – włącza się do dysputy
tata, znawca i wielbiciel kobiet wielu – to to akurat nie jest dla ciebie
wielkie szczęście.

 

I – trzeba mu przyznać – zna się
na rzeczy:)

ps. Mąż do żony: Masz nogi jak sarenka.

     żona: Takie zgrabne?

    mąż: nie, takie włochate:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ze sterty śmieci

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Laurka bywa też taka.

 

Zmięła kartkę i rzuciła na
podłogę.

– Chcie dlugą kaltke, ta była
pomnięta!

– Nie, nie była pomnięta. Ty ją
pomięłaś i rzuciłaś na podłogę. Dostaniesz drugą jak wrzucisz tą do kosza.

– Ale Helena tak rzuca!!! –
wykrzykuje ostateczny argument, a decybele omalże nie wybijają szyb z okien.

– Ale ty nie jesteś Helena tylko
Laura. – ripostuję szybko, choć w głowie panicznie poszukuję odpowiedzi na
pytanie: Kim jest Helena, czy to ta Trojańska i dlaczego daje zły przykład memu
dziecku ?

 

Wieczorkiem, już w pidżamce leży
na naszym wielkim łożu i maluje kolorowankę. Nagle siada, wydobywa z pudełka
kredkę bambino i…

– Mamo, mozieś zie mną śkubać. –
zezwala łaskawie, rozpoczynając obdzieranie kredki z papierka.

– O ludzie, na naszym łóżku!!! –
pomstuję teatralnie – ja nie chcę spać na śmieciach!

– Śkubaj, śkubaj. – nie
przerywając sobie pracy, motywuje ze stoickim spokojem córeczka.

 

Ostatnio połknęłam ( bo to
książka na jeden mały kęsek:) „Tacierzyństwo” Daniela W. Driscoll’a. Autor –
ojciec czwórki dzieci – dokładnie opisuje moje życie i czuję się chwilami
jakbym tę książkę popełniła sama.

 

Wśród wielu złotych myśli jest i
taka:

 

„…Bóg błogosławi nam w naszej niewiedzy.

Gdybyśmy
wiedzieli, jakie konsekwencje pociąga za sobą rodzicielstwo, być może nie
wystarczyłoby nam nawet posiadanie odwagi całego świata.”

 

Choć – gdybym Bóg dał mi jeszcze
jedną szansę i cofnął mnie w czasie – i tak wybrałabym to samo życie pełne
pomiętych kartek na podłogach i obdzieranych ze skóry kredek:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

odkurzanie dnia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Piątek to dzień kiedy dłużej mogę
pobyć z  Laurką.

Ja smażę rybę, a ona się bawi na
podłodze. Raczymy się czekoladą z bakaliami. Ziemniaczki na kuchni bulgoczą
przyjemnie. Trę jabłka na surówkę, a ona zjada już pierwsze usmażone kawałki
ryby. Kiedy kroję tę rybę na mniejsze kawałeczki żeby łatwiej mogła brać je na
widelec, ukradkiem przymilnie całuje rękaw mego swetra. Ktoś patrząc na to z
boku pomyślałby, że to jakiś wytresowany gest szacunku rodem ze średniowiecza,
ale nikt jej tego nigdy nie uczył, nikt nie wymagał. Skąd u niej takie gesty
nie wiem. Chyba prosto z małego serca.

Jesteśmy same późnym
przedpołudniem. Słońce nam tylko ściele się na stole, pachnące już zimowo
powietrze wplata się w firankę.

Gdy obiad gotowy, bierzemy się za
drobne porządki, preludium – rzec można – porządków generalnych, sobotnich.
Kuchnia aż prosi się o odkurzenie, bo z okruszków pod stołem wyczytać można
menu kilku ubiegłych dni. Potem myjemy lodówkę; ja – w środku, Lala myje w
brodziku dwie plastikowe szuflady. Oddana pracy zupełnie naturalnie przechodzi
od mycia pojemników do szorowania szyb brodzika, a potem sedesu. Tą samą
gąbeczką!!! Na szczęście, gdy zamierza powrócić do szuflad, wchodzę do łazienki
i używając metod stosowanych w dyplomacji, kończę szeroko zakrojoną akcję
„Mycie”.

Teraz trzeba zmienić bluzeczkę,
której rękawy ucierpiały w boju.

