dzień powrotu

 

Nie ma mnie tu. Nawet , gdy piszę. Nie ma mnie tu. Wiecie o tym i ja wiem. Od dawna nie jestem tu obecna. Słowa wypowiedziane czy napisane nie świadczą o naszej obecności. Możemy być nieobecni rozmawiając, śmiejąc się , gawędząc jak gdyby nigdy nic. Wiecie to. Sami to robicie. Słowa nawet pomagają nam się schować. Są parawanem, schronem, parasolem głęboko zsuniętym na twarz.

Nie było mnie tu. Długo. Daję tylko znaki życia.

Dziś postaram się być. Taka, jaka jestem. W moim teraz.

Jakiś czas temu wspomniałam, że nieco skorygowaliśmy nasz kurs życiowy i staramy się bardziej dbać o zdrowie. Drobna korekta myślenia, a wiele zmian.

Muszę przyznać, że jestem z tych ludzi, którzy , gdy coś ich zainteresuje, chcą to możliwie dokładnie zgłębić. Czy jest to wiara, czy ogrodnictwo, czy zdrowie. Chcę dużo wiedzieć, a to wymaga czasu i wysiłku. Czytam, słucham, rozmawiam, analizuję, wyciągam wnioski, dopytuję, wprowadzam zmiany.

Od października zgłębiam temat zdrowia.

Mąż patrząc na mnie i to jak mi oczy płoną mówi:

– Gdybyś była lekarzem, byłabyś naprawdę dobrym lekarzem.

Gdybym była. A skoro nie jestem, chcę pomóc i sobie i innym jako zwykła Rut. Jeśli się da.

A jeśli będę umiała to ubrać w słowa, podzielę się z wami moimi odkryciami.

 

 

Tymczasem …

Dzień dziś był przepiękny w naszej szerokości geograficznej.

Piękny i pracowity, wiosenny, świergotliwy, dzień okien otwartych na oścież, wiosny pachnącej w pokojach i bełtającej woń świeżej ziemi i lekkiego wiatru z zapachem wypranych firanek i ogórkowej zupy bulgoczącej na ogniu.

Potem dzień spędzony na działce. Pierwszy taki w tym roku, uroczyście inaugurujący nasze „drugie życie”. To, które wiedziemy od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Czas słonecznych refleksów w oczach, rozwianych włosów, rumieńców na twarzach, biegania, huśtania, szusowania na zjeżdżalni, grania w piłkę, leżenia na trawie, gotowania herbaty na letnisku, jeżdżenia na rowerze, nasłuchiwania krzyków jastrzębich, jedzenia kanapek, równania krecich kopców , przedzierania się przez stary sad i robienia zdjęć z zielono – niebieskim tłem.

Wieczorem dniowi nie ubyło nic z uroku osobistego. Zwyczajne sprawy. Późne zakupy, bukiet tulipanów blado-fioletowych od męża. Kolacja. Siedzę przy stole z Alą. Jemy budyń gotowany na żółtkach. Ostatnio ulubiony posiłek naszych dzieci. Patrzę w ciemne okno. Na parapecie zapalona świeca. Żeby było pięknie. W szybie okna widzę nasze odbicia. Płomień świecy pomiędzy naszymi głowami. Dwie głowy kobiece. Matka i córka. Jak na obrazie . Błyszczą kryształowe długie kolczyki w moich uszach. W radiu Adele łka nadzieją: „Never mind I’ll find someone like you” . Dziś Walentynki.

Jak dobrze. Ja już żyję innym rodzajem nadziei – tą, która się staje. Wielu rzeczy szukam, ale nie muszę szukać nikogo innego. Nawet siebie innej już nie chcę. Dorosłam do siebie i swojego życia. Pokochałam.

Dlatego co kilka minut szeptałam dziś w głowie: „Dziękuję”. Mój akt strzelisty.

 

Wspomniana piosenka Adele:)

 

 

 

logiczna czterolatka

 

Zasłyszane zza futryny.

Laurka skacze jak kangur po leciwej kanapie cioci Elli. Mebel żałośnie skarży się na swój los i poniewierkę.

– Oj, nie skacz Laurka!!! – prosi poruszona takim barbarzyństwem ciocia.

– Ale ja nie mam cukierka. – racjonalnie tłumaczy czterolatka.

– To co? – zupełnie nie widzi związku ciocia.

– To mogę skakać. – decyduje szybko rozmówczyni i powraca do nadwyrężania sprężyn mebla.

 

Każdy ma swoją logikę.

 

Bo u nas Laurka nie może skakać tylko wtedy, gdy akurat ma cukierka w buzi:) Bez cukierka może skakać ile wlezie.

 

skuteczny obrońca

 

Laurka gra z dziadkiem w piłkarzyki.

Dziadek jest przy piłce i już już odginając figurkę jednego ze swoich strzelców składa się do gola, gdy… nad boiskiem zawisa ręka sprawiedliwości dziejowej , chwyta plastikową bramkę i unosi ją w przestworza.

Nie ma bramki, nie ma gola!

A już był w ogródku, już witał się z gąską:)

 

Dziadek oczywiście.

 

ps. Metody nie będziemy patentować. Polecamy ją szczególnie reprezentacji Polski w piłce nożnej:)

 


statek w porcie i tego kosekwencje

 

Zupełnie niedawno przypłynął znów do portu w Gdyni statek z pomarańczami i mandarynkami. Zawsze to robi w okolicach bożonarodzeniowych. I wtedy właśnie radykalnie zwiększa się spożycie tych frykasów w Krainie Lechitów.

