uliczny dylemat

 

Wtacza się z lalczynym wózkiem do pokoju. W środku – mały Romuś bobas, któremu ostatnio prawie cała rodzinka uszyła kompletne ubranko.

– Mamo, mamo cy to plawda, ze jak mama zostawi dziecko na ulicy to się mówi: „O mój Boze” !!?

– No… – zastanawiam się – jakby mama zostawiła wózeczek z dzieckiem na ulicy, to pewnie niektórzy ludzie by tak powiedzieli.

– Widzisz, widzisz Nuśka!!! – wykrzykuje, zawracając z hukiem wózek – Mozna tak mówić!!!

 

Zwróćcie uwagę – często już pojawia się szumiące SZ.

Ale do Boga wciąż mówimy per „Boze”:) Nic to, na szczęście On jest ogromnie cierpliwy. Poczeka i na „ż” i  na nas poczeka:)

 


 

 

 

entuzjastycznie

 

Bieganie po pokoju jest cudowne.

Kiedyś to odkryła Nusia, teraz tradycję podtrzymuje Laurka. Biega w tę i z powrotem odbijając się raz od kufra raz od łóżka. Nagle wpada na lepszy pomysł i zaczyna z rozbiegu wskakiwać na łóżko. Frajda niesamowita i ogromny sukces.

– To jest talent, któly sobie usplawniam!!! – krzyczy ledwie zipiąc.

– Takie plagnienie mi się wymazyło!!! I takie coś PLAGNIŁO mi się!!! – tłumaczy w biegu zgromadzonej publice.

Jak widać można pragnąć nie tylko wody i nie tylko sprawiedliwości. Skakania po kanapie rodziców też:)

Skakanie z kufra też jest niezłe. Staje Laura na krawędzi mebla i przed skokiem dodaje sobie otuchy:

– Odwagi Lauro, odwagi. – mówi i oddaje skok w odmęty podłogi.

 

Nie sposób się nie uśmiechnąć i nie sposób przegonić nagłego skojarzenia: „Wszystko jest możliwe dla tego, który wierzy”.

Gdybyśmy umieli tak entuzjastycznie jak dzieci wierzyć i w Boga w siebie samych, świat byłby ładniejszy.

 

 

 

 

etap bezowy

 

– A wies mamo, ze świety Mikołaj to widzi jak ty i tatuś cięsko placujecie dla swoich dzieci? – zadaje mi zagadkę znad miseczki budyniu.

– Tak myślisz?

– Tak. – krótko i z całą pewnością odpowiada wylizując łyżeczkę.

Cieszy mnie to, że moje dziecko to widzi i że święty Mikołaj zauważa i że Ten Najświętszy też. Że nie nudzi Go patrzenie jak zmagam się zmywając górę garnków, misek i innych takich, na które w zmywarce szkoda miejsca. A uzbierało się tego dziś trochę, bo na obiad Miś zrobił zapiekankę z ziemniakami, kiełbasą i fasolką szparagową, więc szklane naczynie żaroodporne. Po pracy ja zabrałam się za gotowanie „przegąski” dla moich dzieci, czyli wspomnianego budyniu na żółtkach, a potem za pieczenie bez, więc sterta naczyń wypiętrzyła się jak Himalaje.

Wiecie, nigdy mi się nie udawały te bezy i zupełnie straciłam rezon, aż tu niedawno… zupełnie spontanicznie podjęłam decyzję: „próbuję jeszcze raz”. Wrzuciłam trzy białka, które stały w lodówce, stertę cukru pudru, szczyptę soli i na koniec trochę mąki ziemniaczanej. Wszystko na oko, bez żadnego przepisu, z samej dobrej woli i intuicji kulinarnej, którą nie wiem skąd, ale posiadam. I bezy wyszły jak marzenie.

Ten i następny raz. A teraz i trzeci – tym razem dla Nusi na szkolny kiermasz ciast. Dostanie zań szóstkę:)

Z tymi bezami jak z wieloma rzeczami w życiu. Nie wychodzą, bo nie nadszedł czas.

– Przechodzimy wszystko etapami   – mówił ojciec Andrzej na weekendowych rekolekcjach, na które znów się wybrałam.