Za chwilę wróci tatuś, wraz z nim
Nusia i Maja( cioteczna siostra naszych dzieci), a potem Dusio, Ala o północy z
wycieczki.

 

Zwyczajny dzień, a jednak
niezwykły.

Podobny do wielu innych, a jeden
jedyny.

Czy warto o nim pisać?

O zwykłościach zwyczajnych, rybach,
ziemniakach, firankach, gąbeczkach, rękawach – ich całowaniu i moczeniu?

Warto.

 

Gdy o tym myślę, gdy piszę, czuję
jakbym brała do rąk zakurzony wazon i powoli ocierała go z tego, co przesłania
jego kształt i barwy. Miliony spraw, trosk, kłopotów, zmęczenie i zabieganie
sprawiają, że z trudnością dostrzegam jakim skarbem jest zwyczajny dzień.

Pisanie często przywraca mi
wzrok.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

folia bąbelkowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Czy lubicie przebijać folię
bąbelkową?

 

Ach, ten odgłos plaskającego
bąbelka!

Słyszałam kiedyś, że naukowcom
udało się odkryć źródło fenomenu miłości do przebijania malutkich pęcherzyków
powietrza.

Cała tajemnica tkwi w naszej
potrzebie sukcesu i w hormonie szczęścia, który uwalnia się za każdym razem do
krwi.

Wyobraźnie sobie: dziesiątki,
setki drobnych zwycięstw i szczęście sączące się kropelka po kropelce do krwi.

 

To dlatego nawet w Internecie są
gry z kwadracikiem folii do przebijania. Choć to niezupełnie ten sam efekt i
doznanie klikać myszką, a czuć pod palcami najpierw opór materii, a potem…

Ach , ten odgłos plaskającego
bąbelka.

 

Jest nawet Dzień Uznania Dla
Folii Bąbelkowej!

31 stycznia:)

 

Więc w zabawie bąbelkami chodzi
zwyczajnie o radość z tego, że mi się udało.

A może nie potrzeba szukać folii.
Może wystarczy zmienić optykę patrzenia na moje dni. Nie skupiać się na
potknięciach i porażkach, nie podsumowywać dnia słowami: znowu to i to mi się
nie udało, jestem do niczego, same błędy.

Bo – jeśli uważniej się przyjrzeć
– każdy dzień to ciąg drobnych sukcesów.

Udało mi się opanować moją
senność i wstać o szóstej piętnaście, udało mi się zamienić z mężem kilka słów,
usłyszeć świergot wróbli zanim ruszył uliczny szum, udało mi się ubrać w pięć
minut, udało mi się …, udała mi się zupa na obiad, udało mi się wyjaśnić prosto
rzecz skomplikowaną, udało mi się uśmiechnąć do kogoś choć było mi smutno,
udało mi się spotkać z koleżanką, wyjechać na główną ulicę nim nadciągnęła
karawana aut, udało mi się spędzić kilka chwil z małą córeczką, udało mi się
przeczytać książkę tak, że się z tego śmiała, udało mi się zrobić różową masę
do tortu, kupić suwak, jakiego potrzebowałam, udała mi się herbata, jajecznica
na kolację, udało mi się wyrwać na chwilę z mężem na spacer nad wodę, popatrzeć
na stalowe zmarszczki na powierzchni jeziora, udało mi się wcześniej zakończyć
codziennym maraton, dzieci pomyć, łóżko rozścielić, włosy wysuszyć…

 

– Kąpiel, pidżamka, kolacja,
ząbki i teraz wskakuję pod ciepłą kołderkę. I nie ma mnie. Nie ma Rutki. –
oznajmiam mężowi chowając się z głową pod kołdrę w chmurki.

 On się śmieje, bo jestem dziecinna. Wiem, że jestem.

 

Gdyby umieć tak patrzeć na swoje
życie częściej. Ucieszyć się, zauważyć, czasem nawet nagrodzić samego siebie za te drobiazgi.

Odgłos plaskających bąbelków.

Nieprzerwany korowód małych
zwycięstw.

PS.

Może wtedy też umielibyśmy bardziej cieszyć się i tymi zwycięstwami przez duże Z.

Za dwa dni będzie okazja.

Czy umiemy się ucieszyć naszą niepodległością?

