zastosowania drążka

Siedzimy przy kuchennym stole hurtowo i zgodnie.
Tylko Nusia nie siedzi, bo właśnie jest zajęta podstawianiem sobie taboretu pod drążek do podciągania.
Drążek ten został zamontowany w futrynie drzwi za czasów zamierzchłych, gdy bracia Rutkowi  marzyli by zostać zapaśnikami i marzenia przekuwali w czyn we wszelki dostępny sposób. Głównie jednak bijąc się na podłodze i rwąc kolejne sztuki odzieży:)
Młodszemu pokoleniu drążek też wiernie służy. Zwłaszcza jako baza do powieszenia huśtawki, o którą potem trwają boje. Mniej spektakularne niż te wujkowe, ale zawsze.
Czasem jednak ktoś sobie przypomni o właściwym przeznaczeniu rozporowego drążka i tak jak Nusia podstawia taboret, by na nim poćwiczyć podciąganie.

Nusia więc taboret podstawiła, wchodzi nań, ręce wyciąga i nic.

A rodzina też nic. Siedzi sobie hurtowo, gawędzi, pojada . Aż tu…

– Tatooo – dolatuje mrożąca krew w żyłach inwokacja – Pomóż mi się powiesić!!!

🙂 🙂 🙂
 
powiało grozą.

wybór

Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś, robisz i będziesz robił.
Za to kim dla mnie jesteś i co dla mnie znaczysz.

Moja własna modlitwa, która jak mantra przesypywała się kiedyś ziarnko po ziarnku w klepsydrze dni.
Przypomniałam ją sobie ostatnio.
To od nas zależy – pomyślałam – czym wypełnimy nasze serce. Wdzięcznością czy pretensją i zgorzknieniem. To moja decyzja czy chcę widzieć dobro, które się dzieje wbrew złu, które też dzieje się niewątpliwie. Czy wolę mój wzrok wyostrzyć na złu i osnuwać je myślami dokoła aż zduszę w sobie wrażliwość na dobro, które niewątpliwie dotyka mnie co dzień.
Można tak lub tak.

Kładę przed tobą dobro i zło – powiedział – wybieraj.

Nie zawsze jest jasno. Czasem trzeba po prostu wierzyć, że za chmurami słońce tkwi niewzruszenie.

 Są we mnie pokłady smutku, gniewu, złości. Jak w każdym. Czasem. Sztolnie głębokie wypełnione ciemnością, podziemne chodniki na wskroś zbroczone mrokiem. Czasem tam schodzę, wiedziona dziwną ciekawością. Stopień po stopniu. Coraz głębiej.
Ale nigdy, przenigdy o tym nie piszę. Nie osnuwam słów na kanwie z cienia.
Jeśli piszesz, nie wyprowadzaj słów ze swojej ciemności” – napisał ktoś kiedyś.
Powstrzymaj słowa, które płyną rwącym Czarnym Potokiem, nie szukaj ukojenia opatulając się pledem gorzkich myśli. Nie znajdziesz go. Osuniesz się jeszcze niżej jak po stromej grani. Może zbyt nisko, by powrócić kiedykolwiek.

Dziękuj raczej za każdy splot złotego światła, za najcieńszą jasną nić wplecioną w szaro-bury poranek.
Ciesz się nim. Rozdzielaj na czworo. Długo pamiętaj.

Że kwiat ostu ładny…że ząb dziecku wychodzi, że…ktoś się uśmiechnął, że…gdy deszcz bębni w szyby, siedzisz w ciepłym domu i pijesz herbatę, że wyzdrowiałeś, choć niekoniecznie tak się to musiało skończyć, że…

Tyle jest powodów, by czuć wdzięczność.


sobota


Tygodnie skaczą szybko jak świerszcze w trawie.

A soboty?
Soboty są długie, pracowite, bogate, różnobarwne.


