zaczarowany tydzień

 

I oto znów jest czwartek, jutro piątek i… dzieci przyjeżdżają do domu:)

Szykuję gary największe, najulubieńsze potrawy planuję, cieszę się na każdą sekundę nadchodzącego weekendu.

Bo…

gdy się dobrze poczaruje, tydzień w pracy trwa 5 dni, a weekend – sto lat. Godziny w pracy biegną jak rącze konie, a popołudnia leniwie rozciągają się jak koty na rozgrzanym parapecie.
Wystarczy tylko być z tymi, których kochasz i robić, to co uwielbiasz.

*  *  *

Kochani, zwolniło się jedno miejsce w jeden z naszych róż różańcowych. Jeśli któraś żona chciałaby modlić się za swojego męża, zapraszamy. Wystarczy napisać w komentarzu i się odezwę:)

Jeśli będą jeszcze jakieś wolne miejsca, dam znać.

otwieranie oczu

 

Nasze serca uczą się bardzo szybko wdzięczności i dostrzegania najmniejszego dobra i piękna, jakie daje nam Bóg.

Najpierw widziasz tylko to, co wielkie, spektakularne i co przyciąga oczy, lecz z czasem dostrzegasz układ pióropusza trawy czesanego wiatrem, kropelkę deszczu lśniącą jak diament, uśmiech na dnie oczu drugiego człowieka, cudowne zbiegi okoliczności na mapie twoich życiowych ścieżek… Widzisz coraz więcej, a twoje serce raz po raz eksploduje wdzięcznością.

Czasami to aż boli.

I boli to, że już rozumiesz, że słowo „dziękuję” to za mało. A innych słów nie znasz. Jesteś więc bezsilny wobec miłości, która cię zewsząd otacza.

 

zmiana

 

Czasem wyraźnie czuję, że On coś kombinuje, że zaczyna się jakiś zakręt, szykuje jakaś zmiana. On powoli przestawia parametry i dane na komputerze, niezbyt gwałtownie, prawie niepostrzeżenie wprowadza nowe współrzędne w nawigacji pokładowej.

Udaję, że tego nie widzę. Nie przeszkadzam Mu. Zastanawiam się tylko co się wydarzy za zakrętem. Widzę jak powoli przekręca kierownicę i zmienia trasę, skręcając w inną drogę. Nic nie mówię. Czekam, nie przeszkadzam, nie pytam: dlaczego? gdzie? po co?

To jeszcze nie jest moment na takie pytania.

Po prostu patrzę przez okno i choć widzę zmieniający się krajobraz, nie protestuję.

Po co? Wiem, że On wie najlepiej i cokolwiek to jest, co mnie czeka, będzie dla mnie najlepsze.

Nie zgodnie ze światowymi standardami, lecz z Jego perspektywy.

Więc po co wierzgać przeciwko ościeniowi?

Po co pytać?

Teraz i tak nie zrozumiem, a może nawet nie zrozumiem tego nigdy, bo najnormalniej w świecie moja zdolność pojmowania Jego planów jest zbyt ograniczona. To jak próbować zamknąć ocean w bańce po mleku:)

Wystarczy, że bańka po mleku umie przeczuć, że On coś kombinuje;)

To i tak dużo jak na zwykłą bańkę.

 

zaopiekowana kruchość

 

Na początku tej historii zobaczyłam go chyba na wycieraczce. Naszej czerwonej wycieraczce w koty.

Leżał przy drzwiach jakby nieco zaskoczony co on tu robi. Potem przewędrował – nie wiedzieć jak – bardziej w głąb domu. Po dywaniku w paski, prawie do salonu. Spryciarz:)

Pewnego dnia znalazłam go na połodze w łazience. Usiłował wtopić się w tło płytek imitujących deski. Może bym go tam zostawiła, lecz akurat zmywałam podłogę, więc… odłożyłam go na łazienkową wagę. Na błyszczácej tafli wagi wyglądał jakby znalazł się na lodowisku. Poleżał tam trochę.

A któregoś wieczora, podczas mycia zębów, znalazłam go obok umywalki, opartego nonszalancko o moją złotą opaskę do włosów.

Mały uschnięty liść osiki:)

Wędruje sobie to tu, to tam. Nikt z nas go nie przepędza, nikt nie wyrzuca, nie zżyma na jego obecność.

Może dlatego, że do twarzy naszemu wiejskiemu domowi z liściem. I nikogo tu liść nie dziwi. Może tylko rozbawia, może skłania do myślenia i refleksji.

Może jest znakiem czegoś większego niż on sam, czegoś mniej kruchego i mniej ulotnego. A może wręcz przeciwnie – może przygnał go tu wiatr, by przypominał mi co dzień jak jestem słaba i że mimo wszystko Ktoś mnie nie wyrzuca ani nie przekreśla. Patrzy na mnie z uśmiechem, podnosi z podłogi, ogląda pod światło i wkłada do kieszeni.

*  *  *

Jakiś czas temu miałam sen. Byłam w nim bardzo malutka, a Bóg włożył mnie do kieszonki swojej błękitnej koszuli i niósł przez sztormy, walące się mosty, zapadające pod żywiołem drogi. Wszystko widziałam wychylona przez burtę niebieskiej kieszonki. Przechodził lekko nad tym wszystkim i niósł mnie.

I nic mi się nie stało. Nie uronił ani kropli z mojej kruchości.

Dokładnie to stało się w ostatnim roku mojego życia:)

Przypomnial mi się wiersz Karola Wojtyły:

„Więc w takiej ciszy ukryty ja-liść

oswobodzony od wiatru,

już się nie troskam o żaden z upadających dni

gdy wiem, że wszystkie upadną.”

 

A na koniec ten liść włożyłam do książki z wierszami. Tam będzie mu dobrze jak każdej dobrej metaforze:)

 

 

 

niebieskie miejsce

 

Zastanawiam się czasem nad fenomenem tego miejsca. Ono tak przyciąga ludzi i tak szybko i od pierwszego wejrzenia się w nim zakochują. Każdy wyraża to nieco inaczej. Jedni mówią o pokoju, jaki tu czują; drudzy, że to miejce, gdzie naprawdę odpoczywają i ładują baterie, opowiadają o ciszy i cieple, którym ten dom, ogród, las i sad emanują, o magii tego miejsca …

I kiedy zastanawiam się dlaczego tak się dzieje, pierwszą myślą, jaka mi przychodzi to, że jest ono na wskroś przemodlone. Przez moją babcię, która niemal nie rozstawała się z różańcem i miała cały notesik „swoich modlitwów” – jak to określała. Wszędzie też wieszała obrazy, obrazki i obrazeczki, kupowała czasem tandetne figurki Maryi podświetlonej koroną z lampeczek. I wszystko malowała na niebiesko:)

A potem odeszła i wszystko popadło w ruinę.

A potem przyszliśmy my. ( Choć teraz myślę, że to było wcześniej ukartowane przez Boga) I to, czego ona nie dokończyła, kontynuowaliśmy. Odnowiliśmy stare figurki, oczyściliśmy zniszczone obrazy, postawiliśmy na podwórku dwie kapliczki, a jedną małą powiesiliśmy na lipie tuż obok wjazdowej bramy. Znalazł tu swój dom św. Antoni i ojciec Pio, i św. Dominik i Anioły mojej drugiej babci… U nas też, tak jak u babci, jest dużo obrazów, ikon, figurek, świec. Różańców jest wprost zatrzęsienie, nie licząc nawet tych, które na pęczki wytwarzają moi uczniowie.

I modlimy się tutaj, z dziećmi i sami, w domu i poza nim, a modlitwa nadal wsiąka jak kadzidło w ściany, sufity, domowe sprzęty, drzewa w sadzie, w ziemię… Trzy lub cztery razy Ksawery odprawił tu mszę świętą, taką tylko dla nas i naszych przyjaciół.

Dom i to miejsce jakby wykąpało się w czystej źródlanej wodzie z tego wszystkiego, co go brudziło i zanieczyszczało przez lata i pokolenia.

Tak, modlitwa jest jak rosa z nieba i przemienia miejsca skaliste w żyzne grunty, pustynie w ogrody, miejsca bez życia w tętniące arterie, umarłych we wskrzeszonych.

Bo to miejsce, zanim tu przyszliśmy nie było dobre do życia. Dużo zła się tu wydarzyło, za mało tu było miłości, zbyt dużo agresji, kłótni, pijackich bójek. Ruiny i zgliszcza, nie tylko te ze szczątków cegieł, kamieni i desek. Ruiny i zgliszcza po rodzinie, ludziach, relacjach, miłości.

A dziś.

Miejsce, gdzie każdy od progu czuje się jak w domu. I gdzie się chce wracać.

Dla mnie to niesamowita tajemnica. Nikt nie pojmie tego, tak dobrze jak ja. Co się stało z tym miejscem, którego jako dziecko nie lubiłam, bo było smutne, mroczne i jakby zamrożone. A teraz dotykam tego samego miejsca, a ono jest ciepłe, dobre, tętniące życiem i radością.

Niektórzy mówią o nim „kawałek nieba” lub „skrawek raju”. Czasem myślę, że nie wypada tak mówić o zwyczajnym domu, ogrodzie i sadzie. To brzmi jak herezja. Ale bywa, że moje serce szepcze:

– Może mają rację.

Może Bóg podarował nam kawałek błękitnego nieba, a my tylko zadbaliśmy, by nie straciło koloru:)

Choć dach zrobiliśmy zielony i na zielono przemalowaliśmy okiennice babci. Bo jednak my, to my;)

 

 

i nastała światłość…

 

Trzy lata temu mój lekarz oświadczył mi, że umrę w 2024 roku. Nie, nie dlatego, że wykrył u mnie poważną, śmiertelną chorobę, lecz dlatego, że – wbrew jego ostrzeżeniom – zaszczepiłam się podwójną dawką na covid:)

– Pani wie, że pani umrze do 2024 roku, to jest zaplanowane – oświadczył poważnie, bo naprawdę na serio wierzył we wszystkie teorie spiskowe dotyczące pandemii.

– Liczę się z tym, panie doktorze – odparłam nieco kpiąco.

Nie wierzyłam w to, że covid nie istnieje. Dlaczego? Bo kilka razy ciężko go przeszłam i na własnej skórze wiem, co to znaczy:( Co to znaczy leżeć trzy tygodnie, wypluwać płuca przez pięć, po ośmiu cieszyć się, że dam radę ubrać się i wyjść na podwórko, a po roku znowu poczuć smaki i zapachy. Ale zaszczepiłam się nie dlatego, lecz po to, by mój mąż był „czysty” – szedł właśnie na operację usunięcia części płuc z powodu przerzutów:( Nie mógł się zarazić.

Ale to mojego lekarza nie przekonywało, był jak zabetonowany bunkier, a gdy chorowałam, twierdził, że to tylko reakcja na pogodę:)

Zmarł nagle w lutym 2024 roku.

A ja obudziłam się dzisiaj w roku 2025.

Ironia losu?

Modliłam się za niego za jego życia i teraz nadal się za niego modlę. To był naprawdę nieszczęśliwy człowiek. Dobry, lecz bardzo zagubiony i splątany.

* * *

Nie, nigdy nie przejmowałam się jego „przepowiednią” mojej rychłej śmierci, nie spędzała mi ona snu z powiek, ani nie odbierała apetytu, ale rok 2024 rzeczywiście był dla mnie trudny.

Może dlatego, że słowa wypowiedziane nad nami rzeczywiście mają moc. Dobre, jak błogosławieństwa i życzenia pomyślności – kojącą i leczącą. Złe jak pogróżki i przekleństwa – niszczącą i rujnującą.

Może więc dlatego ten rok był tak ciężki.

A może dlatego, że mam 50 lat i oto dotarłam do półmetka mojego życia. Spodziewałam się tego od lat, a przyszło teraz.

„Kryzys wieku średniego” – tak to zwykle nazywają ludzie. Dużo można o tym znaleźć w Internecie, książkach, artykułach, ale niestety nic do końca nie przygotuje cię na to, co się będzie działo. Bo każdy jest inny.

Dla mnie to było otwarcie wszystkich największych ran, jakie zadało mi życie i – gdy już wszystkie broczyły krwią – doświadczenie zupełnego braku siły. Jakbym się powoli wykrwawiała. Najlżejszy ciężar był nie do uniesienia, najdelikatnuejszy wiatr powalał mnie na ziemię. Wszystko gasło. Stygło. Moja radość, entuzjazm, talenty, pasje, relacje, cele, marzenia, wiara. Byłam zupełnie zdrowa na ciele, ale w środku… jakby całkowicie pusta.

Aż przyszedł taki dzień, w środku lata, gdy już nie wzeszło słońce i… nie miałam siły, by wstać z łóżka.

Chcę to napisać. Bo może ktoś był, jest lub będzie właśnie w takim punkcie. Nie wolno przegapić tego momentu, bo za nim jest już tylko równia pochyła i – jeśli nie zawołasz o ratunek, jeśli czegoś nie zrobisz – nie zatrzymasz już procesu osuwania się w dół po kamienistym zboczu. A wydostanie kogoś z dna przepaści jest już nie lada sztuką.

Ja zapytałam bliską osobę o radę, opisałam jej, co się ze mną dzieje. Powiedziała mi co robić. Posłuchałam jej.

Udało się.

Powoli zaczęłam wychodzić z tej nocy. Bardzo powoli, ale jednak.

Jeszcze parę dni temu gorzko płakałam, mieszając moje łzy ze łzami mego syna. Słuchał mnie i otulał ramionami.

A dziś… Stojąc na mszy świętej, nagle poczułam, że oto jestem wolna. Jak ptak, któremu rozpętano skrzydła.

Pierwszy dzień roku i pierwszy swobodny oddech; głowa eksplodowała feerią planów i zamiarów; serce wypełnione jak miękka poduszka ufnością, pasją i miłością, światło w oczach.

To było jak cud.

Jakby ktoś ściągnął mi worek z głowy i od nowa pokazał świat. Jakby ktoś otworzył drzwi i okna i wpuścił czyste powietrze.

Jakby On wypowiedział nad moją głową: „Oto wszystko czynię nowe.”

I stało się.

Bo wystarczy, że powie tylko słowo…

… ci, co Mu ufają, odzyskują siły jak orły.

 

 

 

nowe zakamarki książki, nowe rodziały siebie

 

Nie wiem czy też tak macie, że czujecie, że dana książka jest specjalnie przeznaczona na ten czas waszego życia.

Ja tak mam.

Wiele książek jest dla mnie ważnych, wiele z nich stoi na półkach w naszym domu, bo zawsze kupuję te, które do mnie przemówiły. Wiem, że jeśli raz się odezwały, to mają mi do powiedzenia jeszcze więcej i że przemówią znowu. Wiele z nich czytam więc po wielokroć, wracając jak do miłego miejsca kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy w życiu.

Ale nie zawsze to jest ten czas.

I choćby książka syciła mnie wcześniej wiele razy, to czasem nie rezonuje z tym właśnie dniem, tygodniem, miesiącem, okresem życia.

Po prostu nie. I koniec.

A potem znowu nadchodzi ta chwila, że bierzesz ją do ręki, otwierasz okładkę i już po pierwszych słowach wiesz, że przepadłeś.

I choćbyś ją czytał po raz tysięczny, odkrywasz w niej nowe brzmienia, nowe nieznane światy, zasłonięte dotąd tajemnice i zaklęcia otwierające kolejne kłódki w sercu i głowie.

Toniesz w niej jakbyś widział ją po raz pierwszy.

Tak stało się dziś z Charbelem i jego „Orędziami z nieba”.

Książka wróciła do moich rąk po długiej podróży, bo pożyczam książki żeby innych też nakarmiły. I znów to się stało…

Otworzyła się przede mną na oścież, na zupełnie nowym poziomie, wyższym levelu – jakby powiedzieli młodsi ode mnie:)

Więc czytam co tchu, aby nie uronić ani kropli.

Czytam i myślę, że…

Chciałabym, by mądrość i światło płynące z książek nie przeciekało przeze mnie jak przez dziurawe sito. Ale niestety tak nie jest. I muszę zgodzić się na to, że na kanwie mojego serca osadza się tylko niewielka cząstka, a jeszcze mniejszą cząstkę udaje mi się ( nie, nie zrealizować), choć spróbować wcielić w życie. To też pokora przyznać się, że nie umiem od razu Rzymu zbudować. I że może nigdy go nie zbuduję:)

Ale to przyznanie przychodzi z czasem. A ten jest starannym i skrupulatnym artystą – rzeźbi nas powoli.

Więc czytam, spijam, cieszę się, chłonę i – już bez trwogi – zgadzam się, że nie wszystko mi wyjdzie.

To mi przypomina frazę wiersza x. J. Szymika, która tak mnie zawsze intrygowała, choć zupełnie jej nie rozumiałam.

„Skaczę, nie sięgam, spadam

przegrywam radosny”

Do takiego stwierdzania długo się dojrzewa.

Jakieś 50 lat:)

Bo trzeba przegrać bardzo wiele razy, aby wygrać swoje życie.

 

 

Bóg z nami

 

– Przecież Jestem – powiedział mi ostatnio, gdy biegałam wokół spraw wielu, tracąc chwilami oddech i pewność czy dobiegnę do końca.

„Przecież Jestem” – powiedział nagle, tak w połowie drogi między kuchnią a salonem, zwyczajnego dnia tygodnia, bez zapowiedzi, trąb cherubów i ognistych krzewów…

I to wystarczyło. Dwa słowa, które moje serce bezbłędnie rozpoznało i zrozumiało.

” Dlaczego troszczysz się i niepokoisz o tak wiele, przecież nie jesteś sama. Jestem. Widzę. Słyszę. Działam. Asekuruję. Nie odejdę nigdy. Jestem. Po prostu. Możesz żyć spokojnie”

Nie było w tych słowach cienia wahania czy pretensji, wyrzutu ani wymówki. Po prostu czysta miłość i pewność, jaka towarzyszy stwierdzaniu faktu.

To było z dwa tygodnie temu. I skłamałabym, gdybym powiedziała, że od tamtego czasu ani razu nie wpadłam w mój motyli chaotyczny taniec na zmiennym wietrze życia. Wpadłam nie raz. Trzepot skrzydeł i popłoch.

Ale On wtedy znowu powtarza jak zaklęcie:

„Przecież Jestem”

I uśmiecha się.

A ja składam skrzydła i przysiadam na Jego dłoni.

*  *  *

Nigdzie nie znajdziecie takiego pokoju jak we wnętrzu Jego dłoni. Miejsce osłonięte od wichru i burz. Przysiadajcie tam często, uspokójcie zadyszkę serc, kołatanie myśli, wrażenie, że wszystko musicie sami.

Nie musicie. Odkąd mamy Emmanuela – „Boga z nami” nie jesteśmy ani dnia, ani minuty, ani sekundy sami.

Przecież Jestem:)

Niech to będzie refren każdego kolejnego dnia.

Błogosławionych Świąt kochani❤️

 

wieczór

 

Rok powoli dobiega końca. Ostatnie lampeczki na łańcuchu migoczą przed oczami. Jak zawsze właśnie te ostatnie są najbardziej błyszczące, niezapomniane i ciepłe.

Siadamy przy naszym stole, który nagle – zdumiony sam sobą – stanął ubrany w koronkowy obrus na środku salonu. Rozmawiamy.

Ktoś łapie nożyczki i podkrada cukierka z choinki, ktoś ogląda z bliska symbole na starej pasyjce po mojej babci, inne ktosie nucą kolędę albo próbują pachnący bigos. Śmiech i gwar.

Choinka migocze za plecami, noc ciemnym zamszowym pledem przykryła okna, aromaty z kuchni ciepłą falą rozlewają się po całym domu.

– Na urodziny chcę kalimbę – mówię.

– A co to takiego? – pyta mąż.

– Takie drewienko z blaszkami – śmieje się Alusia.

Szukamy na YT i puszczamy melodie wygrywane na kalimbie. Są delikatne jak lot motyla, słodkie, proste… Mąż zasypia w trzy sekundy:)

Jesteśmy zmęczeni. Chłopcy mieli dziś trzy montaże, my we cztery szalałyśmy w kuchni.

Przed…przed…przed… ostatni wieczór roku.

Przed-dzień wigilii.

Kolejnej w naszym życiu i – wierzę – nieostatniej🌟