wiersz

 

 

Natknęłam się na wiersz.

 

Gdziekolwiek

Czesław Miłosz

________________________________________

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu

na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,

że n i e  j e s t e m  s t ą d.

Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej

barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć

wszystkiego, co jest

udziałem człowieka, przemienić co doznane

w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd

przyszedłem.

 

Kraków 2002

 

Jakby opisał to, co czuję. Dokładnie po to tu przybyłam. Dlatego mam wysokiej czułości kliszę w sercu. Dlatego podnoszę uschnięty liść do oczu, głaszczę skórę drzew, mrużę oczy na słońcu, by na rzęsach rozszczepiać światło, jem jabłka prosto z trawy, łapię krople deszczu w dłonie, słucham ciszy w sadzie… Nie jestem stąd. Wszystkiemu się dziwię. Wszystko zabiorę.

 

 

 

Rycerze Budzący się

 

To był ogromnie ważny dla mnie rok.

Nigdy wam o tym nie pisałam, bo to wielka tajemnica każdego ludzkiego serca.

Chcę jednak byście wiedzieli, że pewnego dnia, ponad rok temu, przebudziłam się.

Czułam się czymś bardzo spętana i nie miałam już siły, by iść dalej. Wtedy poprosiłam o modlitwę. Ksiądz położył na mnie ręce i…

Tego, co się później stało w moim wnętrzu i życiu nie da się opisać. Ci, którzy doświadczyli kiedykolwiek takiej łaski, wiedzą o czym piszę. Tym, którzy nie doświadczyli, nie potrafię żadnymi słowami opisać. Uwierzcie mi tylko, że w ciągu sekund Bóg jest w stanie zniszczyć zło i przywrócić pokój i zdrowie, spadają zasłony z oczu, kajdany z chrzęstem opadają z nóg.

 

Dlaczego teraz o tym piszę, skoro milczałam cały rok?

Bo wiem, że ostatnio w podobny sposób obudziło się wielu ludzi. Być może wielu z Was. I wiem, że to nie jest przypadek. Bóg przechadza się między nami i nas po kolei dotyka. Matka głaszcze nas po policzku i szepce: Już ranek. Czas wstać, kochanie.

Przecieramy oczy ze zdumienia, a serca w nas pałają. Ale nie dano nam tej łaski, byśmy siadłszy w domowym zaciszu grzali przy niej własne dłonie. Dlatego do tych, którzy jeszcze śpią, wołamy: Wstańcie! Módlmy się! Módlmy się, módlmy się , módlmy się.

Każdy jak umie. Nieustannie. W każdej chwili. Ustami, czynem, postem, wyrzeczeniem, myślą. Gotując obiad, jadąc autem, spacerując, stojąc przy linii produkcyjnej, siedząc za biurkiem, stojąc w kolejce, czuwając nocą nad chorym dzieckiem, w kaplicach, w domach, na ulicach, w szpitalach, w zdrowiu i chorobie. Nieustannie. Pokornie. Tak jak każdy z nas umie.

Zbudźcie się wszyscy śpiący święci tej ziemi! Waszą modlitwą obudzicie wszystkich śpiących obok was. Niech iskra modlitwy rozlewa się w pożar. Niech zapłonie wszystko od modlitwy.

Znacie legendę o rycerzach śpiących pod Giewontem?

Ludzie mówią, że śpią już od setek lat gotowi na wezwanie, by zbudzić się, gdy nadejdzie czas walki o to, co najważniejsze. To piękna legenda, ale czy rozumiecie, że mówi o nas? Bo to my Polacy jesteśmy rycerzami śpiącymi pod twardą skorupą kamienia. I to my mamy się obudzić do walki. A naszą bronią, jedyną skuteczną w tym starciu, jest modlitwa.

Rycerze spod Giewontu! Wstańcie! Już czas! Budźcie tych, którzy śpią głębszym snem!

Módlmy się. Uzbrójcie się w różaniec, nie rozstawajcie się z nim. To nasz oręż przeciw księciu tego świata.

 

Już ranek. Czas wstać, kochanie.

 


biały obrus przed nami

 

Odwiedziliśmy wczoraj nasz przyszły dom.

Rozpaliliśmy w piecu żeby poczuł się czyjś i żeby jego serce rozgrzane naszą obecnością przetrwało tę mroźną noc na styku starego i nowego roku. Przytuliłam się do jego grzejnika, wypiłam kawę szybko stygnącą w dłoniach, a potem wyszłam w noc i zajrzałam w błyszczące oczy naszego przyszłego domu. Pięknie wyglądał z rozświetlonymi oknami i świeczką z postaci mojej córki w drzwiach tarasu. A wokół nieprzenikniona ciemność z kroplami gwiazd.

Ktoś kiedyś powiedział, że gwiazdy to dziurki w granatowej serwecie nieba, przez które spoglądają na świat Aniołowie.

 

A dziś białe od mrozu połacie dachów. Lśni na nich misterny haft z kryształków lodu.

