podróż sentymentalna

 

Podróż bez pośpiechu po moim studenckim mieście.

Mieście, o którym ja pamiętam tak wiele i tym samym, które mnie doskonale pamięta. Choć i ja i ono zmieniliśmy się nie do poznania przez ostatnie 26 lat:) Moja miłość od pierwszego wejrzenia, miasto ważnych dla mnie ludzi, miejsce moich studenckich pasji poznawczych, miejsc i chwil, które wpisały się na stałe w historię mojego życia, mojej największej miłości życia.

Tutaj, dokladnie tu powiedziałam mu…, a tutaj chodziliśmy na spacery, tam jest taka uliczka, którą szliśmy do biblioteki na Szopena, a tu był sklep ( już go nie ma), gdzie kupiłam tę sukienkę w beżowe kwiaty, którą mam do dzisiaj. Ten autobus nazywaliśmy krajoznawczym, a do tego kina chodziliśmy. Tutaj są takie schody, a tam lodziarnia, do której poszliśmy zjeść lody w moje urodziny ( w styczniu!!!). Na tej ulicy kupiliśmy pierścinek zaręczynowy, a w tym szpitalu urodziłam Alusię. Tu uczyła się moja siostra, jeździłam do niej 26-ką. Tam stała taka budka, a w niej były drożdżówki i owoce, zawsze była kolejka, a na kopytka chodziliśmy na Medyczny:) Czasem, w największe mrozy spadały szelki trolejbusom i musieliśmy brnąć na piechotę przez śnieg aż na Poczekajkę. Tędy szłam do pracy, a tu na rogu był taki sklep z drogimi sukniami – Parisette.

I tak można bez końca snuć wspomnienia.

Jestem nimi opleciona i połączona z tym miastem jak tysiącem cienkich niteczek.

A jednocześnie to miasto wciąż mnie zaskakuje, bo – choć wydaje mi się, że tyle o nim wiem, a moje losy splotły się z nim na długich sześć lat życia – to nie sposób je poznać do końca. Wciąż i wciąż jak magik wyjmuje coś nowego z kapelusza. Wystarczy tylko parę kroków skręcić w lewo lub obrócić się przez prawe ramię, spojrzeć w górę lub pod nogi, zatrzymać się i popatrzeć. I stajesz jak wryty. Urzeczony. Oszołomiony.

To jak poznawać człowieka. Wciąż i wciąż za mało, by powiedzieć z pełnym przekonaniem: „znam go” lub ” niczym mnie już nie zaskoczy”

Taki jest Lublin. Żywy, barwny, pełen śladów historii i otwarty na przyszłość, zielony, tętniący, nieokielznany, stary i młody, tajemniczy, pociągający. Jedyny.

Mieliśmy tu zostać, ale Bóg zdecydował inaczej. Pokierował nas do innego miejsca, które pokochaliśmy z wzajemnością. Tak jest dobrze. On wie lepiej

Ale stara miłość nie rdzewieje, więc cieszę się za każdym razem, gdy tu wracam.

gdybym…

 

Gdybym miała napisać książkę o sobie, pewnie zaczynałaby się tak…

*  *  *

Padał deszcz. Miło się sluchało jego szeptu. Był pełen jakichś tajemnic i tęsknot, których zwykłe slowa nie potrafią wyrazić.

– Podobnie jak szum wiatru – pomyślała.

Była noc, mąż i dzieci spali, więc nie mogła wypowiedzieć tego na głos. Zresztą, nie trzeba. Myśli wypowiedziane blakną zwykle jak uprany materiał. Myśli nie lubią być wystawiane na światło dnia codziennego. Rozwijają się w ukryciu, ciepłe i ciche jak pędy roślin. Aż w końcu, pewnego dnia przebiją pułap i wtedy…

Wtedy już wszystko będzie wiadome.

– Tylko nikt nie wie czy to będzie jeszcze na tym, czy już na drugim świecie – znowu pomyślała i uśmiechnęła się sama do siebie.