– Nie trzeba się  denerwować, trzeba być spokojnym. Czasem etapy są długie, bo takie są potrzebne. Bóg wie dlaczego. Jeden idzie szybciej, drugi -wolniej. Bóg wie dlaczego. Nie trzeba się dziwić, że mam 40 czy 50 lat i dopiero coś zrozumiałem, dopiero czegoś mnie nauczyło życie. Tak miało być. Ani szybciej, ani wolniej. W odpowiednim tempie i czasie.”

W moim życiu jest podobnie. Tyle rzeczy nagle odsłania się przede mną jak oczywiste oczywistości. I sztuka pieczenia bez i inne trudniejsze sztuki.

Tak po ludzku myślisz: „Szkoda, że dopiero teraz. Ile bym zdziałał, gdyby wcześniej. Ileż łatwiej byłoby żyć.” Ale to tylko ludzkie ograniczone spostrzeganie. On widzi inaczej. Patrzy z miłością jak zmywam te garnki jeden po drugim. Patrzy z miłością jak mój mąż w tym czasie roznieca ogień w piecu, by rodzinie było ciepło. Nic nie jest przeoczone, nic nie jest nieważne, nic nie jest błahe. Nawet nasze potknięcia dopuszczone są po coś.

  Bóg jako jedyny nie mruga – jak ostatnio przeczytałam w książce – nic mu nie umknie z naszego trudu, nie przeoczy żadnego szczegółu. Widzi więcej niż my. Widzi całość. 100%. Nasze oczy muszą mrugać i wciąż umykają nam kawałki prawdy o nas, o życiu, o świecie, o innych ludziach. Tylu rzeczy nie rozumiemy. Na przykład roli czasu, jego przetaczania się między dniami byśmy dopiekli się z każdej strony na beżowo jak bezy.

 

Mam 41 lat i posiadłam tajemnicę pieczenia bez.

Bez czego?

Bez specjalnego wysiłku:) Po prostu nadszedł czas.

 

 

powrót wozem

 

Wracamy z Drogi Krzyżowej.

W międzyczasie zapadła kurtyna wieczoru. Pogodnego, pięknego , pachnącego na poły wiosną z delikatną nutą mrozu. Niebo wygwieżdżone. Księżyc jak wąska łódka zupełnie przewrócił się i żegluje na brzuszku. Patrzymy chwilę w górę.

– Ooo, widzę duży wóz!!! – krzyczy Nusia.

Wszyscy w skupieniu kierujemy wzrok w stronę wozu.

– A jest dlewniany? – rzeczowym pytaniem na ziemię sprowadza nas Laurka:)

 

Porzucamy niebieskie konstelacje . Wchodzimy do domu roześmiani.

 

 


dobry i tani jak barszcz

Siedzę i piję sok z kiszonych buraków.

Sama je kiszę w dużym słoju, z czosnkiem, listkiem laurowym, zielem angielskim. Po około tygodniu sok zlewam do zakręcanych buteleczek i wstawiam zapas do lodówki. Potem, co kilka dni biorę kubek, wlewam burgundowy sok, doprawiam solą himalajską ( tą różową – ku uciesze najmłodszych naszych córek – wielbicielek koloru pink) , mieloną czarnuszką ( moja ulubiona ostatnio przyprawa, którą sypię do wszystkiego) i kminkiem. Ma wspaniały smak – kwaskowaty, jakby lekko musujący, z ziołową orzeźwiającą nutką.

Sok można też dodawać do prawdziwego barszczu czerwonego, zamiast zakwaszać go cytryną czy czymś innym. Tyle tylko, że, aby nie zniszczyć dobroczynnych bakterii w nim zawartych, dodajemy go do nieco przestudzonego, a nie wrzącego barszczyku.

A właściwości takiego taniego i prostego napoju są jeszcze lepsze niż smak. Wystarczy powiedzieć, że może być zbawienny dla tych, co z anemiami się borykają i osłabieniem organizmu, bo jest wprost bombą witaminowo-minerałową – potas, magnez, fosfor, żelazo, cynk, kwas foliowy, mnóstwo witaminy C i B i wiele wiele innych.