Czasami odnoszę wrażenie, że tego dnia robimy kwerendę naszych porażek, pretensji i żalów za straconymi szansami.

A jest to dzień wprost stworzony na odgłos bąbelków.

Tych plaskających, i tych szumiących , szampańskich:)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ciepły kokon

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiedy dostaniesz nagrodę,
spodziewaj się dostać też coś innego. Po głowie, po karku, po tyłku – jak
wolisz.

Rut dostała.

I nagrodę – szumnie zwaną nagrodą
dyrektora, i to drugie:)

Tak to już jest – zaraz potem, gdy
ktoś wyrazi ci uznanie; znajdzie się ktoś, kto cię sprowadzi na ziemię, albo i
pięć metrów pod.

Więc Rut wraca ze swoją piekącą
raną do domu, odprute serce dynda na ostatniej niteczce i tylko jednego pragnie
– schować się w jakiejś ciemnej jamce i przeczekać. Może zasnąć.

Ale u szczytu schodów jak zwykle
malutka córeczka i jej sakramentalne pytanie: Maś cioś dla mnie?

W kuchni wir życia, smaki obiadu
przygotowanego przez męża rozsiane, nuty płynące z radia wiszą w powietrzu jak
dzwonki.

– Nie, nie jestem głodna. Gardło
mnie boli.

Rut pije herbatę i szuka na oślep
w głowie sposobu jak otarcie na sercu szybko znieczulić.

Mała córeczka wspina się na
kolana, opowiada „cio lobiła”, do zabawy próbuje wkręcić.

Rut słucha, myśląc tylko o
jednym.

Milczy.

Tak trudno przekroczyć próg
milczenia. Trzeba wielkiej siły, by wyjść z siebie, kiedy czujesz się zraniony.
Ale ona dobrze wie, że trzeba, bo tkwić w swoich tylko myślach to ślepy zaułek,
a ślepe zaułki bywają niebezpieczne. Trzeba otworzyć drzwi do swojego smutku,
choć to czasem tak trudne jak przebijać ścianę głową.

Potem wyjść.

Więc wychodzi.

Jedno słowo.

– No i co? – dopytuje mąż.

Drugie słowo, trzecie… On patrzy,
słucha. Potok słów toczy się coraz prędzej. Rana oczyszcza się, przestaje
jątrzyć.

Rozmawiają. Rut czuje, że siły
wracają.

Bierze się za codzienne
obowiązki. Pranie, ogarnianie domu, potem kilka chwil na działce. Sadzi z mężem
hortensję ogrodową, której sadzonkę dostała od koleżanki z pracy, opatula głóg
i paulownię. Chłodny , pachnący liśćmi wiatr chłodzi smutek. Dumę urażoną?

W domu córeczka wciąż świergocze,
układa swoją urodzinową lalę-bobaska w łóżeczku, karmi mleczkiem z butelki,
przebiera. Syn wbrew zakazom gra w nogę w pokoju, najstarsza córka zniknęła
cała w Mc Dusi, a Nusia rozstrzyga jakie chce jutro zrobić zdjęcie w szkole.

Zwykłe rodzinne sprawy otaczają
Rut szczelnie. Jak kokon. Czymże są rysy na powierzchni serca wobec morza
miłości zalewającego ją co dzień.

Kiedy łaskocze swoją najmłodszą,
kiedy wtula się w jej włoski, kiedy układa drewniane klocki na podłodze
niepostrzeżenie, milimetr po milimetrze otarty naskórek serca się zabliźnia.
Boli jeszcze i będzie bolało długo, ale draśnięcie jest już opatrzone. Plaster
przyklejony.

– Gdyby nie rodzina…- zaczyna
myśl Rut – Gdyby nie oni, bliscy…wiele porażek byłaby ciosem śmiertelnym, z
klęczek podnosiłabym się miesiącami. Gdybym miała wracać po takim dniu do chłodnych ścian mieszkania…- tej myśli już nie kończy. Nie umie.

 ***

Więc za nich najbardziej
dziękuję.

Bo bez nich mnie nie ma.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

perspektywa


To o czym tu piszę to tylko małe szkiełka z witraża, jakim jest moje życie.

