wyzwoleńcy

Ta myśl, nagła, która spadła dziś na mnie przy mieleniu kawy, w chwili tak nieoczywistej, w zgrzytającym dźwięku mielonych ziaren, w akompaniamencie podskakującego na kuchence czajnika :
Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz.

Ta myśl idzie za mną, gdy wynoszę z domu dwie filiżanki z kawą – dla mnie i mojego męża. Podąża wiernie jak pies i zasiada ze mną przy dymiącej wędzarni, bo dziś, w Wielki Piątek jest u nas dzień wędzenia. To nieco okrutny zwyczaj, bo post ścisly, a tu takie aromatyczne obłoczki unoszą się po wsi, ale moja argumentacja, by robić to innego dnia tygodnia póki co nie trafia do mojego męża:)
Wszystko jeszcze śpi, tylko ptaki i my. I bąki w trawie i motyle. I słońce.
I ta myśl szepcząca, unosząca się jak dym:
Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz.

*  *  *
To napewno cytat z Biblii. Na pewno. Nie pamiętam z której księgi, ale to nie ma znaczenia.  Chyba z psalmu. Tak, raczej tak.
To jest słowo dziś tylko dla mnie.
Rozmawiam z mężem, potem z synem, przestawiam krzesełko w cień brzozy, bo słońce uparło się, by mnie dziś opalić na rumiano.
A ta myśl wciąż szepcze, wraca, przypomina się. Myślę o niej, rozważam, przykładam do mojego życia, mierzę się nią, zadaję jej pytania.
Bo tylko pozornie ona nie ma nic wspólnego ze mną i z dzisiejszym dniem.
Myślę, że jestem wolna, ale On chce mnie wyzwolić jeszcze głębiej, chce rozerwać kajdany, które tak we mnie wrosły tak mocno, że przestaly mi już przeszkadzać, do których tak się przywiązałam, że są już jak biżuteria na kostkach rąk i nóg.

A On obiecuje: uwolnię Cię. I dodaje: a ty mnie uwielbisz.
Taka jest umowa. I nie chodzi tu o „coś za coś”. Ale po prostu o przymierze przyjaciół, którzy nawzajem wyświadczają sobie dobro i przynosi im to obopólne szczęście. Jak wymiana pocałunków.

Dziś w Wielki Piątek on ucałował mnie. A potem wyzionął ducha.

Teraz czas odwzajemnić pocałunek.

On nas uwolnił, a my Go uwielbimy.

stara notatka z koncertu

Ostatnio przeglądam stare zapiski, bruliony, listy…

Znalazłam napisane na karteluszku to:

 

 

Koncert z okazji 80 urodzin Wojciecha Killara – Katowice

Nusia i Domi zrywają stokrotki. Szeleszczą drzewa. Poza tym cisza jak zasiał, rozrzedzona skondensowaną muzyką z fortepianu.

Krzesło skrzypiało?

Nie słyszałam.

– Killar jes ciężko chory – powiedział Korijen

– Myślałam, że to on będzie grał – rozczarowałam się.

– Nie.

Młody chłopak przyciska białe i czarne klawisze. Młoda dziewczyna przewraca kartki z nutami.

Krzesło skrzypiało?

Nie słyszałam.

 

Równy rządek myśli układał mi się w pięciolinie.

” Przyszedł. Zrobił coś tak pięknego. Dobrego. Zostawia to. Odchodzi. To takie proste.

Przychodzimy. Robimy coś dobrego. Zostawiamy. Odchodzimy

Może po to właśnie przyszliśmy.

Moja babcia posadziła niezapominajki, okiennice pomalowała na niebiesko, urodziła troje dzieci. To wydaje się nic przy tym potoku olśniewających brzmień Wojtka Killara.

Ale… każdy na swoją miarę, tyle ile umie. Swoje miejsce, swój czas…

Zasłuchani ludzie stygną jak gipsowe posągi. Ja dostałam niezabudki, babcine okiennice i życie z jej łona.

🩵🩵🩵

Przyjdź. Zostaw tyle dobra, ile umiesz. Ustrzeż się od pokusy zostawienia zła.

Bo – jak napisała w prawie ostatnim wierszu Szymborska – ta sama drobna, ludzka dłoń jest zdolna napisać ” Main Kampf” i ” Kubusia Puchatka”.

*  *  *

Więc rękę ci daną, wykorzystaj dobrze.

Zostaw dobro.

Potem odejdź.

To takie proste.

 

ignis

 

I oto ognisko płonie.