Więc deszcz, szum wiatru, chlupanie fal to jeden i ten sam język, wyrażający wszystko to, co niewyrażalne. I jeszcze może mruczenie kota.

Tak, miała koty. Czworo dzieci i cztery koty.

Do tego mnóstwo książek, stary dom, stary sad, który powoli, bardzo powoli zamieniał się w las.

Miała talerze i kolorowe kubki, i drewniany dębowy stół, a dokoła sześć krzeseł, miała śliczne sukienki w szafach i delikatne firanki w oknach, miała rodzinę i bliższych i dalszych przyjaciół…

Miała tyle rzeczy i tylu wspanialych ludzi wokół.

I naprawdę czuła się szczęśliwa.

A to szczęście najbardziej czuła właśnie nocą, gdy wszystko cichło, całe to bujne życie wokół. I wtedy, leżąc już na poduszce, w zupełnej ciemnosci, obok chrapiącego zmęczonego męża, czuła jak szczęście rozlewa się ciepłą falą po całym ciele. I od tego wszystkiego już jej się nie chciało spać. Bo jak spać jak w całej tobie chlupie szczęście? I za chwilę wychlupie się jak z pełnej konewki.

Więc wstawała i chodzila po domu. Czasem w zupełnej ciemności, a ciemność tu na wsi była najprawdziwsza na świecie. Zwłaszcza w taką pochmurną noc, gdy nie widać księżyca ani piegów gwiazd.

Zresztą, wiele, bardzo wiele rzeczy i spraw tu na wsi było prawdziwszych niż gdziekolwiek indziej. I ciemność, i światło, i zimno i upał, i praca, i odpoczynek. Jedzenie też było bardziej jedzeniowate, a głód był prawdziwym głodem, pragnienie nie było udawane, ani zmęczenie.

Czasem zapalała światło, czasem świecę. Potem siadała na podłodze i patrzyła przez duże oszklone drzwi w tę zupełną ciemność i śpiew deszczu.

I wszystko się w niej układało jak kostki domina. Jedna kropka do jednej kropki, dwie do dwóch, sześć do sześciu, masło do masła.

Bo dzień czasami komplikuje wszystko i gmatwa i bywa, że się pogubisz w tej gęstwinie. Lecz noc jest czasem układania. Nie tylko głowy do poduszki.

– Dobrze, że są noce – kolejna myśl przypłynęła jak mały stateczek z papieru.

 

🙂 🙂 🙂

 

 

moja definicja bogactwa

 

Tak po światowemu nie jesteśmy bogaci, ale przecież tzw. „świat” myli się tak często i bogactwem nazywa zwyczajną zamożność.

A prawda jest taka, że bogaci jesteśmy.

W dach nad głową – zielony dach oszumiony lasem, w ciepłe od słońca cegły, które tworzą przestrzeń, w której żyjemy. Jesteśmy bogaci sobą, swoim kwitnącym zdrowiem lub niedomaganiem znoszonym z cierpliwością, swoimi talentami i pasjami, ale też upadkami i ułomnościami szlifującymi charaktery. Jesteśmy bogaci w słońce muskające tak samo delikatnie nasze twarze i truskawki w doniczce. Jesteśmy bogaci deszczem, co szepcze, bębni lub chlusta pod stopy nam i naszym roślinom. Jesteśmy bogaci w poranki pełne obietnic i w wieczory, zamykane jak okładka nad książką kolejnego dnia. Nasze bogactwa to śpiew kapturki, gruchanie synogarlic i nietoperze fruwające na tle księżyca jak czarne ściereczki podrzucane wiatrem. I zapach wiciokrzewu zaraz po deszczu lub rano, lub wieczorem. I delikatne płatki róż, i – podobne do kolorowych mioteł – polne bukiety znoszone do domu. To nasze złoto i perły i diamenty.