Dobry, długi dzień za mną.
Sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie, przygotowania. W międzyczasie burze, przejaśnienia, ulewy, przechodzące fronty. Dosłownie i w przenośni.
Potem Ali przyjęcie urodzinowe na działce. Koledzy, koleżanki, balony kolorowe, piski, śmiechy, zabawy na trawie upstrzonej kroplami deszczu. Tańce, chipsy, cola, tort śmietankowo-truskawkowy. Euro rozgrywane pomiędzy dwoma bramkami z czterech pieńków. Laurcia biegająca jak wróbelek pomiędzy długimi nogami sportowców. Bawimy się razem z dzieciarnią, chowamy ściskając w kryjówkach jak sardynki w puszce, gramy w berka-doktora, pękamy ze śmiechu przy tańcu z workiem.

Gdy prowadzę auto w drodze powrotnej, słońce świeci mi w plecy. Wydłuża cień samochodu, kładzie go pod koła. Sunę z szelestem po mokrej szosie. Pomiędzy drzewami, prosto w stygnący błękit. Bełta się zmrok i dniem. Zamyślam się niebezpiecznie, nieuważnie. Dobrze, że droga pusta.

Dzieciństwo nie odeszło. Dziecko wciąż drzemie we mnie. Od czasu do czasu wybucha tubalnym śmiechem. Chrupie paluszki jak Laucia na tylnym siedzeniu auta.

zagubione bycie

Jeden z konkursów szkolnych z okazji Dnia Dziecka.
Jury zadaje po jednym pytaniu każdemu z uczestników.
– Kim chciałbym być w przyszłości? – szybuje pytanie ku dziesięciolatkowi.
Sekunda zastanowienia i:
– Chciałbym odziedziczyć firmę po rodzicach. – odpowiada.
Śmiech na sali.


Już od wczesnego dzieciństwa mylimy „być” z „mieć” i defekt ten często zostaje nam na zawsze.
Coraz bardziej mnie niepokoi to co słyszę w radiu i TV. Porady, sugestie na przyszłość, zalecenia dla młodych ludzi, których treść można by streścić tak:

 „ Nie jest istotne jakie masz talenty, co jest twoją pasją, nie ważne jest to kim chciałbyś być, pomyśl raczej jaki wybrać zawód i przyszłą ścieżkę kariery tak, by mieć.”

Nie ma zapotrzebowania na humanistów, wszyscy idźcie na politechniki! Nie potrzebujemy psychologów ani pedagogów, piękno- i lekkoduchów, raczej matematyków, fizyków jądrowych, programistów. Tylko w ten sposób wy będziecie mieć pracę, sukces, pieniądze, a my wyższe PKB.
 A Wasze pasje i zamiłowania?
Cóż, może starczy wam czasu na hobby.

 Jak mantrę wielu rodziców powtarza to swoim dzieciom. Od małego usiłują wrzucić je w rwący prąd złotodajnej rzeki. Bo nie liczy się nic więcej. Nic więcej niż mieć. Drogowskaz naczelny.
Dlatego wielu  wypala się przed czterdziestką. Mają wiele, ale nigdy nie byli, kim być powinni.

Kim chciałbyś być w przyszłości? – zapytano chłopca.
Kim chciałeś być w przeszłości? – odbija się echem w głowie.
Czasami trzeba to sobie przypomnieć.
Może kiedyś znajdziemy odwagę, by zdmuchnąć kurz ze starych map i powędrować drogą, która zawsze nas wołała.

Tą jedyną, na której naprawdę będziemy.

dar bycia dla…

Karmienie to kolejna tajemnica kobiety! To rodzaj eucharystii – karmienie drugiego sobą. Bóg karmi całym swoim Ciałem, a kobieta czymś z siebie, czymś, co powstaje w niej przez jedność z ojcem.

(o. Joachim Badeni OP, Kobieta boska tajemnica.)



A ja myślałam, że jestem jakaś dziwna, bo tak się rozsmakowałam w tych chwilach, gdy małe dziecko tuli się do mojej piersi i ufnie/ figlarnie patrzy mi w oczy. Że to jakiś nienormalny masochizm, bo wiele kobiet wokół mówi, że to jest uciążliwe i niewygodne, że dziecko wtedy częściej chce jeść niż po butelce, że budzi w nocy, że biust się zniekształca itd. itp.