Pomoże też przy problemach z jelitami, gdyż ma mnóstwo dobrych bakterii, które osiedlają się tam, gdzie powinny być i robią, co mają robić:) Ale o tym jak zakwas z buraków wspaniale działa na tych, którzy go piją można by pisać długo.

A sam zakwas robi się prawie bez naszego wysiłku, szybko, prosto i tanio jak barszcz:) Kiedyś ponoć nasze babcie zawsze taki zakwas nastawiały, przykrywały lnianą ściereczką i stawiały w cieple.  Potem był barszczyk dla całej rodziny. Mądrzy kiedyś ludzie byli. Mądrze wsłuchiwali się w głos matki natury. I pewnie dlatego, mimo codziennego znoju i biedy, żyli długo i w dobrym zdrowiu. Jak moje babcie i dziadkowie.

 

 

Ps. Przy okazji takiego picia można także zrobić prosty test czy nie mamy tzw. „cieknących jelit”. Jeśli po spożyciu soku, sikamy na różowo lub czerwonawo to jelita są nieszczelne. A to nie jest dobrze. Na szczęście – między innymi taki soczek pomoże je „posklejać”.

 

Jak się zakwas robi opisała przystępnie Marlena, więc zajrzyjcie TUTAJ.

 

Ja już skończyłam moją porcję i na dnie kubeczka zostały tylko drobiny czarnuszki. Sami się przekonajcie jakie to dobre. Nie tylko smaczne jak współczesne jedzenie. Dobre i pożyteczne.

 

 

 

 

zapach siana

 

Laurka bierze poduszkę z kanapy. Taką wyjątkową, którą uszyłam pod koniec lata.

Poduszka jest wypełniona suchym sianem, które zebraliśmy po którymś koszeniu. Pachniało tak urzekająco, że szkoda je było wyrzucić. Najpierw dzieci wiły sobie z niego gniazdka w sadzie i udawały kury. Potem się min obsypywały, a na koniec zebraliśmy i zanieśliśmy wonne runo na poddasze naszego budynku. Tam przeleżało do jesieni, a gdy ktoś wchodził na górę po skrzypiących drewnianych schodach, witało go zapachem łąki.

Teraz jest w poduszce. Uszyłam ją pod koniec lata. Na poszewce wyszyłam kwiaty i motyle.

 

Laurka przynosi mi ją i wtulając mały nosek pomiędzy te kwiaty i motyle, oddycha chwilę z rozkoszą, a potem wzdycha i mówi:

– Pachnie jak nasza działka.

 

Tak. Dokładnie tak. I jak kawałek bursztynowego popołudnia w naszym sadzie.

 

 

 

 

Po to są takie przedmioty, z pozoru nieważne i bez znaczenia. Dla jednego oddechu pełnego szczęścia i zachwytu.

 

 

 

 

 

Witamina D, bo DLA każdego

 

 

Dlaczego Witamina D3 jest moją ulubienicą?

Bo ma miły anyżkowy smak, kojarzy mi się z niemowlęctwem moich dzieci i dlatego, że… w okresie jesienno-zimowym, na skutek braku słońca, miewam potężne chandry i bardzo osłabioną odporność.

Jakiś rok temu nie wytrzymałam, uruchomiłam mój „zdrowy, chłopski rozum” i wydedukowałam, że skoro sytuacja powtarza się rokrocznie i ma związek z małą ilością światła słonecznego, to odpowiedzialne musi być coś, czego to światło normalnie mi dostarcza. A normalnie tzn. latem promienie słoneczne sprawiają, że w naszym organizmie tworzą się olbrzymie ilości Witaminy D3!!! Tak sobie wydedukowałam i zadowolona poszłam do pani doktor poprosić o Witaminę, bo niestety ta tania, ale najskuteczniejsza w kropelkach ( Devikap) jest na receptę. Pani doktor popatrzyła na mnie trochę jak na wariata i powiedziała, żebym sobie raczej popiła jakichś herbatek. Więc się miło uśmiechnęłam, bo już nie miałam nic do dodania i wyszłam.

I od tej pory zaczęło się moje „podziemie” witaminowe.

