płaszcz z błękitu

 

Modliłam się i prosiłam: Maryjo, okryj nasz kraj swoim płaszczem! Okaż, że jesteś Matką!

Dziś patrzę ze zdumieniem na mapę Polski. We wszystkich stacjach telewizyjnych. Cały kraj niebieski.

 

Nagle dociera do mnie – to płaszcz Matki. Jej błękitny płaszcz.

Wysłuchała Królowa swego ludu.

 

Oby ci, którym zaufaliśmy nie zawiedli ani Jej ani nas.

 

Powrót

 

Nie piszę.

Bo opowiedzieć to, co się wydarzyło w ostatnim roku i co osiągnęło kulminację niedawno jest tak bardzo trudno.

Trzeba by napisać kolejne „Dzieje duszy”. Tym razem nie Małej Tereski, a Małej Rut.

Dzieje mojej przemiany, otwarcia oczu i serca, przylgnięcia do Maryi, uleczenia ran.

Trudno także dlatego, że to wszystko jest tak osobiste, intymne i cenniejsze niż cokolwiek, co się do tej pory przeżyło.

Jeszcze trudniejsze, bo z nagle zrodzoną świadomością miałkości własnych słów, które z trudnością wyrażają piękno zachodu słońca nad dachami za oknem. Jakże można przy ich pomocy wyrazić zachwyt Bogiem i Jego Miłością?

Nie wiem co tu napisać.

Oprócz tego, że dzieje się dużo i wokół mnie i w samym moim środku.

 

Oprócz tego, że – czuję to coraz bardziej – świat, który znamy, powoli się kończy.

Doszliśmy wszyscy na jakiś skraj urwiska i dalej się już w tym kierunku iść nie da. Można się do tego przyznać, można udawać, że się tego nie widzi, można zawrócić, można zostać nad przepaścią, ale faktów nie zmienimy. Dochodzimy do granicy swego obłędu.

Usiłowaliśmy panować, a niszczyliśmy, usiłowaliśmy zdobyć wolność, a zapętliliśmy się jak nigdy dotąd, usiłowaliśmy wprowadzać pokój, a rozpalaliśmy wojny, usiłowaliśmy ratować i bronić, a zabijaliśmy. Mordujemy najsłabszych w imię praw człowieka, sławimy zbrodniarzy, prawym grozimy sądem, spłodziliśmy prawdy bez mędrców, a mędrcami nazwaliśmy głupców, celebrytów pytamy jak żyć i bawimy się choć wewnątrz umarliśmy, bronimy „prześladowanych” dewiantów i niszczymy rodziny, odcinamy własne korzenie i udajemy, że tak da się żyć, w imię miłosierdzia zabijamy, by zniszczyć cierpienie i specjalizujemy się w zadawaniu cierpień jeszcze większych, wyrzucamy jedzenie patrząc w twarz umierającym z głodu, odmieniamy przez wszystkie przypadki „ja” „moje” i dziwimy się swojej samotności, zbieramy rzeczy i gubimy ludzi, otoczeni luksusem popełniamy samobójstwa, bo zabrakło najważniejszego.

Patrzenie na to uśmierca źrenice. Słuchanie o tym rozdziera uszy.

Nie tylko moje. Boga też. Jego przede wszystkim. I Matki.

Jesteśmy jak dzieci, które wymyśliły sobie, że podobnie łatwo jak babki z piasku zbudujemy sobie domy. Sami, własną mądrością i siłą. Bez Boga. A nawet wbrew Niemu.

A stropy z piasku pękają nam nad głowami złowieszczo. Wieża Babel znowu stanie się ruiną. Bo bez Niego wszystko na powrót staje się pierwotnym chaosem.

Świat, który sobie zbudowaliśmy SAMI powoli się kończy.

Piszę to z obawą, ale i nadzieją, bo wiem, że choć chcieliśmy jak dzieci „wszystko sami”, Bóg nigdy nas nie zostawił i sami nie jesteśmy. Wszystko jednak musi runąć i runie żeby dzieci zobaczyły, że domy z piasku to ułuda.

Świat trzeszczy na szwach, a my w większości wciąż pijemy wino i tańczymy. Gra muzyka, sypie się konfetti, trwają spory o kształt widelczyka do ciasta, ktoś się rozpłakał, bo poszło mu oczko w rajstopach.

 

A ja w tle tego całego zgiełku słyszę pękanie stropów i … Jego kroki w ogrodzie.

Wraca.

Nie trzeba być prorokiem, by to słyszeć i dostrzegać.

 

 

 

o naszych skrzydłach i nie tylko

Zachwyciłam się wczoraj tym filmikiem. Opowieść o 7-letniej dziewczynce Oli, która widzi i rozmawia z Jezusem na co dzień. O tym, że On jest ciągle z nami, że umie bawić się z dziećmi, o tym, że mamy skrzydła i z której strony stoi Anioł Stróż, co się dzieje, gdy rodzice wspominają o rozwodzie oraz ile dzieci dziś w Polsce widzi Jezusa…

Polecam wszystkim. Zachwyćcie się i Wy:)

Prawdziwa historia o dziewczynce, która rozmawia z Jezusem.

