świat spleciony z marzeń

 

Pewnego wakacyjnego dnia, wracając z naszej działki, skręciliśmy w lewo do innej wsi, by odwiedzić posiadłość mego brata.

Piękny drewniany dom pod lasem jest ozdobą całej osady, a powstał z … marzeń i starej obory:) Przy czym więcej było tych pierwszych, bo bez nich nikomu nie udałoby się ujrzeć w starym, drewnianym gospodarskim budynku gniazda dla ludzkiej rodziny.

Budynek na naszej działce, o którym tyle razy już pisałam też był oborą. Wielką, murowaną, ciemną i brudną. Sufit spowijały woale pajęczyn, drewniane wierzeje wisiały na słowo honoru, podłogą była gruba na dwa metry warstwa gnojowicy, a dookoła rozpleniły się kujące krzewy i chwasty wysokie do pasa.

Nikt, absolutnie nikt nie wierzył, że będą tu kiedyś firanki w oknach, półeczki na ścianach, dywan na podłodze i kwiatowe ogródki dokoła. Taras, balkon, komin, łazienka, drewniane schody na poddasze, nowy dach. Sami chyba w to byśmy na samym początku nie uwierzyli. I nawet trudno nam wytłumaczyć jak stało się to, co się stało. Można to nazwać cudem. Chyba nawet trzeba.

Bez wielkich pieniędzy, z czwórką małych dzieci, bez specjalnych zdolności do murowania i ciesielki, prawie wszystko sami, bez doświadczenia, ale z ogromnym zasobem marzeń i świadomością, że Ktoś nam pomaga. Rzeczy niemożliwe stają się możliwe.

Kilka miesięcy temu zauważyliśmy, że w tej samej wsi, na zaniedbanej działce nieopodal nas nagle pojawili się ludzie. Wycięli przez środek chaszczy drogę i zaczęli się krzątać wokół gospodarczego budynku. Jakiś czas temu poznaliśmy dziewczynę, która wraz z mężem i dziećmi odziedziczyła to siedlisko po dziadkach.

– Wszystko robimy sami – powiedziała z ogniem w oczach – wszystkiego sami się uczymy, spędzamy tam każdą wolną chwilę. Nasza działka jest jeszcze zaniedbana. Wasza jest taka piękna, zawsze na nią patrzę, gdy przejeżdżam. – pochwaliła z serca.

– Jakbym widziała nas sprzed kilku lat. – szepnęłam mężowi.

Następni ludzie, którzy marzeniom nadają realny kształt, gładząc je własnymi rękoma. Marzenia lubią być tak traktowane. Wtedy nie wiadomo kiedy się spełniają.

Wiliam Blake powiedział: „To, co dziś jest rzeczywistością, wczoraj było nierealnym marzeniem.”

Niemal wszystko, co nas otacza, zrodziło się z czyjegoś marzenia; a świat naszych dzieci i wnuków będzie tkaniną splecioną z naszych tęsknot.

Marzeniami ciemność zmieniamy w światło, ruinę w miejsce do mieszkania, bałagan w ład, zamęt w pokój, strach w ufność.

Umiemy to zrobić. Sami zadziwiając siebie.

 

fortele i zasady

 

Coś o graniu i wygrywaniu.

Laurka podczas wakacji grywała z dziadkiem w karty. Zasady jakieś tam były, gra bliżej nieokreślona, ale finał taki, że dziadek wygrał z wnuczką. Ta zorientowawszy się w jednej chwili ku czemu rzecz cała zmierza, spojrzała spod grzywki na rywala i słodziutko podsumowała:

– No to wygraliśmy dziadku!

Dobre podejście, nieprawdaż? Bo po co się od razu zżymać i gniewać, skoro można potraktować sukces kolektywnie:)

Ale można zastosować jeszcze inny fortel.

Gramy w piłkę. Ja rzucam do Laurki, a ona do mnie.

Jakoś tak oczywiste wydaje się to, że lepiej gra ten, który dobrze łapie. Ale nigdy nie można być pewnym. Rzucam. Piłka odbija się od rączek córki i ucieka.