Recepty zdobyłam przez krewnych i znajomych Królika, którzy mieli znajomych lekarzy. Ci lekarze nie dopytywali czy przypadkiem ktoś nie zechce popełnić rytualnego samobójstwa przy pomocy Devikapu i wypisywali.

Tym samym kanałem podziemnym dostałam link do artykułu o tym jakie powinny być normalne dawki Wit D3, bo te, które są oficjalnie podawane są tak zaniżone, że równie dobrze można sobie brać wodę. Bez żadnego efektu.

Ja brałam 8 kropli, tzn. 4000 jednostek. A zalecana dawka to 400 jednostek, czyli kropla w morzu potrzeb. I – jak Wam już o tym doniosłam – w tym roku nie przechorowałam nawet jednego dnia. Pracując w szkole, która jest wręcz wylęgarnią bakterii i wirusów, a ja bardzo forsuję na co dzień swoje gardło. Zawsze, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, rozkładałam się na obie łopatki i albo szłam na zwolnienie, albo chodziłam do pracy słaniając się na nogach i tracąc głos. W tym roku, nawet jeśli złapałam czasem katar, to trwał on jeden dzień, a nie przepisowy tydzień. W moim przypadku to prawdziwy cud.

Ale to nie wszystko, bo po raz pierwszy nie miałam typowego jesiennego obniżenia nastroju, a powiem Wam, że zwykle w styczniu i lutym, gdy wszystkie rezerwy mi się pokończyły, w mojej głowie zapadała czasami naprawdę głęboka ciemność. Żadne herbatki nie pomagały. Pomogła Witamina D3.

   Zauważcie, że szczyt zachorowań  przypada na luty, a 21 stycznia został ogłoszony za najbardziej depresyjny dzień w roku ( ponoć w tym dniu zdarza się najwięcej samobójstw).  Czyli wówczas, gdy rezerwy Witaminy D w naszych organizmach już się wyczerpały.

Teraz już rozumiecie dlaczego to moja ulubiona Witamina, choć zdobywana z większym trudem niż można by zdobyć narkotyki:)

Co jeszcze ciekawego na temat tej Witaminy, którą lekarze przepisują tylko noworodkom, by nie miały krzywicy?

– Jest bardzo ważna dla odporności naszych organizmów.

– Ma zasadniczy wpływ na nasze samopoczucie, jest tanim antidotum na chandry, łagodzi stany depresyjne

– Amerykański Instytut Medycyny określił, że górna granica bezpieczeństwa to 10.000 jednostek( IU), a więc łatwiej przedawkować wodę niż tę witaminę.

– Poziom witaminy D można i powinno się sobie badać ( badanie metabolitu 25(OH). W USA jest to jedno z najczęściej zlecanych przez lekarzy badań. U nas nigdy i nikt sobie tego nie bada, a wszyscy ( szczególnie w naszej strefie klimatycznej, gdzie brak słońca doskwiera przez ponad pól roku) mamy olbrzymie niedobory.

– W pożywieniu tej witaminy nie ma!!!

– Jedyne naturalne źródło to słońce, a dokładnie promienie UVB, przed którymi wszyscy nas ostrzegają i każą ich unikać, albo smarować się kremami z filtrem. Jeśli to robimy, odcinamy sobie naturalny dostęp do witaminy, której i tak mamy dramatycznie mało.

– Promienienie UVB, a wraz z nimi potężną dawkę wit. D łapiemy naświetlając skórę w godzinach od 10:00 do 15:00 przez około 15min. Z przodu i 15 min. z tyłu. Potem możemy, a nawet powinniśmy się nasmarować kremami z filtrem. Przy takim naświetleniu większych partii ciała organizm wytwarza nawet 20.000 jednostek (IU). Taka wytworzona ze słońca wit D dłużej jest magazynowana w organizmie niż ta podawana w kroplach. I nie można jej przedawkować. Po takim naświetlaniu- jeśli to możliwe – nie myć skóry, bo witamina D potrzebuje czasu na wchłonięcie.

– Zimą możemy naświetlać się w solarium. Około 3-4 minuty. Trzeba tylko sprawdzić czy w solarium są lampy UVB, a nie inne.