Argumentów jest mnóstwo.
Wiele słusznych nawet. Logicznych. Rozumiem. Czasem obudzona po raz n-ty w nocy rozumiem az nazbyt dobrze.

Ale wciąż karmię, upieram się przy tym niezrozumiałym uporem, przeciągam jak uda się najdłużej, bo gdzieś podświadomie tego pragnę i  mimo wszelkich niedogodności widzę, jakie to ważne.
Więc Laurcia ciągle jest ssakiem, a ja matką karmiącą, która słup spojrzenia swego zamyka na małym przewieszonym przez ramię ciałku. Po kilkanaście razy dziennie. Nie licząc nocy.

Karmienie drugiego sobą, rozdawanie siebie za darmo.
Mimo wszystko.
Na przekór wszystkiemu.
Kosztem siebie.
Wbrew logice. Zdrowemu rozsądkowi.
 Bez zapłaty. Nie dla „dziękuję”.

Tylko dlatego, że chcesz być z kimś, dla kogoś, blisko.
Są chwile, gdy prawie Go rozumiem.


na walizkach

– Czy to jest różowe pudełko? – pada dziwnie nie pasujące do scenariusza pytanie. Bo oto przygotowania do ślubu idą pełną parą, a tu nagle jakieś różowe pudełko.

– Czy to jest pudełko?!!! – ktoś uporczywie chce wiedzieć.

Ten ktoś pochyla się nad moją głowa i nosi już ślady zniecierpliwienia na dnie brązowych oczu.
Ach, to był sen!!! – dociera do mnie.
Ten o ślubie.
Bo pudełko to już najrealniejsza realność i jest tylko ciągiem dalszym odmawianej od dni kilku  Nusiowej litanii.
Bo trzy dni temu –jak co dzień – zadzwoniła Ala znad morza i wygadała się, że kupiła dla siostry różowy prezent.
– Typowo morski – dodała.
Reszty wyjawić niestety nie chciała. Więc się zaczęło:
– Mamo, zadzwoń jeszcze raz i zapytaj czy to różowe klapki?
Spinka?
Muszelka?
Rybka?
Delfiny?
Wiaderko?
Torebka?
Sukienka?

– Czy to jest różowe pudełko? – głosik ponawia swą interpelację.
– Nie. – odpowiadam zbierając okruszki świadomości – Pudełko nie jest typowo morskie.
– Eeee – zawodzi zawiedziony głosik.
Na szczęście zawód nie trwa długo, bo trzeba natychmiast  „wykarmarzyć się” z pościeli i szykować spiesznie, bo zawodzący głosik wraz z resztą właścicielki też dziś rusza w daleki świat. Nie tak daleki jak siostra, a jednak świat poza ramionami rodziców.
Nusia wyjeżdża na całodniową wycieczkę szkolną!!!
Pakuje do swego liliowego plecaka drożdżówki, dwie butelki picia, ciasteczka, chusteczki i wszelkie niezbędne traperskie wyposażenie. Potem idzie do kuchni posilić się przed wyprawą.
Nagle w korytarzu słychać najpierw posuwiste szuuuuuur!!!, a potem wyłania się Laucia.
Stęka mocno i po swojemu mamrocze pod noskiem utyskując na ciężar, a za nią ciągniony liliowy plecak szuuuura po wykładzinie.
– Luciu, kochanie, ty nigdzie nie jedziesz. – tłumaczę.
A Laucia na to:
– E-klchrm purf!!!
…czyli ( w wolnym przekładzie) : To niesprawiedliwe!!!

A – jakby tego było mało – za dwa dni Dusio wyjeżdża. W stronę odwrotnie proporcjonalną do morza. Więc jest szansa, że kupi siostrom…
                                                             
                                                         … typowo nie-morskie różowe pudełko:)


orzeczenie lekarskie

Wracamy z działki.

W miarowy odgłos pracującego silnika samochodowego wplata się dysonansik w postaci napadowego kaszlu Dusia.