Nazbierałam suchych gałązek, przyniosłam drewno, zapałki, trochę papieru, odgarnęłam suche liście z paleniska, sześć ziemniaków zagrzebałam na dnie. W pogotowiu czeka konewka z wodą, tak na wszelki wypadek.

Siedzę i patrzę. Twarzą zwrócona ku zachodowi słońca. Za mną siedzi biała kotka Inka. Mruczy.

🔥🔥🔥

Podtrzymywać w sobie płomień, nie dać mu zgasnąć. Uparcie, wytrwale podrzucać nowe garście, dmuchać w żar, podsycać ogień.

On nie jest tylko dla mnie. Sam nie wiem ilu grzeje się przy świetle, które we mnie płonie.

Więc nie chodzi tylko o mnie. I może nie przede wszystkim o mnie.

Moje życie to raz rozpalone ognisko, które już nigdy nie zgaśnie. Ale trzeba dbać, by nie zdusić ognia, nie zasypać go popiołem. Wbrew wichrom i nawałnicom żar na dnie serca nie może ostygnąć, gotowy wybuchnąć nowym płomieniem.

Patrzę w ognisko urzeczona.

Jego wesołe trzaski, szelest płomieni, falowanie ciepłego powietrza, biała woalka dymu gnana wiatrem, zapach żywicy, złote iskry, szary popiół, ciepło. Wszystko to sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach, myśli skaczą jak płomyki, serce zaczyna płonąć.

Nie jesteś tu przypadkiem. Jesteś dla Bożej chwały. Jesteś węgiel żarzący się na ołtarzu.

🔥

 

sad

 

Jestem w środku naszego sadu. Przy starym sczernialym ognisku otoczonym jeszcze starszymi czerwonymi cegłami.

„Gdyby tak przynieść zapałki i je podpalić – myślę – Są jeszcze suche gałązki, niespalone polana”.

Tymczasem promienie późno – popołudniowego słońca głaszczą czerwone szorstkie policzki cegieł, ślizgają się po lśniących zwęglonych resztkach drewna, prześwietlają jak sepi kliszę zetlałe dębowe liście, które tu nawiał wiatr. Wszędzie dookoła lśnią na trawach rozwieszone srebrne nitki pajęczyn.

– Babie lato powinno być na rozstaju lata i jesieni – podpowiada rozum. Ale serca to zupełnie nie obchodzi. Ono nie docieka po co, jak, dlaczego i kiedy jest właściwa pora.

Ono po prostu jest. Zanurzone w złoty blask, śpiew ptaków, szum wiatru. Jest jak pęcherzyk powietrza zatopiony w słoiku z miodem. W samym środku bursztynowej słodyczy.

Coraz dłuższe źdźbła trawy łaskoczą w gołe kostki nóg, powiew wiatru wplątuje włosy w rzęsy, zachód słońca sypie brokatem w oczy. Zaczynają łzawić i w nosie coś zaczyna szczypać.

– To pewnie alergia – mądrzy się znów rozum.

Ale serca to nie obchodzi. Ono lubi pławić się w pięknie, świetle i ciszy, nawet gdyby skończyło się to naiwnością i nieuleczalnym sentymentalizmem. Nawet gdyby ktoś używający rozumu nazwał je głupim i niedzisiejszym.

Serce sobie z tego nic nie robi.

Jest poza zasięgiem.

Poza zasięgiem kpin i komentarzy tego świata, mądrzenia się rozumu, prawideł etykiety…

Ono po prostu jest. Utopione w burszynowej słodyczy zapadającego kwietniowiego zmierzchu.

Spokojne i ciche.

🌳🌳🌳

I na koniec mój wiersz, który napisałam, gdy byłam nastoletnią dziewczyną…

17 maj 1992
Co mi tam!

pójdę do sadu
pod jabłoń kwitnącą
rosy wilgotne
z trawy postrącam
Co mi tam!

jak świerszcze usnę
na mokrej ziemi
z prochu powstałam
więc w proch się przemienię
Co mi tam!

w letniej sukience
z kwiecia białego
pójdę w głąb sadu
do Kochanego
Co mi tam!

*  *  *

Nic, zupełnie nic się nie zmieniło w moim sercu przez te  wszystkie lata:)

🌳🌳🌳

 

pranie

 

Siedzę na patio w ten niedzielny słoneczny poranek. Grzeję dłoń o kubek z kawą, otulona czerwonym szlafrokiem, bo ranek jest nieco rzeźki. Nade mną akurat koncert w wykonaniu Orkiestry Pól i Lasów, a przede mną wzdłuż podwórka faluje kolorowo wczorajsze pranie.