– Oj! – ze współczuciem przejmuje się Laurka – Nie udało ci się mamo:)

No, nie udało.

 

W grze nie liczy się kto wygra, ważniejsza jest rola komentatora sportowego.

I nikt nas nie przekona, że czarne to czarne, a białe to białe:) – chciałoby się zacytować.

 

dania z kapusty

 

Chodzimy raz w tygodniu do biblioteki na zajęcia dla maluszków.

Miła pani Ania wałkuje temat jesieni.

– Jak się nazywa taki mały deszczyk?

Cisza. Pięć czterolatek spogląda na siebie ze zdziwieniem.

– Ka- pu- śnia – czek. – podpowiada niezrażona pani.

– A deszczyk większy od kapuśniaczka? – pada kolejne pytanie.

Wśród czterolatek konsternacja.

– No. – zachęca pani z jasnym uśmiechem.

Wtedy Laurka wypala w tym samym rytmie:

– KA – PU -ŚNIAK. 🙂

 

Tadam. Zagadka rozwiązana. Większy od kapuśniaczka jest kapuśniak!!!

I smaczniejszy na dodatek.

 

A u nas dziś na obiad bigosik:)

 

apetyczne stosiki

 

– Jus tak nie mogłam się docekać tego cytania – wzdycha Laurka, moszcząc się wieczorem w swoim łóżeczku – samochodziku.

Łóżeczko to spadek po Nusi, której nogi wyciągnęły się jak makaron i nie mieściły się już w granicach materaca.

– Nie mogłaś się doczekać ty molu książkowy – śmieję się.

Czytamy.

Czytamy dniami i nocami, o poranku i wieczorem, przed obiadem i po, kiedy tylko czas pozwoli.

Na poręczy mego łóżka leży apetyczny stosik złożony z „Ani z Wyspy Księcia Edwarda”, „Rekolekcji z egzorcystą”, „Być jak płynąca rzeka” Coelho i ostatniego tomu Jeżycjady. Tą ostatnią pozycją nastrajamy się mentalnie z Alusią na przyjęcie „Wnuczki do orzechów” Musierowiczowej.

– Mamo, za 33 dni się ukaże! – obwieszcza mi córka najstarsza znad laptopa i wzdycha – Już nie mogę się doczekać. Ja zwariuję.

– Ale ja czytam pierwsza. – zaczynam się droczyć.

– Nie, ja! Ja to przeczytam w kilka godzin. Ty tak szybko nie przeczytasz. – czyni aroganckie uwagi uczeń, który przerósł mistrza.

– Bo ja czytam kilka książek jednocześnie. – tłumaczę.

– Jak tak można?! Trzeba się skoncentrować na jednym. – uczeń nie wychodzi z roli:)

– Kiedyś tak myślałam, ale teraz lubię mieć zaczętych kilka książek jednocześnie. Bo z książkami jest trochę jak z jedzeniem. Czasami masz ochotę na kiełbasę, czasem na dżem, na czekoladę albo na ogórki. Zależy od dnia, od nastroju. – przekonuję adwersarza.

Dobrze jest mieć kilka smaków pod ręką. I ja je mam. Na szerokiej poręczy łóżka, w jasnym krążku światła rzucanym przez lampę. Specjalnie kupioną lampę. Do czytania wieczorami.

W innym krążku światła siedzi Nusia. W swoim odrestaurowanym łóżku a’la szezlong. Blask z różowej lampki wylewa się na kartki kolejnej połykanej przez nią książki.

Nagle, w czasie wakacji złapała bakcyla. Podsunęłam jej „Karolcię” i córka średnia znikła z naszej planety. Od tamtego dnia żyje podwójnym życiem i chwilami nie wiadomo, które z żyć jest bardziej realne. Ziemskie sygnały typu: „posprzątaj pokój” czy „idź się umyj” zanikają gdzieś w drodze pomiędzy światami.