Jesteśmy bogaci w nasze dzieci, tak do nas podobne i tak różne, że odkrywanie ich lądów nie znudzi nam się do samej śmierci. I w naszych przyjaciół, raz po raz przylatujących tu jak motyle zwabione słodkim nektarem.

Nie mamy pełnych walizek pieniędzy, ale mnóstwo cudownych wspomnień, spisanych i nie-spisanych, wesołych i tych smutnych. A w każdej z tych opowieści jest jądro sensu jak perła ukryta na dnie skorupki małża.

Jesteśmy bogaci modlitwą, tą naszą i tą, która nas wyprzedzila w tym miejscu, wsiąkła w mury, otuliła, drogę usłała złotym piaskiem.

Jesteśmy bogaci tymi, którzy przed nami szli i odeszli, a teraz patrzą czarnymi węglami oczu ze zdjęć powieszonych na ścianie. Igrają cienie drzew na ich zastygłych twarzach i drga półuśmiech w kącikach ust.

Jakby chcieli powiedzieć to, o czym już wiemy.

Że bogactwo to nie to samo co zamożność i że można je mieć na wyciągnięcie ręki, na uchylenie powiek, na otwarcie uszu.

I że Ktoś hojnie zasiał złote ziarno na naszych polach.

 

lubię…

 

Lubię dbać o nasz dom.

Trudno nawet opisać ile mi to daje poczucia sensu i sprawczości. Może czasem więcej – przyznam się bez bicia – niż dzieje się to w mojej pracy zawodowej, gdzie na efekty trzeba czekać latami, a w bardzo wielu przypadkach nigdy ich nie ujrzysz na własne oczy. Ktoś inny, gdzieś, kiedyś – wierzę, ale nie ja.

Uwielbiam zapach świeżego prania, czyste okna, kwitnące kwiaty, umyte podłogi, bielusieńkie firanki, poprasowane zasłony, nowe obrusy na stole, bukiety w wazonach jak stada barwnych motyli, bibeloty rozstawione w malowniczych acz nieoczywistych ( jak to u nas:) grupkach… Uwielbiam to tak samo jak uwielbiały to moje babcie, ciocie, moja mama…

Czekam więc na rzetelne naukowe opracowania jak istotne w życiu kobiet jest to całe „bezsensowne” kręcenie się po domu, przestawianie z kąta w kąt, dekorowanie, wyszywanie, mycie i sprzątanie i gotowanie. Jak to wpływa na ich dobrostan fizyczny i psychiczną równowagę.

Tak, wiem – w dzisiejszych czasach napisanie o tym książki byłoby bardzo niepoprawne politycznie, lub wręcz skanowane pod kątem mowy nienawiści:) Ktoś bowiem od dłuższego już czasu usiłuje wmówić nam kobietom, że ta cała nasza praca, staranie o dom, rodzinę, dzieci, męża, kwiatki to tylko wynik zaprogramowania przez opresyjne lobby męskie. I że my do lepszych rzeczy jesteśmy stworzone, a wręcz do tych samych, do których są stworzeni mężczyźni:)

Bo dzisiaj jesteś o tyle wartościowy, o ile przynosisz do domu pieniądze, odkrywasz nowe lądy, zdobywasz sławę, robisz karierę. Widać cię i słychać. Nie możesz być po prostu zwyczajny, bo zwyczajność jest dziś synonimem „gorszości”. Nie możesz wieść zwyczajnego prostego życia, bo to brak ambicji.

Chodzę więc sobie po domu, myję okna, wyjmuję świeże zasłony i firanki, obrywam uschnięte listki i przekwitłe kwiatki fiołków, dolewam wody do wazonów, bo polne bukiety wyjątkowo dużo piją:) Nie da się tej mojej pracy jakoś wycenić, przeliczyć na złotówki, a nawet roboczo-godziny. Bo ja wciąż coś poprawiam, przesuwam, zniosę pranie z góry, wyrzucę śmieci, sypnę kotom karmy, przetrę umywalkę, ustawię równo książki, pozbieram płatki kwiatów z podłogi, zetrę kurz z ramy obrazu…

Potem siądę na chwilę, zrobię parę zdjęć, by uwiecznić jak ślicznie ułożyły się cienie liści na lnianej zasłonie. Napiję się łyk herbaty, odmówię dziesiątek różanca i już biegnę, bo pralka zapiszczała, że skończyła prać.