 Wybieram te najpiękniejsze,
najbardziej barwne, albo te, które wydają mi się najistotniejsze. Wydają
się… bo może niekoniecznie takie są z perspektywy całego witraża.

Są też takie kawałeczki szkła, o których myślimy,
że są zbyt szare, pospolite. Pomijamy je milczeniem, czasem nawet
omijamy pamięcią.

Tak naprawdę nigdy nie widzimy całości witraża. Może stoimy za blisko samych siebie.

Może nigdy nie jest dość daleko, by być obiektywnym wobec siebie.

Są tylko jedne oczy, które widzą cały witraż zwany moim życiem.

Jest tylko jedno światło, które przenikając najbardziej szare skrawki szkła, wydobywa ich piękno.

Są tylko jedne oczy, które kochają mnie do końca. Z
moimi kolorami i moją szarością, z moją wyjątkowością i pospolitością, z
moim światłem i cieniem.

To zupełnie nowa perspektywa patrzenia.

Perspektywa lotu anioła.

Kiedyś – wierzę – będzie mi dane tak spojrzeć. Stamtąd.


PS. To mój stary tekst. Ze starego bloga, ale dziś jest dobry dzień, by myśleć o witrażach i o przepuszczaniu światła przez dni naszego życia.


pojedynek na słowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Dusio ostatnio za naszą wiedzą
ogląda serial „Czerwony orzeł”.

Rzecz dzieje się w zamierzchłych
czasach, pełna jest walk na miecze, kodeksu rycerskiego, politycznych intryg i
frapujących przygód tytułowego bohatera, który jest skrzyżowaniem Robin Hooda z
Janosikiem.

Fascynacja Dusia przenosi się w
sposób naturalny na grunt rodzinny, a w związku z brakiem rodzeństwa płci męskiej,
kumuluje się na Nusi, która bywa wojownicza jak niejeden facet.

Bywa.

Jak chce.

Bo jak akurat nie chce to…

– Walczysz ze mną? – wyzywa na
pojedynek brat.

– Nie.

Chwila namysłu gęstego jak
śmietana.

– No to straciłaś honor.

Bez odzewu.

– A honor był bardzo ważny w
średniowieczu. – próbuje poruszyć sumienie brat.

Nusia odrywa się na chwilę od
półki z lalkami, błyska czarnymi oczami w kierunku brata i wypala:

– Ale TERAZ nie jest
średniowiecze.

 

🙂

 

Trafiony. Zatopiony.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

niemodne wyznanie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wiem, że to niemodne i trochę nie
na miejscu.

Nawet nie do końca zgodne z tradycją narodową i zupełnie w
sprzeczności z nastrojami społecznymi ostatnich lat. Że to nieuzasadnione i bez
związku z twardymi faktami, bo nie jestem ani bogata, ani zachwycająco piękna,
ani już bardzo młoda, ani mega utalentowana, bez wielkich osiągnięć i wielkich
perspektyw.

A jednak – kiedy myślę o sobie,
kiedy przenikam moje życie pamięcią wszerz i wzdłuż, przebijam się wzrokiem
przez wyżyny pełne słońca i ciemne doliny, które przeplatały się ze sobą jak we
wzorzystym kobiercu – nie umiem powiedzieć nic innego jak to, że jestem
szczęśliwa.

Naprawdę.

Bez chęci udowadniania tego i
potwierdzania na każdym kroku rozpromienionym amerykańskim uśmiechem. Z pełną
świadomością, że nie ma szczęścia bez trudu.

– Co to jest? – pyta mnie Nusia,
patrząc na leszczynowy listek w mojej dłoni.

Siedzę na słońcu, na szczeblu
starej drabiny na podwórku teściów. Jest coraz głębsza, opalizująca od złota
jesień. Przede mną biegają moje dzieci, mąż rozmawia ze swoim ojcem ściszonym
głosem. W górze słychać świst samolotu tnącego błękit na kawałki. Moje ręce same wycinają wzór na serwetce liścia.

– To list. – odpowiadam – Dla
ciebie.

– Dla mnie? – dziwi się córka
oglądając podarowany liść.

– Tak, dla ciebie. Od Boga.

 

Zamykam oczy. Światło bez trudu
przebija zasłonę powiek. Tworzy barwne kolaże na pograniczu zmysłów i myśli.

Lubię moje życie, choć brzmi to niemodnie.