 

Tylko mężulek i syn skutecznie opierają się epidemii. Nie dają się wchłonąć światom wymyślonym. Rzeczywistość musi mieć ściśle określone wymiary, żadna książka nie może być jednocześnie magnesem, a czas i przestrzeń nie powinny zakręcać się w esy floresy:)

A jednak – bardzo lubią, gdy opowiadamy im, co przeczytałyśmy:)

Może zbyt ciekawie opowiadamy?

 

ps. przy okazji pisania tej notki zafascynowała mnie kwestia: „znikła czy zniknęła? ” Zdecydowanie Nusia znikła:) Robi to za każdym razem, gdy otwiera książkę .

 

 

 

rzeczy ostateczne

 

Oglądamy program. Jeden z tych, które promują polskie talenty wokalne.

Robi się późno, ale zasłuchani w piękne głosy, barwy i tonacje zapominamy, że niektóre smerfy już dawno powinny spać. W końcu, w przerwie między piosenkami, słyszymy bardzo już cichutki i zgaszony głosik Laurki:

– Jak slasnie już chce mi się cytać.

I na dowód tego – dziecię przeciągle ziewnęło.

 

No bo, przed snem zawsze jest czytanie:) Nie należy o tym zapominać. Nawet w stanie skrajnego wyczerpania.

 

ps. a więcej o czytaniu następnym razem.

 

 

sokratejczycy przy stole

Rozmawiamy o Bogu. Przy kuchennym stole. Dla równowagi materii i ducha na stole stoi ciasto chałwowe.

– Mamo, ty dużo wiesz o Bogu? – pyta nagle Nusia.

– Nawet jeśli dużo o nim wiemy, to i tak może się okazać, że nic o Nim nie wiemy. – odpowiadam z samej głębi mego serca, tam gdzie pokłady pokory wciąż niewyczerpane płyną pogodnym strumieniem. Czuję się niesyta wiedzy i jednocześnie szczęśliwie z tą słabością pogodzona.

– Ktoś, kto wie, że mało wie, wie bardzo dużo. – nagle odzywa się obok mnie głos.

Sokrates?

Dusio.

Patrzy mi prosto w oczy swoim kasztanowym spojrzeniem.

Patrzy mi prosto w serce. Ponad kuchennym stołem okrytym różowym obrusem.

Przeszywa swą mądrością setki wieków wstecz aż do pokornego wyznania: „Wiem, że nic nie wiem”.

12-letni chłopiec o przenikliwym spojrzeniu i umyśle.

Czasem rozpiera mnie duma. I nie ma nic wspólnego z pychą.

 

No, chyba, że akurat na stole stoi ciasto. Pycha:)

 

niebo w łanie aksamitek

 

Kilka lat temu przeczytałam książkę „Niebo istnieje naprawdę”. Niedawno kupiliśmy film pod tym samym tytułem i obejrzeliśmy pewnego wieczora rodzinnie. Wzruszająca i poruszająca historia 4-letniego Coltona Burpo, który podczas operacji przeniósł się do nieba i ujrzał tam niezwykłe rzeczy. Wiara i wyobraźnia zostają poruszone z posad.

Laurka filmu nie oglądała z nami, bo idzie wcześniej spać, ale historię zna z naszych opowieści. Ale to w zupełności wystarczy, by niektóre obrazy na trwale wymalowały się w sercu.

I oto siedzimy sobie obie w kucki pomiędzy łanami aksamitek. Piszę łanami, bo tylko tak można oddać rzeczywistość mego ogrodu na wsi. Wszystkie odcienie pomarańczu, żółci, karmazynu i amarantu, wymieszane jak na wielkiej malarskiej palecie. Z roku na rok coraz bardziej zmutowane, szaleńczo bujne i wymykające się wszelkim schematom, nie do ogarnięcia ludzkim wzrokiem, pojmowaniem i pojęciami. Fenomen hojności i przepychu form.