– Witaminę D3 jako suplement w Polsce dostaniemy jako kropelki Devikap ( tam jest 500 jednostek w każdej kropli, więc 8kropli= 4.000 IU czyli dawka dzienna potrzebna dorosłemu) lub Vigantol ( mocniejsze, bo 1 kropla= 1.000 IU i wtedy wystarczą 4 krople) Cena Devikapu i Vigantolu to około 4 zł. Tanie jak barszcz, więc już wiadomo dlaczego nie opłaca się reklamować:) Leki na osteoporozę, grypę i depresję są bardziej opłacalne:( Oczywiście Wit D jest też dostępna w kapsułkach, ale wychodzi drogo, bo kapsułka max ma 1000 jednostek, a więc trzeba wziąć 4 na raz.

– Wapń przyswaja się tylko w obecności wit D3!!! Dlatego ludzie się łamią choć piją dużo mleka i biorą tabletki z wapniem. Osteoporoza!!!

Ale… UWAGA!!! konieczna jest też Witamina K2 – MK7. Ale o niej innym razem.

 

 

PS. Większość informacji zaczerpnęłam z książki „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie.” J. Zięba.

 

Poczytajcie też u Marleny na temat tej witaminy, opalania, jakie choroby leczy i jak zaszczepić się na grypę samą Wit D. – TUTAJ

Podaję  link do artykułu o Witaminie D i wyjaśnienie dlaczego lekarze jej nie wypisują i nikt jej nie reklamuje w TV:) – TUTAJ

 

A tutaj krótki i ciekawy filmik o badaniach nt. tej witaminy, czemu przeciwdziała, jak o połowę eliminuje zagrożenie rakiem. – TUTAJ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

na drugą nóżkę:)

Bo niemożliwe jest by życie przestać na jednej, by zajmować się zdrowiem ciała, a zapomnieć o duszy.

„W zdrowym ciele, zdrowy duch” lub w wersji Nusi, gdy była mała: „Zdrowe ciele, zdrowy duch”:)

Jeśli zapomnimy o duszy, prędko nasze ciało i zdrowie stanie się naszym bożkiem.

Modlę się tutaj:  FATIMA – miejsce objawień.

Co dzień łączę się z tym miejscem, odmawiam dziesiątki różańca, wpatruję w Matkę. Tam stale się coś dzieje. Odprawiana jest msza, ktoś odmawia różaniec, ktoś wędruje dookoła na kolanach prosząc o łaskę, siedzi zadumany mnich na ławeczce o 11-tej w nocy, biegają dzieci, idą procesje. Co kilka dni pojawiają się panie z kwiatami i ściereczkami. Sprzątają dom Maryi. Z pieczołowitością, jaką znają tylko kobiety. Jedna układa kwiaty, druga odkurza podłogi, trzecia przeciera lampę, czwarta delikatnie ociera białą ściereczką umęczone ciało Jezusa na krzyżu. Przychodzi strażnik i kłania się przed figurą. To aż wzruszające patrzeć na nich. A ja – choć daleko – jestem z nimi i z Nią.

Nigdy nie byłam typem maryjnym. Teraz jestem. To, co się stało kilka miesięcy temu w moim życiu mogę nazwać cudem. Cudem przemiany serca, myślenia, życia. Odnalazłam Matkę. Najukochańszą z matek. Cud wciąż trwa.

„Otaczaj mnie swoim płaszczem” – szepczę do Niej. I za Wami proszę. Za wszystkimi, których znam, z którymi zetknęłam się choć na chwilę w życiu, choć przez jedno słowo.

Otaczaj ich swoim płaszczem. – proszę i wiem, że Ona słyszy.

 

Ona przywraca zdrowie. Cudowna Lekarka w chorobach.

 

Witamina C jak… CUDA się dzieją

 

Jest zima. Dziwna nieco, zmienna, płocha jak młode dziewczę, ale jednak zima – czas infekcji, gryp, katarów, kaszelku, gorączek i wszystkiego, co z nas wyciąga zdrowie, dobry humor i majątek na leki.

My w tym sezonie w ogóle nie chorowaliśmy. Ani jednego dnia. Nie wiem czy to skutek tego, że zmieniliśmy sposób odżywiania czy zwykłe szczęście. Ale licho nie śpi. Dusio zgrzał się na boisku i zaczyna kaszleć, więc…

… na początku – moje pierwsze odkrycie.