Po takim bieganiu jestem zmęczona, ale jest tyle radości w tym patrzeniu przez czyste szyby, rozwieszaniu pachnącego prania na wietrze, jest tyle satysfakcji, że kwiaty kwitną, że położymy się dziś spać w czystej pościeli, że to rekompensuje wszystkie wysiłki.

Więc czekam na rzetelne naukowe artykuły opisujące ten fenomen: jak to jest, że takie proste czynności potrafią dać tyle szczęścia, jak to się dzieje, że siedząc w domu, wcale nie tracisz na wartości, a zyskujesz pokój serca i sens życia.

Że wcale ci nie brakuje wielkiego świata i jego jarmarcznych atrakcji, bo jesteś zauroczona tym, że rozpoznajesz już śpiew pierwiosnka i bez kozery zgadujesz nazwy wielu roślin. Że dziś wieczorem położysz się w pachnącej wiatrem pościeli, a rano znowu siądzesz na drewnianym progu z kubkiem kawy i… – to całkiem prawdopodobne – nauczysz się rozpoznawać śpiew kolejnego ptaka.

 

światło

 

Napisanie świadectwa to częściowa spłata długu, jaki mamy u Boga. Zawsze wychodzę z założenia, że łaski, które nam daje ( zarówno te łatwe jak i te trudne, bo są i takie) są nie tylko dla nas. Są dla wielu innych ludzi. I jeśli zatrzymujemy wiedzę o nich tylko dla siebie, to jesteśmy złodziejami łaski Bożej, bo bezprawnie przywłaszczyliśmy sobie to, co miało być pokarmem i umocnieniem dla wielu.

Dlatego trzeba o tym opowiadać, ubierać w słowa, czasem nieporadne, po prostu ludzkie. A ludzki język nie znajduje odpowiednich słów, by opisać to, co boże.

I jeszcze z jednego powodu trzeba o tym mówić. Bo kiedy mówisz, piszesz o tym – rośnie w tobie samym zrozumienie wielkości daru, a wraz z nim coraz większa wdzięczność rozsadza serce. To buduje także twoją wiarę, twoje zaufanie, twoją miłość. Jak mówi psalm: z mocy w moc wzrastać będą.

Dlatego nie wolno nam ukrywać światła pod korcem. Światło ma świecić wielu. I nie jest naszą własnością.

Ktoś dając taki dar, zaufał nam, że go przekażemy dalej. A każdy z nas coś dostał. Nikt nie odchodzi od Boga z pustymi rękami.

Więc jeśli cokolwiek otrzymałeś, nawet małe szkielko blasku, pół kłosa, dawaj swoje świadectwo innym osobom, czytaj je im, opowiadaj. Nie wiesz kto tego potrzebuje i czyje serce zapali się po usłyszeniu tych słów.

Przypominam sobie moje świadectwo. Napisałam je chyba z 7 lat temu, bo poprosiło mnie jedno zgromadzenie zakonne, które stara się o kanonizację ich matki założycielki. A matka troszkę się zamieszała w nasze życie, gdy mój mąż ciężko zachorował.

Teraz, gdy patrzę na naszego kolegę – Wojtka, którego zmiażdżyła koparka, znowu widzę jak potoki dobra, modlitwy i łask wylewają się na niego i jego rodzinę. I Wojtek praktycznie z dnia na dzień zdrowieje, w szalonym tempie, wbrew przewidywaniom lekarzy. Dziesięć dni po wypadku zaczął sam oddychać, potem zaczęły pracować nerki…

I odżywa we mnie tamten czas, gdy nasza rodzina była tak otulona modlitwą, dobrocią ludzką i łaskami płynącymi z nieba.

