Nie jestem tutejszy
wiem to już od dawna.
(x.J. Szymik)
Mówią, że trening czyni mistrza. A co trenujemy wyrwale, dzień po dniu, całe życie?
Powroty do domu.
– Wraca pani do domu? – zapytał mnie pewnego dnia jeden z moich uczniów.
– Tak, wracam – rzuciłam szybko i ruszyłam w kierunku mojego sfatygowanego srebrnego auta.
” Wracam do domu” powtórzyło jak echo serce, lecz nie myślało wcale o zbudowanym z czerwonej cegły i przykrytym zielonym dachem domku pod lasem, do którego jechałam.
* * *
Kochamy ten dom. Zbudowany rękami moich przodków z cegły, którą także mozolnie ulepiły ich dłonie. To cała historia. Był kiedyś, jeszcze kilkanaście lat temu oborą i tętniło w nim zupełnie inne życie niż to nasze teraz. Podnieśliśmy go z ruiny, potem także w randze i godności, otuliliśmy go ogrodem, kwiatami, krzewami, wypełniliśmy śmiechem, ludzkim gwarem, muzyką i szumem czajnika, zapachem ciasta i zupy. I tak oto stał się „domem otulonym lasem” dla nas i naszych dzieci.
Uwielbiamy to miejsce. Nie tylko dlatego, że jest naszym domem, lecz także dlatego, że długo na dom czekaliśmy i dużo nas kosztował. Pracy, potu, czasu, starań, wyrzeczeń.
* * *
I oto teraz do niego wracam. Moje autko co dzień sunie wąską wiejską szosą. Pomiędzy łanami zbóż lub zaspami śniegu, przez las złoty od jesiennych liści lub osrebrzony szronem. Wracam do domu poprzez dni szare i płaczliwe i wtedy, gdy uśmiechają się słońcem i kwileniem ptaków. Czasem wracam nocą lub przez gęstą, białą jak rozlane mleko mgłę sunącą znad pól. Prawie nic wtedy nie widzę, jadę niemal po omacku, wiedziona nikłą strużką światła płynącą z reflektorów auta. Czasem pod koła wyskoczy zając, czasem sarna, zanurzona w zielonym morzu młodych zbóż, spojrzy łagodnie .
Mijam kilkanaście kapliczek i krzyży. Jeden z nich lubię najbardziej. Stoi w szczerym polu i rozkłada szerokie masywne ramiona na tle nieba. Jakby każdego podróżnika chciał przywitać i objąć. Tak, bo droga nie może być bez krzyży. Dosłownie i w przenośni. Kiedyś ludzie to doskonale rozumieli, dziś – coraz mniej.
* * *
Piękna jest moja droga do domu i są dni, gdy zachwycona zatrzymuję auto, wychodzę i patrzę na całe to piękno, robię zdjęcie lub parę kadrów filmu. Piękno domaga się uwiecznienia i pamiętania, rozszerza serce.
Ale nie mogę zostać tak w połowie drogi, nawet najbardziej uroczej. Po chwili wsiadam spowrotem za kierownicę i ruszam. Dom czeka.
On jest celem, nie droga.
* * *
Wracam tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Nieustannie trenuję powroty. I coraz bardziej rozumiem, że te codzienne powroty są metaforą i przygotowują mnie do czegoś, co na horyzoncie.
Ja wracam do Domu.
Wszyscy wracamy.
Bo nasze życie nie jest drogą do nikąd czy wiecznym błąkaniem się, tułaczką bez sensu, wędrówką lecz powrotem.
Różne są nasze drogi. Jedne łagodne jak aksamit, inne bardziej kamieniste. Jedne ledwo widoczne pod stopami jakby pierwszy raz wytyczane i przemierzane, inne – dobrze ubite i oznaczone na mapach. Te z licznymi krzyżami i mniej forsowne. Wśród kwiatów i cierni. Samotne i bardzo ludne. Słoneczne i ocienione.
Bywa, że podróż jest bardzo długa, lub króciutka jak jedno tchnienie.
Wracamy do domu. Bo nawet najpiękniejsza z dróg nie udzieli schronienia, nie otuli jak dom, nie nasyci serca, nie ugości. Nawet najdłuższa droga nie stanie się mieszkaniem.
Dlatego na końcu naszych dróg, błądzeń, wędrówek, podróży, górskich szlaków jest DOM.
Codziennie trenujemy powrót do niego. Każdego dnia tęsknota – mniej lub bardziej uświadomiona – rozrywa serce. Bo ono jest niespokojne dopóki nie spocznie w… Domu.
Życie to droga. Aż i tylko droga. Droga powrotna. Bo nie stąd jesteśmy, choć niektórzy z nas – utrudzeni wędrówką lub zwiedzeni manowcami – o tym zapomnieli.
Ale serce wie. Jest jak mały opiłek metalu, który drży w obecności magnesu. Coś je z wielką siłą przyciąga, zmusza do powrotu, woła…
Wróć synu, wróć z daleka
Wróć córko,
wróć, Ojciec czeka…