Przed nami leży czas jak wielki niepokalany obrus. Cały rok. Cały zwój materii z najlepszej przędzy, o splocie tak niespotykanym jak antyczne tkaniny, drogocenny i rzadki jak bisior. Dar darmowy i niedoceniony.

Co z nim zrobimy zależy tylko od nas. Możemy odciąć kawałki i rozdać innym. Jeden z najpiękniejszych darów – po prostu czas. Część zostawmy sobie i Bogu.

Ale możemy go też podeptać, podrzeć na bezużyteczne strzępy, wytrzeć w niego brudne buty, sprzedać za marne błyskotki.

Biały obrus czasu na stole naszego życia.

 

Dobrego, obfitującego w piękne decyzje, z miłością i mądrością wykorzystanego Nowego Roku 2016 życzę i Wam i sobie:)

 

ja i moja dolina

 

Umiem rysować, ale nie tak, by zdołać przedstawić obrazy, które mam wymalowane w głowie, które śnią mi się po nocach i nawiedzają wtedy, gdy usta szepcą modlitwę. Te obrazy są tak piękne, że z trudnością szkicuję je słowami. Brak mi barw, pojęć, ciepła, światła.

Kiedyś opisałam jeden z nich. Moje miejsce. Moje niebo. Chyba na starym blogu.

W tym roku dostałam piękny prezent od Anett, która z równą gracją posługuje się kreską i kolorem jak słowem.

To ja. Bezpieczna w Jego dłoniach. Tam zmierzam kolejny już rok mego życia. Do spokojnej doliny w zagłębieniu Jego dłoni. 

 

 

 

Poznacie mnie po lazurowej sukience i ciemnym warkoczu.

 

Anett, dziekuję:)

 

 

 

życzymy, życzymy…

 

Trochę ucichło… Wszystko prawie gotowe, stół powoli się zapełnia, choć – wieści z ostatniej chwili – wersalkę trzeba przestawić, bo wciąż za miało miejsc, a my być 18 + jedno dla niespodziewanego. Choinka wyjątkowo rozłożysta w tym roku,  członków rodziny wciąż przybywa, a pokoju niestety rozciągnąć się nie da:) Huczy odkurzacz, prezenty po kątach poupychane, kurtkami przyrzucone, bo jest jeszcze jedna mała osóbka, która wierzy, że sam święty we własnej długobrodej postaci je przynosi:) Laurka nasza. I dzięki temu reszta rodziny zachowuje się jak dzieci, konspiracyjne plany snuje i popiskuje z emocji by nic nie spalić. Kora przyjechała wczoraj z Zachodu, Max dziś o świecie znad Bałtyku, Amelia z rodziną nie przyjedzie, bo ma dyżur pielęgniarki w wigilię, a do pokonania prawie 800 km. Za daleko.

Ale i tak dużo nas do ryby po grecku i tej po japońsku, i do kutii z makiem, do pierożków i barszczu, do sałatki śledziowej, smażonych pieczarek, kompotu z suszonych owoców, do białego obrusu, który zawsze na szwank plam narażony w tak licznym gronie, do stosu prezentów.

Trochę ucichło, ale tylko na trochę, bo jeszcze ryż ugotować, półmiski znieść, stroje uprasować, gwiazdki poszukać na niebie… Braku śniegu prawie nie zauważamy.

Wspominam Was dziś także szczególnie ciepło. Od tylu lat już Was znam, choć większości nigdy nie widziałam. Tyle lat… to niesamowite, że tak można, że można być bliskim będąc tak daleko.

Więc Tobie Alw poeto, i Tobie Anno od opowieści, Dewaluacjo, Doniu, Aniu zza oceanu, Dominiko z Siedliska, Brytusiu, Hergon, Insonniu – jeśli jeszcze tu zaglądasz, Łyżeczko, Mario, Mamutki drogie, Misiu, Rivulet, Serpentyno, Ago z Sopelkowa, Stary kutrze, Haniu, Moni, Anettko z Martinkiem i Wam wszystkim, których nie znam z imienia, a którzy odwiedzacie mnie tutaj od dawna lub niedawna  …

życzę, by wraz z Chrystusem narodziło się w Was wszystko to, co czeka na narodzenie i objawienie się światu, niech pokój otuli Wasze serca jak Anioły otulają nas swoimi skrzydłami, niech miłość nie odstępuje od Was nigdy, niech nadzieja płonie niegasnącym płomieniem, niech wiara prowadzi przez najciemniejsze nawet doliny.

Przy wigilijnym stole, w gronie moich najbliższych będę pamiętać o Was, bo także jesteście mi bliscy, a niektórych z Was mogę nazwać mymi przyjaciółmi.

Błogosławionych Świąt Kochani!