 

PS. Nowy link, bo tamten wygasł.  FILM

 

 

 

 

 

 

wakacyjna pieśń

 

Wróciliśmy.

Gości pożegnaliśmy.

Powoli oswajamy się z codziennością. Nie szarą, nie. Już dawno pojęłam, że odcienie kolorów zależą od kąta patrzenia, a czasem przymrużenia powiek i coś, co z pozoru wydaje się monotonne i szare, z innej perspektywy skrzy się bogactwem barw i sensów. Więc dzień powszedni nie jest bynajmniej szary, a zmywanie podłóg czy obieranie ziemniaków – bez znaczenia.

Tyle tylko, że nagle, po po ponad tygodniu życia na walizkach i z walizkami, długich nocnych rozmów ważkich i błahych, pejzaży zmieniających się szybciej niż klatki w filmie, śmiechu zdwojonego echem w płucach przyjaciół, przygód i nagłych zwrotów akcji, czasu pędzącego jak auto po szosie, książek czytanych jednym haustem i komentowanych na drugim wdechu, rozstań i powitań, kolejek do łazienki i stołu, budzisz się w swoim zwyczajnym poranku.

Mąż jak kiedyś szepce: Kawy?, ty kiwasz głową i zastanawiasz się czy ostatnie 10 dni było jawą czy bardzo sugestywnym snem.

Słowa i obrazy, wrażenia i myśli wirują ci w głowie. Tyle ich jest do przetrawienia, żadne jeszcze nie stało się opowieścią. Chciałbyś je uporządkować, nazwać, ale jest jeszcze za wcześnie. Są jak niedojrzałe owoce i zamknięcie ich teraz w wekach opowieści byłoby niemądre.

Siedzisz więc i pozwalasz im przepływać swobodnie, trącając je tylko delikatnie w cichej rozmowie z mężem.

A pamiętasz…? A widziałeś…? To było niesamowite? Zastanowiło mnie… Ciekawe jak to się potoczy…Przyszło mi wtedy go głowy…Myślę, że…

I tak śpiewamy razem dokładając kolejne zwrotki. Bukiet układany ze świeżych wrażeń, pachnący i inspirujący.

Przy jednych zwrotkach wybuchamy cichym śmiechem, przy innych – nagle oboje zamyślamy się, są i takie, przy których powierzchnia oczu zmienia się w taflę wody. Ze wzruszenia.

 

Jeśli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się nad sensem urlopów, wakacji, podróży, poznawania nowych miejsc i ludzi, wyjazdów i spotkań z przyjaciółmi, niech zanurzy twarz w naszej pieśni jak w bukiecie późno-letnich kwiatów.

 

A potem ułoży własną wiązankę wspomnień.

 

 

 

niespodzianki

 

Dusio od ponad tygodnia przebywa na Śląsku u swego wakacyjnego przyjaciela, a syna naszych przyjaciół ze studiów. Niedługo i my wyruszamy po nowe przygody i po zwrot syna.

Tymczasem tęsknota kwitnie, a robienie niespodzianek inspirowanych nostalgią okazało się bardzo zaraźliwe.

Laurka siedzi i wbija z impetem kolejny gwóźdź w deseczkę.

– To będzie niespodzianka dla Adasia jak wróci. – relacjonuje zgromadzonym wokół domownikom i sięga po kolejny gwozdek.

Oczywiście i gwoździe i młotek i chyba nawet deseczka zostały wygrzebane z mini-warsztatu brata, który to warsztat tymczasowo – na skutek remontu – znajduje się pod biurkiem. Standardowo cały sprzęt jest na biurku i bywa tylko delikatnie odsuwany na czas odrabiania lekcji np. Kiedyś zrobię zdjęcie – obiecuję, bo widok wart jest uwiecznienia:)

– A dla mnie to nie zrobiłaś niespodzianki. – skarży się Nusia w kierunku stukającej młotkiem siostrzyczki.

– Bo nie wyjechałaś. – odpiera zarzut , nie przerywając sobie pracy.

– Wyjechałam. Byłam na Zielonej Szkole.

– Ale nie długo. – maluch ma spory zasób argumentów.

– Właśnie, że na długo. – nie poddaje się poszkodowana siostra – Na cały tydzień.

– Nieprawda, bo nie tęskniłam za tobą. – kończy jałową dyskusję mały majsterkowicz.

 

Niespodzianka! Ostatni gwóźdź do trumny – można by rzec:)

 

Rozmiarem tęsknoty można mierzyć czas i odległości. Każdy z nas przerabiał tę prawdę w swoim życiu.

 

zabawka

A oto i dzieło Dusia.