I – o dziwo – moja dzisiejsza refleksja nie oparła się ani o wiosenne słońce, ani o ten śpiew ptaków, lecz bardzo prozaicznie o to falujące kolorowe morze.

Bo znam ludzi, którzy – gdyby zobaczyli w niedzielę ten kolorowy sznur na moim podwórku ( a marne szanse, że zobaczą, bo podwórko jest z dala od ludzkich oczu:) – zgorszyliby się strasznie. Bo jak to w Dzień Pański taki niegodny widok?

🌼🌼🌼

Pamiętam jak moja mama krzyczała na mnie, że wywieszam w niedzielę na balkonie ( też ukrytym od strony podwórka) pieluszki, które prałam dla naszej pierworodnej córki. Mieszkaliśmy wtedy w domu moich rodziców i moja mama stanowczo nie życzyła sobie, by ktoś kalał jej dom i dobre imię w ten sposób:(

Co innego na strychu. Tam ludzie nie widzą. A i Bóg może przeoczy z powodu dachu;)

🌸🌸🌸

Dziś siedzę przed moim domem. W niedzielę, w pidżamie i szlafroku, patrzę na falujące bluzeczki, skarpetki, potrzebne na jutro spodnie robocze mojego męża i syna.

I cieszę się, że nie jesteś małostkowy Boże i że wiem to od tak dawna. Zupełnie nie wiem skąd to wiem, bo byłam inaczej wychowywana. Jakimś siódmym lub ósmym zmysłem wyczuwałam, że jesteś zupełnie Inny.

I wiem też, że nigdy przenigdy nie przyjdzie Ci do niebieskiej głowy, by wypomnieć mi tamte pieluszki lub dzisiejsze pranie, które nie zdążyło wyschnąć wczoraj. Bo było piąte tego dnia, a dzień wciąż za krótki na pięć prań:) O tym wiesz doskonale Zegarmistrzu Światła Purpurowy🩷

🌱🌱🌱

Przecedzają komara, a połykają wielbłąda. Za grzech ciężki uważają pranie, z czystym sercem czynią życie swoich bliskich piekłem.

Sprawiają, że wielu odchodzi od Boga ze spuszczoną głową, bo zamienili Jego miłość na niekończącą się listę nieludzkich i nie- boskich wymagań.

A Ty jesteś zupełnie Inny. Inny niż cokolwiek, co o Tobie powiedziano, pomyślano, napisano, wydedukowano. Łatwiej, o wiele łatwiej powiedzieć jaki nie jesteś.

Nie jesteś kimś, kto wypomni mi szlafrok czy rozwieszone w niedzielę pranie. To wiem napewno.

 

cytat

 

(Współczesny człowiek) przypomina dziecko, które już na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem doskonale wie, co znajdzie pod choinką. Nie dopuszcza elementu niespodzianki. Zamyka się na dar. A nasz Bóg – najbardziej kreatywna osoba wszechświata – uwielbia nas zaskakiwać.

 

Marcin Jakimowicz ” Pan Bóg? Uwielbiam! 44 dobre wiadomości”

 

lekcje

Wdzięczności musimy się nauczyć dokładnie tak samo jak uczyliśmy się chodzenia czy pierwszych słów. Powoli, krok po kroku, sylaba po sylabie, od najprostszych rzeczy.

Niektórzy z nas mieli łatwiej, wychowani w domach, rodzinach czy środowiskach, które uczyły dostrzegać i dziękować. Inni wzrastali w miejscach przesiąkniętych narzekaniami, biadaniem i rozgoryczeniem. Inaczej rośnie dziecko, któremu mama pokazuje kwiatek na łące, liczy z nim kropki na biedronce, śpiewa mu czy uczy je grać na źdźble trawy, a inaczej takie, którego rodzice byli zbyt zagonieni, zajęci czy zbyt smutni i przeciążeni, by dostrzegać takie drobne cuda i pokazywać je swoim dzieciom.

Ale każdy z nas, niezależnie od tego czy miał lepszy czy gorszy start, może nauczyć swoje serce wdzięczności.

🌱🌱🌱

Pierwszy krok – najłatwiejszy, choć będą też tacy, którym sprawi większą trudność, to zauważyć duże sukcesy, zwycięstwa i wygrane w życiu. I podziękować, że się wydarzyły, choć nie musiały. Trudnością może być tu przyznanie, że – choć rzeczywiście włożyłem w to czasem wiele pracy i wysiłku – tak naprawdę sukces, który osiągnąłem jest podarunkiem, cudem. A to przyznanie wymaga pokory.