To już zawsze będzie we mnie żyć i pracować jak zaczyn. Gdy napotykam w życiu jakąkolwiek przeszkodę, jakieś cierpienie, swoje lub kogoś innego, przypominam sobie tamte dramatyczne chwile i jak nas Bóg przeniósł ponad nimi jak orzeł przenosi pisklęta nad żywiołem, nad wzburzonymi falami, nad językami ognia.

Ktoś z was z okazji moich 50-tych urodzin podarował mi niezwykłą ikonę. Chyba już tutaj o niej pisałam. Przedstawia młodzieńców i anioła w piecu ognistym. Cała ikona wprost płonie od ognia, a w jej środku z podniesionymi rękoma spacerują młodzieńcy. Ktoś z was napisał mi wtedy: gdy o was myślę, zawsze przypomina mi się ta scena biblijna:)

 

Dziś ktoś inny jest w piecu, a płomienie liżą mu szaty i ciało…

Modlę się za Wojtka i jego rodzinę, a w głębi serca słyszę głos, który szepcze:

„Sprawiedliwy czy w szczęściu czy w nieszczęściu będzie znakiem dla wielu.”

 

Łask nie wolno chować pod korcem. Mają lśnić i rozpraszać ciemności.

 

przedsmak

 

Po dniu pełnym biegania, pośpiechu, spraw nakładających się na siebie warstwowo, załatwień, rozmów, ustaleń, decyzji…

Teraz ta chwila w sadzie. Siedzę już bez zawodowej pewności siebie i kompetencji, bez eleganckich spodni i bialego golfiku, bez torby pełnej szpargałów, notatek, scenariuszy, bez…

Siedzę tu bez wielu rzeczy.

W liliowym długim włochaczu, który mąż i dzieci nazywają „różowym Yeti”, w dresach, kroksach, z włosami luźno puszczonymi. Zupełnie nie do poznania JA:)

Dokoła zieleń, nade mną pokrywka z ptasiego wieczornego śpiewu i niebiesko-biało skłębione niebo, pod moimi nogami wygasłe ognisko, pode mną ławeczka zrobiona z dwóch starych pustaków i jeszcze starszej deski. Moja własna autorska konstrukcja:)

Modlę się tutaj samą obecnością zanurzoną w Jego wszechogarniającej Obecności. Bez słów, prawie bez myśli, bez stosownych póz. Dziękuję patrząc, słuchając, oddychając, dotykając.

Opadają na chwilę jak zwiędnięte liście moje niepokoje, zmartwienia. Uciekają w popłochu myśli pełne trzepotu. Czmychają cienie.

Jestem.

Ja.

Powoli przestawiam się na czas letni.

Za chwilę wakacje. Czas jak słodki sok przeciekający przez palce, bardziej niefrasobliwy, lekki jak puch dmuchawca…

Dziś tylko mały jego przedsmak. Pierwszy kęsek odpoczynku u progu lata.

 

reżyser

 

– Ja nie mogę wytrzymać jak Maciek tak patrzy na mnie pustym wzrokiem – skarży się Bartek, drugi alumn ze sceny święceń. Obaj stoją na przeciwko siebie, jeden ze stułą, drugi z rzymskim ornatem na wyciągniętych dłoniach, a pomiędzy nimi krzyżem leży młody Karol Wojtyła. Czyli Max:) Scena święceń.

– To patrz w górę na Pana Boga, a ty Maciek żeby nie wiem co się działo, masz się nie roześmiać – rzucam szybko i biegnę dalej.

– Proszę pani, bo tu są takie mocne światła, że my nic nie widzimy w tych ciemnych okularach jak tańczymy – zgłaszają komunistyczni agenci – I boimy się, że spadniemy, bo nawet nie widzimy gdzie koniec sceny.

– Ok, tańczcie bez okularów, wasze bezpieczenstwo jest najważniejsze – zgadzam się.

– Tu z boku urwał mi się troczek od kremówki? – mówi Zuzia.