Ku naszemu zdumieniu okazało się, że Laurka po zażyciu aromatycznych pomarańczowych owoców nagle zaczęła drapać się po całym ciele. Przy bliższych oględzinach stwierdziliśmy krosty i zdiagnozowaliśmy: pewnie to jakieś uczulenie. Spokojnie zdiagnozowaliśmy i przeszliśmy nad tym do porządku dziennego:)

Ostatnio znów nas wzięło, bo statek widać był sporej ładowności, a promocja aż rzucała się w oczy i kupiliśmy kilka owoców. Przesuszone i sparciałe nie znalazły wielu amatorów, więc Laurka uznała za słuszne sobie nie folgować. I nie folgowała, a my jakoś też tam specjalnie nie oponowaliśmy, bo diagnostyka musi opierać się na wielu testach:)

Nie minęły dwie godziny, gdy:

– Coś mnie tu swędzi – poskarżyło się dziecię drapiąc się nad kolanem.

Zajrzeliśmy. I jest. Bąbelek.

– To alergia. – stwierdziliśmy spokojnie – nie będziesz mogła jeść mandarynek.

– I jesce tu mnie swędzi. – relacjonowało postęp choroby dziecko.

– I jesce tu. – pokazywało na pupę, drąc ją pazurkami aż legginsy skrzypiały jak śnieg na mrozie.

A po chwili ciszy i stosownego namysłu dodało:

– I jesce PO PYSKU.

I przeniosło działania odwetowe we wspomniane rejony ciała.

 

Stanowczo za dużo bajek o kotkach i pieskach:)

 

Ps.

A dziś – w związku z pobytem feryjnym u dziadków, którzy żyją niemal w leszczynowym zagajniku – do diagnozy dodajemy spostrzeżenie kolejne – katar alergiczny na bazie pyłków, bo leszczyny akurat sobie kwitną dyndając frędzelkami radośnie.

I wiosna prawie jest! Piękna. Ciepła. Skrząca od śniegu, strużek wody i ptasiego trelu. Jeszcze kilka tygodni i wszystko wybuchnie bogactwem koloru i zapachu. Więc – jeśli chodzi o uczulenia – to pewnie jeszcze wiele diagnoz przed nami:)

 


sesja

 

Leżę w łóżeczku Laurki. Ona obok z jakąś broszurką w ręce udaje, że robi mi test.

Chyba na inteligencję, bo większości odpowiedzi nie znam:)

– Dlacego tseba pilnować zeby kwiatki kwitły? – zadaje mi kolejne pytanie profesorskim tonem.

O, tu mnie nie zagnie – myślę.

– Żeby miały owoce. – odpowiadam.

– Tak, dooobze. – z pełną namysłu flegmą zalicza mi pani profesor.

Ufff. – odetchnęłam z ulgą.

Egzamin na ogrodnika zdany:)

 

Jeszcze tylko jakieś dwa miliony pięćset siedemdziesiąt jeden tysięcy dwieście dwadzieścia pięć egzaminów życiowych do zdania i sesja zostanie zaliczona:)

 

 

 

 

 

wielo-pak

 

– Mamo, czy my jesteśmy rodziną wielodzietną? – pyta Nusia oblizując łyżeczkę po moim urodzinowym torcie.

– Tak. – odpowiadam.

– I wieloletnią. – dodaje zaskakującą refleksję Laurka.

 

Słuszna uwaga.

Nasza rodzina jest wieloletnia, a ja jeszcze bardziej:)

 

A wiecie kiedy sobie najbardziej o tym przypominam? Gdy przytula się do mnie moja prawie dorosła Ala:)

 


rodzinka w malarstwie

 

Tłoczymy się na kartce, a kartki takie wąskie produkują. Ciasno bardzo, a tu jeszcze miś się boczkiem wcisnął:)

 

Niech nikogo nie zmyli liczba osób. Niektóre są tylko nadrukami na koszulkach:)

 

Laura jest jeszcze w brzuszku. Uwielbia to wspominać:)

 

Wydatne purpurowe usta mają na obrazach tylko kobiety:)

 

RODZINA.

 

Temat dominujący w twórczości Laurki. Technika stale doskonalona:)

 

 

 

 

 

 

 

z inspiracji pana Brzechwy

 

Kiedy mama jest dziecku najbardziej potrzebna?

Kiedy płacze?

Nie.

Kiedy chce jeść?

Nie.

Kiedy jest chore?

Nie.

Więc kiedy mama dziecku jest najbardziej potrzebna? Wręcz niezbędna?

Wtedy, gdy mama właśnie weszła do WC:)

– Mamo, mamo, gdzie jesteś?!!! – rozlega się natychmiast inwokacja.

– W ubikacji!!! – odkrzykuję co by nie siać dalszej paniki.

Chwila ciszy i nagle za drzwiami słyszę naprędce skonstruowaną przyśpiewkę:

 

„W ubikacji

W ubikacji

Jesteś już od czwaltku.”


Na ludową nutę:)

– Nie, nie jestem od czwartku. – protestuję w obronie swej godności, choć jest dopiero piątek.

 

Wszystko przez to, że wczoraj czytaliśmy „Na straganie” Brzechwy. Jedno z warzyw skarży się tam bolejącym głosem: „leżę tutaj już od wtorku”. A potem jeszcze śpiewaliśmy przed snem ludowe piosenki.

Nie czytajcie dzieciom zbyt wielu książek. Są zbyt inspirujące:)