– Niech on nie idzie lepiej na basen. –  Rut zgłasza projekt ustawy – przecież on niedługo płuca wypluje – roztacza wizję nieco przesadzoną, mająca jednak skłonić Wysoką Izbę do refleksji.
– Nie wypluje. – rzeczowo na to Nusia – przecież są za duże.

Tu dusić się zaczęła reszta rodzinki. Tym razem ze śmiechu.

Kariera pulmonologa stoi  przedeń otworem:)

zdarzenia w deszcz oprawione


Wszyscy poszli spać.

Cisza – gość rzadki, wsunęła się przez uchylone w noc okno. Usiadłam na fotelu ze zwykłą o tej porze myślą, że nie chcę jeszcze iść spać, że chcę wykorzystać tę ciszę i samotność, delektować się nimi okruszek po okruszku.
„Jesteś z nimi, słyszysz ich delikatne oddechy. – szepnęła myśl – To nie jest prawdziwa cisza i prawdziwa samotność. Gdyby tak było Rut, twoje serce nie biło by tak spokojnie.”
– Masz rację – zgodziłam się i podniosłam z podłogi Buraska Dużego, wtuliłam nos w jego miękkie futro i wtedy napłynęły wspomnienia z dnia prawie zamkniętego północą.

Pierwszy raz dziś pieliłam w ten sposób. Z filiżanką kawy w lewej dłoni. Georginie moje pierwsze listki puściły, a filiżanka była malutka, biała, w błękitne kwiaty.
Żeby było ciekawiej i na pewno pierwszy raz i ostatni – deszcz siąpił z nieba na moją głowę, listki georginii i do ciemnej kawy.

Pierwszy raz dziś mąż wiózł na taczce pięć brzózek maleńkich.
– Tak lubię brzozy, że mógłbym nimi wszystko obsadzić – mówił kopiąc kolejne dołki.
A żeby był to na pewno raz jedyny, drobny deszcz srebrnym szelestem wplatał się w jego słowa.

Pierwszy raz dziś w tym saloniku siadłam za starym okrągłym stołem i spojrzałam przez okno świeżo umyte, żywicą magicznie pachnące. Za nim widok jak arras królewski z traw i kwiatów utkany.
A żebym nigdy nie zapomniała, krople deszczu hieroglify rysowały na szybach.

Pierwszy raz dziś Ala wyskoczyła przez okno i pęk irysów wycięła dla Matki Boskiej.
A żeby gest ten stał się modlitwą jedną jedyną z bladożółtych płatków spływały deszczu krople.

Nigdy już tak się nie stanie.
Raz jeden dane było to przeżyć.

Niepowtarzalny smak rzeczy pierwszych i ostatnich.

Esencja życia.


dużo uśmiechu na co dzień…


Produkujemy z pięciolatkami portrety na Dzień Mamy.

Narysowałam półprodukt w postaci szablonu z zarysem postaci, a maluchy mają go uzupełnić o szczegóły typu: oczy, nosek, usta, wzorki na bluzce, kolczyki itd.
W międzyczasie dialogujemy sobie kulturalnie, a w kuluarach ( jak się odwrócę) mniej kulturalnie, niektórzy prawie parlamentarnie:)

Podchodzi Kamilka:
– Mama się strasznie ucieszy jak to zobaczy. – zwierza się pokazując swoje dzieło.
– Na pewno. Tak pięknie narysowałaś.
Kamilka zadowolona odchodzi i dorysowuje kwiatki na bluzce. Po chwili wraca z rysunkiem i dodaje rozpromieniona wizją przyszłości:
– Nie, raczej się rozpłacze…

:):):)

No, w każdym bądź razie jej emocje po ujrzeniu portretu ulegną chwilowemu zachwianiu.

tym bardziej, że…

– Twoja mama ma jasne włosy jak ty. – podpowiadam Kamilce
-Nie, teraz ma czerwone. – dziewczynka z przekonaniem zaprzecza, wprawiając mnie w osłupienie, bo przysięgłabym, że rano widziałam mamę Kamilki i że miała włosy koloru blond.