– Dzisiaj?

– Nie, wczoraj. – odpowiada ciasteczko z kremem.

– To dlaczego nie powiedziałaś wczoraj, to byśmy to zreperowali. Teraz musisz jakoś zatańczyć – mówię nieco zdenerowawana, bo za pół godziny odslania się kurtyna i występujemy.

A oto posuwistym krokiem idzie nasza święta parka.

– Jezus Maria – witam ich chrypiąc.

– Dobrze mam ułożoną fryzurkę? – pyta Jezus i rozsiada się jak basza w fotelu, poprawiając loczki.

– Śliczną – chwalę, a Narrator z tyłu jeszcze trefi pukle mistrza z Nazaretu.

– Jezusie, przywróć mi głos choć na jeden dzień – proszę już prawie szeptem – jeden mały cudzik.

– Nie, dzisiaj nie – odpowiada srogo.

Przy ostatnim występie był bardziej spolegliwy, bo obiecywał zamieniac wodę w wino. W wielkiej donicy, w której stały biało- czerwone flagi:)

Narrator wciąż się wzrusza nad swoim tekstem

– Patrz – mówi i pokazuje cały skrypt rozmazany od łez. W niektórych miejscach liter już nie widać.

– Przecież czytałaś to już tyle razy – śmieję się.

– Ale jeszcze się nie uodporniłam. Zobacz – i pokazuje mi schowane za fotelem chusteczki, całą baterię:)

– Czy ja dobrze mówię ten wiersz? – podsuwa się nieśmiało Mikołaj.

– Bardzo dobrze, ludzie będą płakać jak cię usłyszą.

– Nie wszyscy to rozumieją – skarży się, zerkając przez ramię na inne dzieci.

Tak, widziałam ukradkiem jak niektóre prychały śmiechem i robiły dziwne miny, gdy on z przejęciem i emfazą recytował : Nad twoją białą mogiłą …

– Nie martw się, ludzie dojrzali to zrozumieją, a niedojrzałymi szkoda się zamartwiać

– Bo mama mi powiedziała co to jest „mogiła” , bo ja nie wiedziałem, że to grób. I wtedy zrozumiałem ten wiersz – cieszy się nasz recytator.

– Czy ja mogę pomalować usta? – pyta Julcia cała w pąsach i slicznej sukieneczce w kwiatki. Julcia śpiewa dziś śliczną kołysankę dla małego Karolka, przy jego drewnianej kołysce.

– Pomaluj i pokaż mi się – mówię – W zasadzie, nie wiem czy wiesz, ale na scenie powinno się mieć dość mocny makijaż, bo wtedy twarz jest z daleka widoczna.

– Tak, wiem – kiwa głową zadowolona.

– To pomaluj i przybiegnij do mnie.

A w garderobie zbiorowe szaleństwo: Leo poskramia rozbrykany chór, kremówki zakładają hełmy z bitej śmietany z wisienką zamiast pompona, biskup próbuje ukryć białe adidasy ( bo nie posiada pantofli) pod zbyt krótką albą, Karol – ojciec wraz z konferansjerem Arturem mocują się z orzełkiem, który odpadł od wojskowej czapki. Agrafką go przebijają:)

– Marta – pytam pani Wojtyłowej – czy ziemniaki są w torbie?

– Tak, są.

– Jezus Maryja – krzyczę głosem starej alkoholiczki – Pamiętajcie, pod koniec piosenki, przed święceniami wychodzicie z obrusem i mszałem. Mszał rozłożony

– Tak, tak pani reżyser- kiwają zgodnie świątobliwymi łepetynkami.

– Max nie przyniósł białej koszuli, przyszedł w szarym swetrze – melduje mi na ucho Monika kierownik garderoby – kazałam zadzwonić do domu żeby mu przywieźli.

– A tej kołyski to nie zabrać po scenie narodzin? – zgłasza sugestię fotograf teatralny, bo jak to fotograf kręci się tu i tam i ma oko na wszystko.