Witamina C, czyli kwas L-askorbinowy.

Przeczytałam już o niej wiele i dowiedziałam się, że :

– leczy prawie wszystko!!! (  ból zęba w trzy godziny, infekcję bakteryjną w jeden dzień, wirusową – około trzech dni, wyleczyła nawet wiele przypadków raka), ale musi być podawana w odpowiednich dla organizmu dawkach, a nie w symbolicznych, do jakich nas przyzwyczaili lekarze i rodzice.

– nie jest toksyczna, nie uszkadza ani żołądka ani nerek, ani niczego innego i powinna być nazywana „substancją odżywczą”, a nie lekiem czy nawet witaminą, bo jest nam tak samo niezbędna jak woda.

– niestety jest jej coraz mniej w owocach i warzywach, bo w ciągu ostatnich 20 lat środowisko naturalne niestety zostało bardzo zatrute.

– dawka witaminy C musi „szyta na miarę” każdego z nas, bo innej potrzebuje dziecko, innej- dorosły, innej – zdrowy, a innej chory.

– jest niezbędna by wchłaniać wapń do organizmu ( osteoporoza, kruche kości i słabe zęby u dzieci)

– jest tania i łatwa w użyciu i jeśli się ją stosuje regularnie oszczędzi się mnóstwa pieniędzy na antybiotyki, syropy oraz przede wszystkim nasze zdrowie  i nerwy, jakie tracimy w kolejkach do lekarzy.

Takich nowinek na temat tej wszak najbardziej znanej z witamin jest dużo więcej. Ja już nie będę się mądrzyć, bo wolę oddać głos specjalistom.

Mam tylko nadzieję, że dzięki tym kilku informacjom połknęliście bakcyla. Ja tak:)  My kupujemy Witaminę C! Nie tę w tabletkach z apteki.

 

Resztę, czyli np. o ustalaniu dawki, jaka Wam jest potrzebna( kalibrowanie organizmu) doczytajcie sobie tu: Akademia Witalności.

Zresztą, polecam Wam wszystkie artykuły Marleny i całą Akademię Witalności, a odkryjecie prawie po raz drugi Amerykę:)

Posłuchajcie też sobie tego: wykład J. Zięby o cudownych właściwościach Wit.C.

 

A tu link do sklepu, gdzie można kupić Kwas L-askorbinowy.

 

Ps.Link do Akademii Witalności umieszczę w adresach stron, które odwiedzam. Będziecie mieli łatwą ścieżkę.

 

Całuski dla Anett, która jest moją muzą- natchniuzą:)

 

Następna będzie Witamina D3 – moja ulubiona:)

 

 

 

esencja słów

 

Siedzimy z mężulkiem przy kuchennym stole. Czytam książkę kątem oka. Ukradkiem między wersami rozmawiamy.

Wchodzi nasz syn. Staje przy blacie, bierze łyk herbaty i mówi:

– Mam zły dzień. Nic mi dziś nie wychodzi. Pociesza mnie tylko jedno – wymyśliłem nowy wynalazek.

Od razu podnoszę wzrok znad książki.

Już dawno nie słyszałam tak mocnej esencji słów. Trzy krótkie zdania, a tyle treści. Bez opatrunków z bawełny, bez półtonów i rozcieńczania czerni i bieli. Zawiesistość godna dobrego sosu, takiego co to w nim łyżka staje. Prostota określeń, synteza do absolutnego minimum.

Spośród nas tylko nasz syn potrafi tego dokonać. W jednej wypowiedzi dotknąć dna i odbiwszy się wyskoczyć nad wodę jak delfin.

 

W chwilę potem kreśli na kartce swój projekt, przenosząc go ze świata wyobraźni w rzeczywistość kuchni, stołu z obrusem w kratę i brzoskwiniowego światła spływającego z góry.

– Tak, to możliwe. – recenzuje mężulek przychylnie.

Błysk satysfakcji jak flesz na chwilę rozświetla twarz chłopca.

I dzień uratowany:)

 

Jaki piękny syn mi się przytrafił.