 

 

 

 

w grudniu w toruniu:)

 

– Hej mamo! – wpadła jak wicher do pokoju córka najmłodsza ( pewnie pamiętacie, że mam ich aż trzy:)

Przebiegła jak halny po coś tam do robienia kozła vel turonia. Wszystkie trzy restaurują zabytkową, kłapiącą szczęką kukłę kolędniczą, bo Ala – najstarsza z córek, z zamiłowania harcerka szykuje się w tym roku do domo- krążenia świątecznego.

– A nie boicie się psów? – chce wiedzieć córka średnia, która psów i zwierząt wszelakich ( prócz drewnianych turoniów) boi się panicznie.

Wicher Laura wraca, ale kątem oka haczywszy drewnianą szopkę, zatrzymuje się z piskiem skarpetek i wygłasza w mą stronę krótki wykład nt. jak powinien być ułożony ogon gwiazdy betlejemskiej posypany brokatem.

– W tę stronę mamo, bo tak gwiazdy nie spadają, a tak się nie trzyma – demonstruje różne pozycje, kręcąc gwiazdą przybitą na gwozdek.

Tymczasem syn ( jedyny jak pewnie pamiętacie:) z mężem ( też jednym jedynym:) gdzieś na działce z siekierkami wycinają z naszej prywatnej plantacji dwie choinki. Jedną do babci, drugą dla nas.

Stojak już czeka.

Za chwilę stanie i zapachnie jak co roku drzewko. Przytulone jednym boczkiem do drzwi balkonowych. Będzie opierało się o gwiaździste ciemne płótna nocy i białe jak polerowana stal poranki, szare zamszowe wczesne zmierzchy i czasem o pomarańczowe mroźne zachody słońca, chwilami zaplącze wzrok w miękkiej wacie mgieł, albo w srebrne warkocze deszczu, raz nawet stanie pod parasolami fajerwerków.

Ciasto na pierniczki też już czeka. W kuchni. Taje, dopasowuje się do domowej temperatury, a ta z każdą chwilą tężeje i wzrasta.

Święta tuż, tuż. Za progiem. Trzeba tylko uchylić serce.

– Idę do torunia. – oznajmia Nusia.

– Turonia, nie Torunia!!! – poprawiają wszyscy. 🙂

 

pełnia przed pełnią

 

Adwent w pełni.

Ciasto na pierniczki dojrzewa w ekstremalnych warunkach schodów na strych. Wieniec adwentowy płonie drugą świecą. Laurka stojącej przy żłóbku Maryi zarzuciła kawałek niebieskiej szmatki na ramiona.

– Żeby jej było ciepło – powiedziała. I stoi Matka w płaszczu upiętym białą spineczką- różyczką. Stoi, a światło odbija się chochlikiem na jej gipsowym nosie.

Szukam przepisów na jakieś nowości wigilijne. Z ogranych standardów typu ryba po grecku, pierożki z kapustą i grzybami, kutia i ryba po japońsku oczywiście nie rezygnujemy, bo tradycja jest fundamentem.

Wszystkich odwiedził wyczekiwany święty. Niektórych nawet dwa razy.

Dziś zakończyliśmy rekolekcje. Serce wyprane i wykrochmalone, ale nie twarde, bo dzięki zaangażowaniu w dzieło miłosierdzia delikatniejsze niż jedwab.

Tak, w tym roku zaangażowałam się w akcję Szlachetnej Paczki. Nie sama oczywiście, ale jako główny organizator wielkiej zbiórki na rzecz potrzebującej rodziny. Najpierw jednej, ale akcja dzięki ludzkiej dobroci tak się rozrosła i tak mnie pochłonęła, że wczoraj „zaklepałam” drugą rodzinkę. Zostały trzy dni do finału, ale jestem dobrej myśli. Bardzo dobrej. Mimo trudu, nerwów, wysiłku, poświęcenia swego czasu w tym gorącym przedświątecznym czasie, jestem pijana ze szczęścia. To prawda, że więcej radości jest w dawaniu niż braniu. I w patrzeniu ile dobra tkwi w zwykłych ludziach obok nas, ile skrywanej wrażliwości serca i jak to szybko się wyzwala. Szybciej niż iskra podpala dynamit.

Trzymajcie kciuki żebyśmy zdążyli. Samo pakowanie prezentów zajmie nam pół dnia.

 

Po takim adwencie w pełni, święta też będą pełniejsze.

Gdy w końcu siądę przy wigilijnym stole z bliskimi, odetchnę z większą ulgą wiedząc, że dla dwóch rodzin te święta będą lepsze niż poprzednie.

 

wędrowiec po zaświatach

W tych dniach, pięknych, listopadowych, pełnych blasku słońca i łun nad cmentarzami, nas zadumanych nad mogiłami bliskich posłuchajcie …

świadectwa Andrzeja Duffeka – człowieka, który pewnego zimowego dnia zawędrował na drugi brzeg życia.

O tym, co po tamtej stronie, o Miłości, która nas przyzywa, o miłosierdziu, o sile modlitwy, wartości cierpienia. Długa długa rozmowa, która porusza do głębi i po której serce wyrywa się, by pakować walizki.