🌱🌱🌱

Drugi krok to zacząć zauważać rzeczy mniejsze, czasem niezauważalne dla większości.

Patrzeć i widzieć, słuchać i słyszeć, dotykać i czuć, jeść i smakować. Być żywym, obecnym w tej właśnie chwili, nie cofniętym myślą do wczoraj, do czasu sprzed miesiąca, roku i nie wybiegającym myślą zbyt daleko w przyszłość.

Dotknąć miękkiego liścia szałwii, napić się kropli rosy, wypełnić źrenice błękitem nieba, uszy – szumem drzew i śpiewem ptaków, przyłożyć czoło do pnia sosny, oddychać jej żywicznym zapachem, stanąć bosymi stopami na mchu, pozwolić mrówkom łaskotać nas w palce, zauważyć każdy uśmiech, który przyfrunął do nas jak motyl, każde dobre wypowiedziane lub napisane słowo, każdy przyjazny gest, spojrzenie…

I nazwać to wszystko cudem, darmo danym prezentem. Specjalnie dla mnie. Z okazji kolejnego dnia mojego życia. Po prostu. Wszystko to jest posłańcem, wysłanym przez króla gońcem, który ma nam do przekazania tylko to jedno: kocham cię.

Gdy serce nauczy się rozpoznawać wszystkie te szepty i tchnienia, subtelne drobiazgi rozsypane wokół, samo przemienia się w lampę. Tę dla innych – pogrążonych jeszcze w mroku, ale też tę, która oświetli nam drogę, gdy sami będziemy szli ciemną doliną.

A będziemy. To pewne. Ciemne doliny regularnie przecinają nasze życiowe ścieżki. Wtedy światełko na dnie serca przydaje się najbardziej.

🌱🌱🌱

I to jest kolejny krok. Potężny skok, podobny skokom w przepaść.

Bo nawet wśród najzawziętszego sztormu, światełko migocze i przypomina, że wszystko jest darem, za który trzeba dziękować.

Noce i zimy, mrozy, sztormy, rwące rzeki, ulewa i grad, choroby… Wszystko jest darem. Trudno to dostrzec, gdy akurat walczysz ze sztormem, który rwie twoje żagle lub słaniasz się na nogach, idąc przez spaloną słońcem pustynię, gdy masz spalone pragnieniem usta lub z podciętymi nogami leżysz w błocie. Ale wystarczy wtedy po prostu wiernie trwać przy świetle lampki, którą masz w sercu. Nie złorzeczyć, nie przeklinać.

Przyjdzie czas, gdy trudne doświadczenia odejdą, a potem czas, gdy odkryjesz, że były – podobnie jak kwiat, kora drzewa, liść czy ptak – darem. Tyle, że innym i bardziej wymagającym. Przyjdzie ten dzień, gdy powiesz: „dziękuję”, bo zobaczysz jak wielkie owoce zrodziły się w ciemności, bólu i zimnie.

Owoce, które dojrzewają tylko w takich warunkach.

🌱🌱🌱

Jest też ostatni krok, najtrudniejszy, heroiczny prawie. Dziękować, gdy sztorm jeszcze trwa, gdy cierpiernie rozrywa ciało, skały pękają pod stopami i nie widać końca nocy. Wbrew uczuciom trwogi, wbrew pokusom zwątpienia, podszeptom, że to nie ma sensu.

Być wdzięcznym nawet za to.

To ostatnia lekcja wdzięczności.

🌱

 

acheiropoietos

 

Ojciec Jarosław wybijał żółtka, mył je na dłoni pod bieżącą wodą, a potem mieszał z białym wytrawnym winem… Brzmi jak początek dobrej powieści. Ale to nie powieść i żadna fikcja literacka. Tak się właśnie zaczęły najdziwniejsze rekolekcje w moim życiu.

Wiedziałam oczywiście, że będzie msza i że będą po niej warsztaty pisania ikon, ale wydarzyło się coś o wiele więcej niż się spodziewałam. Bo oto malując mandylion, zanurzona w falach płynącego z głośnika Akatystu, głaskałam twarz Chrystusa. Przez wiele wiele godzin, codziennie.