Kamilka bierze czerwoną kredkę.

Mama raczej się rozpłacze:)

z górki

Dziecko trzeba najpierw wynosić, potem urodzić, potem nauczyć chodzić, a potem…
                          … jeździć na rowerze!

Z tą ostatnia umiejętnością jest ( szczególnie w przypadku naszych dziewczynek) większy problem. Z przedostatnią zresztą też.
Wszystko się bowiem rozbija o utrzymanie równowagi i pogodzenie się z perspektywą upadku i jego skutków ( czyt. guzów, siniaków, zadrapań i rozbitego nosa:)

Muszę od razu przyznać się bez bicia, że defekt nie trzymania równowagi i nie pogodzenia się z w/w zdarzeniami losowymi jest dziedziczony po mnie. Do dziś mama wspomina moją naukę chodzenia, gdy musiałam się czegoś trzymać, choćby to było źdźbło trawy, a odebranie tej solidnej podpory natychmiast zwalało mnie z nóg.

Mimo tej spuścizny genetycznej udało nam się dzieci wykierować na ludzi i z dobrym powodzeniem nauczyć chodzić i używać pojazdu dwukołowego. Starsze dzieci.

Ostatnie zaś tygodnie obfitowały w treningi Nusiowe.

Kończyły się zwykle obopólnym niezadowoleniem, bo Nusia była zawiedziona, że jej nie idzie samodzielna jazda, a rodzice – uwieszeni u kija wetkniętego w Nusiowy rowerek, spoceni i zgrzani, z nadwyrężonym mięśniami ramienia i przedramienia, z wywichniętym nadgarstkiem i podrapanymi nogami, dalecy byli od chęci ponawiania prób.
Inne czynniki również nie sprzyjały przedsięwzięciu.
Wśród nich zaś dwa główne:
multum roboty na działce i Laucia, która musi być nieustannie pilnowana, gdyż boi się ostatnio:
 a) kosiarki
b) traktorów
c) innych pojazdów szybko i wolnobieżnych od których roi się na wsi
d) samolotów
c) szumu wiatru
d) że mama zniknie na zawsze!!!

Zaczęliśmy więc po cichu godzić się z myślą, że sztukę jeżdżenia na dwóch kółkach Nusia opanuje raczej nie w tym sezonie.

Jakże jednak nie docenialiśmy naszej córeczki, która przecież niedawno zaprzeczyła wszelkim prawom genetyki i nauczyła się zwijać język w rurkę:)
Nusia jest uparta jak kozioł – pozwolę sobie zacytować Astrid L. z „Dzieci z ulicy Awanturników”. Ten defekt/ zaletę z kolei w równej mierze dziedziczy po obu rodzicach:)
Postanowiła więc trenować sama.
Znalazła na podwórku nieco pochyloną część trawnika i dalejże… zjeżdżać odpychając się nogami. Potem nogi, nie wiedzieć kiedy, same wskoczyły na pedały, obróciły raz i drugi, a uśmiech zakwitł na małej buzi jak piwonia wielki. Zachęcona tym sukcesem Nusia podprowadziła znów rower na wzniesienie i wyczyn powtórzyła, tym razem pokonując dłuższy dystans.

Patrzyliśmy z niedowierzaniem.
Tyle potu, tyle nerwów, tyle tłumaczeń, prezentacji, a metoda okazała się stara i prosta jak w państwie faraonów.


Po
      prostu
              wystarczyło…
                                zjeżdżać
                                                  z
                                                    górki!

Po kilkunastu próbach Nusia śmigała na rowerze z rozwianym włosem jakby nic innego od urodzenia nie robiła.
Niniejszym więc odtrąbiamy wielki sukces naszego malucha i… zdrowego rozsądku nad rodzicielskim doświadczeniem.

I kupujemy pudełko lodów:)
…tym bardziej, że powodów do świętowania jest więcej.

Dziecko najpierw trzeba urodzić, potem nauczyć chodzić i jeździć na rowerze.
No, chyba, że się SAMO nauczy.