Z Laurcią sobie siedzimy w to jesienne popołudnie i zagubione po czubki głów w morzu kwiatów pracujemy wytrwale, by ten stan podtrzymać przez kolejne lata. Szybkimi ruchami obrywamy przekwitłe, uschłe kwiatostany i wrzucamy do wyścielonej gazetą doniczki. Zbieramy nasiona, a w każdym z nich zaklęty jest jeszcze bardziej wymyślny kod genetyczny, ukryta barwna przyszłość. Obok nas, równie pracowicie, spędzają czas pszczoły i trzmiele. Wszystko pachnie przenikliwym, ostrym zapachem aksamitek. Słońce głaszcze wszystko ciepłą dłonią. To pewnie dlatego malutkiej nagle się przypomina…

– Jak będziemy w niebie, to poplosę Pana Boga zeby mi pozycył swojego konia, bo ja nie dam lady tam dużo chodzić. – mówi.

– I jesce poplosę go żeby było tam takie łózecko małe dla mnie i więkse dla Nusi. – przerywa, zastanawiając się przez chwilę nad trzecim życzeniem.

– I zeby tam było baldzo dużo ksiązek, bo ja lubię cytać:)

 

Przedmioty, miejsca, rozmowy, chwile, które już po tej stronie dają nam przedsmak nieba. Jego przepych, pokój, poczucie, że jestem tu gdzie powinnam być, że każdy najmniejszy ruch jest pełen sensu, a słowo – prawdy.

 

Życzę Wam dziś takiego dnia w przedsionku nieba. Bo ono istnieje naprawdę. Zaczyna się tuż u naszych stóp i ciągnie po horyzont, jeśli tylko zechcemy je zauważyć.

 

acze x 2

 

– Psetnij mi na lówne cęści – prosi prawie czterolatka wręczając kawałek zagiętej tekturki.

Psecinam.

Laurka wraca na miejsce swojej pracy, a buduje właśnie stodołę z pudełek i cały dom z wyposażeniem. Nusia, która była inspiracją, montuje obok małe Bullerbyn. Też z pudełek.

– Gdzie moja kanapa???!!! – wybucha nagle lament na placu budowy – Kto zablał moją kanapę?! – rozgląda się mały majster. Wiadomo, na budowie wszystko ginie.

– Niuniu – kojąco odpowiada siostra znad dachów swego Bullerbyn – przecież dałaś do przecięcia mamie.

– Aaaaa. – wyhamowuje lamentacje Laurcia .

Dobra pamięć, acz krótka:)

 

– Więc to była kanapa? – dopytuję dla pewności, bo wyobraźnię mam wielką, lecz też z ACZEM.

Wielką, acz ograniczoną:)

Tak. Zagięta tekturka była kanapą, a po przecięciu jest dwoma fotelami.

 


 

Słowo

 

– Zawsze kiedy tu przyjeżdżam, katechezy są dokładnie odpowiedzią na moje pytania. – mówi Gosia.

Spacerujemy alejką obok młodego sosnowego lasku, przed nami stacje drogi krzyżowej nieco w góralskim stylu Chrystusików frasobliwych.

– Nie. – protestuję, wchodząc jej w słowo – To ja przyjeżdżam tu z konkretnymi problemami, a gdy ksiądz mówi, okazuje się , że wszystko jest do mnie.

Pod nogami szeleszczą nam kamionki usypane na ścieżce. Śmiejemy się obie, bo wiemy, że racja jest po obu stronach.

To jest dokładnie tak jak z tym pierwszym wystąpieniem Piotra w Dziejach Apostolskich. Wyszedł i mówił w swoim dialekcie, a każdy słyszał go w swojej ojczystej mowie. W słowach ludzi czujemy się obco, często nie rozumiemy się choć mówimy jednym językiem. W Słowie, które pochodzi od Boga, każdy może poczuć się jak w domu, jakby był jedynym dla Boga słuchaczem, jedynym dzieckiem, któremu poświęca się 100% uwagi.

Jako matka czwórki dzieci wiem jak bardzo to jest niewykonalne. Ale nie dla Niego.

Każdy z nas dla Niego jest jedyny. Każdemu daje wystarczająco, choć wcale nie po równo. W nim istniejemy odwiecznie. W Jego głowie, w Jego planie, w Jego sercu. Zanim świat powstał, zanim cokolwiek się stało, On o mnie myślał i kochał i chciał i planował moje życie tak, by było pełne sensu i szczęścia.