– Kamil – łapię Jezusa – jak będziesz wychodził, po ” światło już wschodzi” weź trochę przesuń tę kołyskę żeby odslonić fotel biskupa, ale tak żeby została na scenie.

– Czy ja mam do ukłonu wyjść w pantofelkach czy w adidasach? – nieśmialo pyta kelnereczka.

– W pantoflach.

– I może ja wezmę ten dłuższy fartuszek w kwiatki, bo mam plastry na kolanach i ten krótki mi ich nie zasłania? – tu objawia oklejone różowymi plastrami kończyny. No rzeczywiście nie wygląda to dobrze, zwlaszcza, że gramy 20-lecie międzywojenne;)

– Dobrze, ale musisz go sobie uprasować, bo jest zmięty. Tam masz żelazko. – pokazuję.

Uff, dobrze, że wzięłam z domu dwa fartuszki.

Tymczasem papieżowi dowieźli koszulę, więc zastaję go skupionego nad deską do prasowania.

– Uprasowac ci? – pytam.

– Nie, dam radę. Nauczyli mnie. Tylko to żelazko coś nie prasuje. – mruczy.

– Przestaw sobie na trójkę – przekręcam pokrętło i biegnę do kierownika muzycznego ustalać szczegóły dotyczące podkładu.

W biegu jeszcze przypominam :

– Pamiętajcie, z prawej wchodzi tylko procesja do święceń i Magda z pistoletem. Reszta z lewej. Dacie radę?

– Tak, spoko. Poradzimy sobie. – odkrzykują bojowo

 

Wbiegam na górę, gdzie w połowie widowni znajduje się centrum sterowania muzyką i światłem. Bartek kierownik muzyczny ostatni raz przegląda notatki, przesuwa suwaki na mikserze. Musiał się nauczyć wszystkiego w 3 godziny. Ma taką samą tremę jak tamci za kurtyną.

– Może ja dam światło na stolik, jak już będą stały tam znicze? – zgłasza ostatni pomysł.

– Pokaż.

Jasna smuga ląduje na stoliku.

– Ok, będzie dobrze. Pamiętaj o ściemnieniu na okno.

– Kiedy to zrobić dokładnie ?

– Jak dziewczynki postawią okno na sztaludze. Musi być dobrze widać świecę za szybą.

– Zawiąże mi pani? – jak duch zakradł się Bartek ubrany w białą długą szatę. W ręku trzyma bialy sznur.

– Ej, to nie twoje ubranie, to sutanna papieża – mówię.

– Tak, ale chciałem przymierzyć.

Biorę sznur i go opasuję, wciąż rozmawiajac z reżyserem dźwięku. A potem sznur zawiązuję na kokardkę:) Ups. Synapsy mi się przepaliły.

Tymczasem widzowie powoli się schodzą, zamszowe fotele skrzypią przy otwieraniu.

– Ojej, kurtyna – wydobywam z siebie sceniczny szept i zbiegam szybko spowrotem za kulisy.

Zapomniałam, że mam ją odsunąć po zapowiedzi konferansjerów.

Za kulisami część aktorów siedzi już skamieniała, inni chichoczą z nerwów, jeszcze inni chodzą jak lwy w klatce z jednego końca sceny na drugi. Skrzypi podloga. Atmosfera gęsta od emocji.

„Dobry wieczór Panstwu” – słyszymy nieco przygłuszone slowa Belli dobiegające zza pluszowej kotary.

I prawie wszyscy czmychają do garderoby.

Zaczynamy.

– Różaniec!!! Czy Max ma w kieszeni sutanny różaniec?!!! I jak – na Boga – otwiera się ta kurtyna?

🙂

 

 

Od miesiąca bawię się w reżysera.

Dlatego mnie tu tak dlugo nie było.

 

majowy wieczór

 

Słońce przesiewa się między rzęsami jak złote ziarno przesiewa się na sicie.