Delikatnie i ze skupieniem średniowiecznego mnicha przesuwałam pędzelkiem po Jego oczach, ustach, brwiach, policzkach. Rozczesywałam Jego włosy, splatałam w misterne warkocze, dotykałam źrenic Boga.

Czy może być bardziej intymne spotkanie?

W niemal zupełnej ciszy, bez długich kazań, bez jednego słowa modlitwy na ustach, pochylona nad bieloną deską, spotkałam Jezusa twarzą w twarz.

Z takiego spotkania wychodzi się zupełnie innym. Odmienionym. A na sercu masz wymalowany acheiropoietos – „obraz nie ręką ludzką uczyniony”.

Człowiek malując ikonę, sam nie wiedząc jak i kiedy, sam staje się ikoną. Obrasta w jej prostotę, ciszę, tajemnicę, pokorę, subtelny blask. Bo chyba jest tak, że ja maluję Chrystusa, a On – maluje mnie.

I wierzę, że ten obraz, który został w moim wnętrzu, będzie trwalszy niż ikona, która wyszła spod mojej ręki i stoi dziś na honorowym miejscu w centrum naszego domu.

Dwie ikony: jedna na bielonej desce, druga – na żywej tkance serca. Dwaj malarze, dwa płótna.

Jedno spotkanie.

🎨🖌️

arma

 

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że w moim życiu nastanie taki dzień, gdy prawie o północy, siedząc już w łóżku będę rozmawiała z grupą specjalistów o Arma Christi, roześmiałabym się😁

A jednak.

Życie jest obficie zaskakujące i to, co się filozofom nawet nie śniło, wydarza się i to nader często.

Bo oto wczoraj dostałam pytanko na Ig od średniej córki, przyszłej historyczki sztuki:

„Dlaczego drabina należy do narzędzi męki?”

I się zaczęło.

Bo oczywiście, jak teologa zagadniesz o taką kwestię, pod sklepieniem czaszki następuje natychmiastowa erupcja.

A co jeśli teologów jest więcej niż jeden? 🙂

Do erupcji dołącza natychmiast trzęsienie ziemi i sztorm:)

Tak więc zadzwoniliśmy i jakieś następne pół godzinki spędziliśmy we troje na ustalaniu listy Arma Christi, chronologicznym ich sytuowaniu, definiowaniu i szukaniu źródeł biblijnych lub też nie.

I jak po każdej takiej debacie naukowej, więcej wynieśliśmy wiedzy niż jej wnieśliśmy. Po to są debaty.

Bo takie tam narzędzia jak rękawica, gwoździe, srebrniki, korona, włócznia, czy chusta Weroniki to oczywista oczywistość jest.

Ale żeby do narzędzi męki należała głowa Annasza? 😉 Tu od razu szybkie spostrzeżenie męża: a dlaczego nie ma głowy złego łotra albo Barabasza?

Pewnie też nie wszyscy wiedzą, że do tej listy trzeba dopisać kostki do gry, koguta i misę Piłata oraz latarnię.

Arma Christi to nie tylko wszystkie narzędzia tortur, które używano podczas męki Jezusa, ale także symboliczne przedmioty z nią związane i osoby, które do tej męki się przyczyniły lub z nią kojarzą.

Dziś na mszy pomyślałam więc do Niego:

– Czy więc i ja nie powinnam należeć do Arma Christi? Każdy z nas, zamiast którego cierpiałeś i umarłeś? Bo to my byliśmy prawdziwą przyczyną Twojej śmierci.

🩷

 

odsłanianie kurtyny

 

Gdy jadę moim autkiem, mijam całe kolumnady drzew. Wszystkie o tej porze roku wyglądają tak samo. Pień, gałęzie, drobne gałązki, korony oparte o błękit, wiatr w nich szumiący… Tak mniej więcej. W zarysie.

Ale już za parę tygodni wszystko się okaże.

Bo każda wiosna obnaża prawdę o drzewach, które żyją i tych, które uschły.

Dopóki nie przyjdzie światło i ciepło, wszystkie wyglądają tak samo. Wszystkie stoją. Poruszają się lekko w tchnieniu wiatru.

Dopóki nie przyjdzie Jezus, wszyscy wyglądamy tak samo: głowa, dwie nogi, dwie ręce, tułów, oczy, uszy, palce, paplanina na języku, załatwianie spraw, wirowanie dni…

I trudno odróżnić tych, którzy umarli od tych, w których wciąż krążą soki.

Nie pozwól, by wiosna zastała cię martwym.

Bądź żywy, gdy kurtyna pójdzie w górę.