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię…” – przyznaje się Bóg w Księdze Jeremiasza. Nigdy dosyć odkrywania tych słów i wszystkiego, co z nich wynika. Jest Ktoś, Kto zna mnie na wskroś, od zawsze, odwiecznie o mnie myśli, nigdy nie zapomina, nigdy nie zapomni. Jego zainteresowanie mną nie jest zwykłą ciekawością, jaką zaszczycają nas czasem wścibscy sąsiedzi, ani obojętną obserwacją zjawiska.

Nieustannie o mnie myśli jak myśli się o ukochanej osobie. Cokolwiek bym zrobiła, cokolwiek by się stało, tego jednego mogę być pewna. Myśli o mnie z miłością. Wszystko, co robi, robi z miłości. Wszystko, co dopuszcza, dopuszcza z miłości.

Ostatnio, z wielkim zdziwieniem odkrywam cały sens tego ostatniego zdania.

Bo czasem musimy zasmakować co to znaczy być więźniem, by zrozumieć jak wielkim darem jest wolność.

Przyjechałam tu zakuta w łańcuchy, wyjeżdżam zupełnie wolna. – myślę, jadąc szosą między zaoranymi jesiennymi polami – Muszę się nauczyć na nowo oddychać, widzieć w pełnym świetle, rozprostować powoli przykurczone wieloletnią niewolą myśli. Jeszcze nieśmiało, jakby nie dowierzając swojemu szczęściu…

Wszystko to było dla mnie, specjalnie dla mnie, cokolwiek myśli o tym Gosia:)

 


 


oko w oko

 

Laurka ogląda „Bolka i Lolka”. Jeden z nich ( nigdy nie wiem, który to który:) łapie złotą rybkę.

– O złapał rybkę! – komentuję inteligentnie.

– Tak, ale nie do jedzenia – zwraca uwagę córeczka – Bo ona ma ocka.

– Ale my też jemy rybki. – przypominam.

– Ale nase nie mają ocek. – tłumaczy rezolutnie Lala.

 

Tak, filety nie mają ani oczek, ani nawet główek 🙂

 

To mi przypomina historię z mego dzieciństwa.

Mama kupiła konserwę wyprodukowaną w bratnim sowieckim kraju. Był piątek rano, więc wszyscy wygłodniali czekaliśmy na jej otwarcie. Gdy jednak mama odchyliła srebrne wieczko, spojrzały na nas z głębi puszki setki małych rybich oczek. Jedno koło drugiego. Otchłań zionąca błagalnym spojrzeniem.

– Aaaaa!!! – przeraziliśmy się zbiorowo.

– E tam. Nic tu nie ma. – usiłowała ukoić nasze nerwy rodzicielka i biorąc widelec, wymieszała zawartość konserwy.

Ale my już nie byliśmy głodni:) „W sumie w piątek wystarczy chleb i woda.” – uznaliśmy w skrytości ducha.

Czy istnieje kawior z rybich oczek? Bo może wzgardziliśmy kawiorem.

 

********

 

Nie tylko trudno jest zjeść coś, co patrzy nam w oczy. Trudno – patrząc komuś w oczy – kłamać, zranić go, skrzywdzić, niesłusznie oskarżyć, zawieść, mówić głupstwa … Zwykle spuszczamy wtedy wzrok, ślizgamy się nim po meblach, wbijamy spojrzenie w podłogę. Zwykle.

– Nawet nie spojrzał mi w oczy. – poskarżyła mi się ostatnio koleżanka mówiąc o swoim byłym pracodawcy, który obiecał pracę i obietnicy nie dotrzymał.

– Poczułam się strasznie – mówiła – A wystarczyłoby żeby powiedział: „Słuchaj, nie ma pracy. Przykro mi.” Poczułabym się jak człowiek, a nie śmieć.

 

Lubię patrzeć ludziom w oczy i obawiam się tych, którzy unikają spojrzenia.