Jest maj. Znowu maj. Jak co roku od ponad pół wieku. Każdy inny, każdy piękny, każdy pełen nadziei i snów nieprześnionych.

I ten taki jest. Szmaragdowo-zielony, pachnący jak wonności Arabii, zaskakujący jak magik, który co chwilę wyjmuje nową cudowność ze swego kapelusza i pokazuje oniemiałej z zachwytu publiczności. Też tylko na chwilę, na mgnienie oka. I znowu to coś znika, a pojawia się nowe. Gdy każdego ranka odsłaniam lniane zasłony w naszej sypialni, nie wiem co zastanę za oknem. Gdy spaceruję codziennie po podwórzu, przychodzę do domu z tysiącem nowych odkryć i nowin.

– Paulowie będą kwitły!!!

– Jaworek przemarzł.

– Zawilce się przyjęły w sadzie.

– Nietoperze mieszkają w wyłomie muru obok naszych drzwi!!!

– Dwie synogarlice wiją gniazdo na sośnie.

– Żarnowiec ma już pączki.

– Maki rosną!!!

Nie nadążam za wiosną. Zawsze nie nadążałam. Czy miałam lat pięć, dziesięć, piętnaście czy pięćdziesiąt. Jest niedościgniona.

Siedzę na naszym fotelu brazylijskim, kiwam się powoli. Nade mną zielone już korony osik na tle błękitu nieba. Zieloność aż oczy bolą, błękit aż do spękania serca.

Słońce powoli stacza się coraz niżej, wokół kwilenie ptaków i zwyczajne odgłosy ludzkiej osady. Ktoś kopie piłkę, tata mówi do synka: „Mikołaj, no,no…”, gdzieś muzyka z radia, szum opon samochodowych, śmiech, pogłos biesiady, trzaskają drzwi, skrzypi bramka, a między to jak złota nić wpleciona cisza…

Siedzę w środku tego i jakby ponad tym wszystkim. Obecna i odległa. Tutaj i zupełnie gdzie indziej. Teraz i potem. Zawsze.

Słońce dotyka twarzy złotym wachlarzem.

Świat się zatrzymał na chwilę.

Maj.

Kolejny w moim życiu.

Ostatni na tej ziemi?

Nie wiem.

Ty wiesz:)

🌸

Ja wiem tylko to, że warto go przeżyć tak, jakby miał być ostatni.

 

wiersz

 

rocznica

dziś dokładnie mija

okrągła rocznica

tego samego dnia

dziesięć lat temu

 

pewnie wydarzyło się

wówczas wiele ważnych rzeczy

które – choć zapomniane

– warto przecież uczcić

 

miałam wtedy siedemnaście lat

i – dajmy na to –

że słońce jak dziś przygrzewało

a ja (być może)

zrozumiałam coś istotnego

no, może nie dla świata

lecz wystarczy

jeśli dla samej siebie

 

może dzięki

tej myśli właśnie

jestem dziś jaka jestem

 

a może…

scenariusz był inny

bardziej dramatyczny i

– przypuśćmy – lało

za oknem

i we mnie

 

ale i tak warto wspomnieć to

choć minutą ciszy

 

i trudno

że po całej dekadzie

ciężko pamiętać szczegóły:

ile było stopni

jaka to myśl piękna

wiatr lekki czy porywisty

i dlaczego łzy?

 

( 28 czerwiec 2001)

 

🌱🌱🌱

*      *      *

Życzę Wam, by wraz ze Zmartwychwstałym życie odnowiło się, w tych miejscach, w których umarliście. Byście powstali z tego, w co upadliście. Byście zostali uleczeni z chorób, które was gnębią. By Wasza siła odnowiła się, jeśli czujecie się bezsilni. By odrodziły się wasza wiara, nadzieja i miłość. By pokój rozlał się jak rzeka w tych obszarach, gdzie targają Wami burze, a światło rozbłysło nawet w najmroczniejszej ciemności.

Powstańcie razem z Nim♥️

Już czas.

🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱🌱