wyznanie sprzed ołtarza

Wspomnieniowo nieco.

Nowy Rok.
Siedzimy sobie na Mszy w pierwszej ławce .
Ja, Nusia, Mamuty i Mamuciątko.
Kościółek malutki, przytulny, więc wszystko bliziutko – ołtarz tuż pod nosem i stajenka z bydlątkami, słoń pod choinką się przechadza z tureckimi symbolami na siodle, wielbłąd oko w oko, aniołek kiwa główką w podzięce za drobniaki.
Mamuciątko fika i bryka, wszystko ogląda, na rodziców kątem oka popatruje, Mamut od czasu do czasu kazanko na uszko palnie. Dobry jest w tym. Łoj dobry!!!

Palą się świeczuszki, przeginają płomienki na nich, sianko się sypie, ksiądz coś tam baje, a Mamuciak mały staje na schodach i wygłasza patrząc miłośnie w oczy rodzicielom:

– Tak baaardzo was kocham – tu dla większego dramatyzmu zakreśla rączkami koło wokół talii odzianej w różową kurteczkę – aż do pupy. – dodaje kończąc swe śmiałe wyznanie:)

Zupełnie a propos, bo…

            … ksiądz akurat mówił, że dzieci powinny bardziej rodziców kochać:)
O pupie jednak nic nie wspomniał.
Zapomniał widać jaka miłość potrafi być wieeelka.

Czasem nawet jak trzydrzwiowa szafa:)


na Piotrowym tronie

Mamy dużo różnych gier planszowych i nie.
W tym na szczególną uwagę zasługują:

– Puzzle z obrazem Moneta usłanym głównie trawą i makami – święty Mikołaj przyniósł je Ali i do dziś dnia mimo posiłków i wsparcia zewsząd ( aczkolwiek region Śląska zasługuje na wyróżnienie:) dzieło świeci czarnymi dziurami, bo na czarnej ławie spoczywa.
– Scrabble, które mają tę wyjątkową cechę, że nikt poza mną w nie grać nie chce, a już najbardziej ze wszystkich oporny scrabblowo jest mężulek.
– Gra o podróżach Jana Pawła II, którą – nie wiedzieć czemu uwielbia Nusia, ale za często grać się w nią nie da, gdyż drugą żywnie zainteresowaną osobą jest Piórko, które – też nie wiedzieć dlaczego – zabiera w niewolę figurki.
– Słynne szachy o bardzo wyszukanych figurach:)

Kiedy więc pada hasło: „Może pogramy w jakąś rodzinną grę?”
rozgrywa się następująca scenka dialogowana:
– W butelkę!!! – wykrzykuje wielkim głosem Dusio
– Może scrabble? – proponuję nieśmiało i bez wielkiej nadziei na sukces.
– NIE!!! – krzyczą wszyscy.
– Ale w jaką „butelkę” ? Na czym polega ta gra? – znowu ja.
– Może w szachy pograjmy? – licytuje mąż i ojciec.
– No, że kręci się butelką i na kogo padnie, ten wykonuje zadanie. – przekrzykuje ogólny harmider Dusio.

Ale to Nusia wyciąga asa z rękawa i przebija wszystkich:

Pan Jaweł drugi!!! – krzyczy – Pan Jaweł drugi !!!




No i – habemus papam!!!  🙂


poranna edukacja

Ledwie szarzejącym raneczkiem, tak gdzieś siódma z maleńkim haczykiem, siedzimy sobie oboje z Dusiem przy kuchennym stole i spożywamy śniadanko. W poniedziałki  tylko my idziemy na ósmą, wiec czujemy się nieco wyalienowani.
Aby się nieco od-alienować i reanimować, bo – kawę wypiwszy – marny odnotowałam skutek – sięgam na parapet i radio odpalam.
Jedynka.
Jak miło.
Dwa męskie głosy o czymś żywo rozprawiają. Aż za żywo jak na taką nieludzką porę.
 Po niejakim czasie domyślam się, że o nietoperzach. (tę lotność umysłu zapewne należy jednak przypisać działaniu kofeiny:)

Więc Pan Redaktor skrupulatnie przepytuje Pana Biologa.
PR: A czy można rozpoznać samca od samicy?
PB: O tak!!! To są ssaki, więc jak u każdego ssaka widać dobrze różnicę.
PR( dociekliwie) : A tak dokładniej?
PB chrząka nieco zdenerwowany, ale postanawia stanąć na wysokości zadania, więc zaczyna naukowy wykład: Samiec ma prącie…itd. itp. No i na wiosnę rodzą się młode – kończy z wyraźną ulgą w głosie PB.
– Ha-ha-ha – rubasznie na to PR – Dobrze, że pora wczesna i dzieci nas nie słyszą.

Spoglądam na Dusia, Dusio na mnie.
Ha,ha,ha.
Zdaje się, że ktoś tu zapomniał, że niektóre dzieci mają w zwyczaju rano chodzić do szkoły, którą to czynność poprzedzają pysznym śniadankiem w towarzystwie mamy i radia:)

***************************



Czyli ciąg dalszy tematu o zapładnianiu.
Tym razem na tapecie nietoperze, a że nietoperze to jednak ssaki – niebezpiecznie zbliżamy się w kierunku gatunku homo sapiens:)


z przyśpiewką

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Śnieg pada

Śnieg pada

Cieszą się dzieci

Tu płatek

Tam płatek

Wiele ich leci

Będziemy, będziemy
lepić bałwana

i rzucać śnieżkami oj
dana, dana…

 

– Mamo, daj tacę! – krzyczy Dusio – Weźmiemy trochę śniegu z
balkonu i pokażemy Laurusi.

Wychodzę na balkon, ręką zbieram biały puch na wagę złota.
Raptem dwie garstki.

Piórko zaaferowane delikatnie dotyka paluszkiem. Białe,
zimne, mokre. W życiu nie widziała takiego dziwu.

Dusio lepi śnieżkę wielkości wypasionego ziarnka fasoli, a
potem wspólnymi siłami czeladka klei coś na zielonej kuchennej tacy. Piórko
popiskuje z radości.

I oto jest. Patrzy zdziwiony wyłupiastymi oczkami z ziela
angielskiego.


 

Bałwanek malutki jak wróbelek.

Nosa nie ma, bo marchewki obrodziły tylko w rozmiarze maxi:)

Laurusia nie może sobie odmówić przyjemności by zaśpiewać blademu stworkowi
kołysankę” A-aaa”, a w chwilę potem oberwać główkę i wyłupić oczko.

Dziw nad dziwy!!!

Jeszcze chwilka i oto bałwanek rozpływa się od nadmiernej
czułości.

 

Styczeń.

Ponoć najbardziej depresyjny ze wszystkich Dwunastu, ale przy dzieciach trudniej jest nabawić się depresji.

Oj – dana, dana🙂



 

skarga czeladnika

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Wieczór.


Laucia już śpi, światełka choinkowe opadają girlandami nad
oknami i wysilają się, by mimo nagłego zgonu choinki robić nastrój jeszcze
świąteczny. Dzieci w swoich pokojach cichutko zajmują się swoimi sprawami.

Cicho.

Błogostan po dniu pełnym dźwięków i biegania.

Można by go w zasadzie zamknąć, gdyby…

 

Ze stanu nirwany wyrywa nas pełen skargi szepcik zza szafy,
a zaraz za nim objawia się w całej swej nieszczęsnej postaci właścicielka
szepciku:

– Ala najpierw zachęca mnie do nauki, a potem mówi, że nie
mogę dokończyć rysować, bo ona chce spać…

 

I bądź tu mądrym i znajdź odpowiedź na zarzut tego typu.

 

Dopiero późną nocą ukuć się udało nową mądrość ludową:

 

„Nim uczeń zapłonął zapałem, mistrz już zdążył wygasnąć” 🙂


nowa figura szachowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Słownik naszej Laurci wzbogacił się nieco.

„Tata” jest jak było, ale jakby nieco rzadziej na rzecz…

 

  najważniejszego
„mama” i ściśle związanego z nią „cici”. Bardzo ściśle.

 

„Cici” owo wymawiane jest zawsze w towarzystwie znaczącego
przesłodkiego uśmieszku, zakąszane leciutkim pokasływaniem żeby ci, co mają
wiedzieć szybko się poznali o co chodzi i bar otworzyli jeszcze szybciej. Potem
Piórko wspina się na kolana, fik – przybiera pozycję horyzontalną, nóżka jak na
sprężynie podnosi się do pionu wskazując zenit, a rączki zaczynają dziwny
taniec wokół maminej bluzki.

– Cici, cici – Pióreczko modeluje głosik w rozmarzony i
dobiera się do swojego skarbu.

 

Dusio i tata grają w szachy.

Piórko przybiega zaaferowane
nową zabawą.

Cóż za figury! Duże, piękne, drewniane! Ach, cóż za król w
koronie! A królowa – klękajcie narody! Cztery wieże, cztery laufry!

 

A to co?!!!

Laucia przygląda się  dłuższą chwilkę łepkom w pierwszym rzędzie i nagle uśmiech rozlewa się na
buzi jak słodkie mleko.

– Cici – oświadcza pokazując na jeden z pionków.

 

Uderzające podobieństwo:)

Nawet hebanowy kolor nikogo nie zmylił.



toast

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Los padł na Mamuta starego, zwanego też w kręgach kręgowców
jako Korijen. I to właśnie on zabrał się za zadanie zaszczytne i godne, jakim
jest wygłaszanie toastu sylwestrowego przy użyciu szampana dziecięcego typu
„Piccolo”.

– Toast, toast – zagrzewaliśmy Mamuta brnącego w jakieś
niejasne kwestie „a dlaczego ja”, „nie wiem czy podołam” itp.

No, ale jak już przełamane zostały lody kompleksów, Korijen
popisał się takim kunsztem oratorskim, że wszystkim dech zaparło na chwilę.

Jedna tylko Nusia zdała się niekontenta, pokręciła noskiem,
pociągnęła z kieliszka truskawkowej zawartości i spytała:

– A kiedy ten toast będzie?

– No właśnie był. Wujek powiedział toast – pospieszyliśmy z
wyjaśnieniami.

– Aaaa- jęk zawodu wydarł się dziecinie z piersi – A ja
myślałam, że to będzie coś do jedzenia.

 

No cóż, zawsze znajdą się zadwoleńsi i mniej zadowoleni:) W
2012 też.

 

Budmo!!! – jak mawiają Ukraińcy.


naszyjnik ze światła

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Pijemy naszą poranną kawę, gdy jeszcze księżyc błyszczy na
niebie.

Gdy jadę do szkoły, prosto w twarz chlustają mi pomarańczowe
potoki wschodzącego słońca. Potoki eksplodują na mokrej szosie, rozbryzgują się
w tysiące migotliwych kropli na zaszronionych szybach.

Po pracy często sadzam Laurkę na parapecie kuchennego i okna
i obie obserwujemy idących ludzi, biegnące dzieci, błąkające się psy, sunące
auta, bijące skrzydłami gęsi nad stawem, a południowe słońce przygląda nam się
równie ciekawie jak my światu.

Zmrok zapada szybko, wieczory wydłużają, suną powoli jak
białe dymy na tle atramentowej plamy nieba.

Tęsknimy do światła, więc zapalamy świece, żyrandole, lampki
na choince.

Wiecznie głodni światła, nieustannie nim nienasyceni .

 

Pamiętam, gdy jako dziecko odrabiałam nieraz pracę domową
przy świecy czy naftowej lampie. To musiał być stan wojenny. Przymusowe
karmienie społeczeństwa ciemnością.

 

Pamiętam, gdy otaczałam rączkami płonącą choinkową lampkę i
moje złożone dłonie nabierały blasku jakby były dziwnym kwiatem o płonącym
sercu.

 

Pamiętam jak przyglądałam się kroplom zdartej z pnia wiśni
żywicy. Kawałek zaklętego, wypełnionego blaskiem świata.

 

Pamiętam jak przed wigilią szukaliśmy z rodzeństwem
pierwszej gwiazdy utopionej w oceanie nocy.

 

 

Pamiętam o księżycu, słońcu, gwiazdach, płomieniach świec,
blaskach na dnie oczu…

 

Tyle światła mieszka w naszych skromnych życiach.

Wystarczy tylko nanizać wszystkie drobne kropelki na nić myśli
snującej się po głowie i…

                                                            …  szarość nasza powszednia odchodzi.