Prezent, który samodzielnie wymyślił i wykonał dla swoich rodziców, gdy za nami tęsknił będąc na wakacjach u dziadków. Figurki poruszane, tańczą trzymając się za ręce.

Nie tylko proporcje nasz syn uchwycił bezbłędnie, ale też to coś nieuchwytne wzrokiem – naszą relację.

Nie tańczymy zbyt często, ale idziemy przez świat wciąż trzymając się za ręce i nie wypuszczając jedno drugiego nawet w trakcie najbardziej ryzykownych życiowych wolt.

A nasza miłość, mimo upływu lat, trwa. I jest pełna radości.

Nie umiem wypowiedzieć wdzięczności za ten dar.

 

 

matowe perły

 

Jest rześki poranek. Jeszcze rześki, bo za chwilę znów wybuchnie upał.

Siedzę w koszulce na ramiączkach, modlę się, piję kawę, patrzę, myślę.

Nobliwy kredens połyskuje srebrnymi szybkami, zza okna szumi samochód sprzątający ulice, na oknie zrobione z drewna figurki obrazujące mnie i męża zamarły w egzotycznej figurze tanecznej*, Laurka śpi rozkopana wśród masywów pościeli w zielone jabłuszka, za ścianą śpi Nusia, za kilkoma ścianami Ala, mąż już w swoim warsztacie na działce pracuje, a syn jeszcze dalej – za siedmioma górami, lasami i wstęgami rzek.

Patrzę ze szczytu rześkiego poranka na to moje życie. To jedyna taka chwila samotności i ciszy w ciągu dnia. Można stąd popatrzeć z dystansu, podumać i stwierdzić, że kocha się to swoje życie, chociaż w ukropie dnia się go nie docenia.

Wczoraj podczas modlitwy dostałam delikatne napomnienie, że zbyt dużo utyskuję.

To prawda. Za dużo ostatnio było słów typu: dlaczego ja ( ponoć jest nawet taki program w TV:), dajcie mi spokój, nie mam już siły, nie wytrzymam, ciągle mnie musisz o to pytać…

Remont tradycyjnie rozlazł się na prawie całe mieszkanie i końca nie widać, mąż zajęty przy meblach, nikt nie ma ochoty bawić się z najmłodszą, więc wisi wciąż na mnie, a upały sprawiają ,że jest dodatkowo zmierzła, starsze dziewczyny z nosami w książkach. A ja narzekam i narzekam.

Obiad gotuję, sprzątam, ścieram kurze, które uporczywie wychodzą, piorę, układam w szafkach, robię zakupy, koszę trawnik na działce, podlewam ogród, bawię się z Laurą, czytam jej, kwiaty podlewam, w piecu palę na wodę. A poza tym – jak stwierdziła nasza znajoma – leżę i pachnę:)

– Utyskujesz – szepnął mi głos podczas różańca. – Kiedy to robisz, to jakbyś matowiła perły. To wciąż są dobre czyny, ale gdy narzekasz, przestają lśnić.

Tak, utyskuję.

 

Dużo rzeczy robimy z poczucia obowiązku, z przymusu, z przyzwyczajenia, dla świętego spokoju.

Są takie, które robimy w pogoni za modą, z wygodnictwa, dla pochwał czy „owczym pędem”.

Niektóre robimy z automatu, na odczepnego czy z obawy.

Czasem dlatego, że taka jest tradycja, niekiedy, bo „mamy w tym interes”.

A gdzie są te, które robimy po prostu z miłości?

 

Przynieść kubek wody dziecku z miłości i bez narzekania, że jest mi ciężko.

Pościerać po raz kolejny wylany na stół kompot.

Uprasować następną bluzeczkę, bo dziecko się pochlapało.

Przeczytać po raz dwudziesty tę samą ulubioną książeczkę.

Zagrać w grę dla czterolatków.

 

I nie odbierać blasku perłom żadnym słowem.

 

 

 

 

* Ta figurka jeszcze się pojawi, bo to niezwykły dar naszego syna. Zrobił ją dla nas z czystej miłości. I z pasji. Z najszlachetniejszych materiałów.

 

 

co do joty

 

Wtorek.

Remontu ciąg dalszy. Pokój Adama finalizujemy. Ostatnie kropki nad i stawiamy.

Miś przykręca regał do ściany, bo regał wysoki i pełen książek, co grozi obaleniem i trwałym kalectwem przypadkowego przechodnia.

Dzielnie uwija się mój mąż, kręci śrubokrętem, a syn tymczasem spod innej ściany:

– Wieszakprzykręcać? – zbitkosłownie pyta ojca.

– Wiem jak przykręcać. – odpowiada oburzony stolarz z zamiłowania i producent mebli wszelakich.

A syn stoi zdezorientowany taką odpowiedzią. Z wieszakiem w jednej i śrubokrętem w drugiej ręce:)

 

Trzeba słuchać uważnie co do „joty” 🙂