Coś o graniu i wygrywaniu.
Laurka podczas wakacji grywała z dziadkiem w karty. Zasady jakieś tam były, gra bliżej nieokreślona, ale finał taki, że dziadek wygrał z wnuczką. Ta zorientowawszy się w jednej chwili ku czemu rzecz cała zmierza, spojrzała spod grzywki na rywala i słodziutko podsumowała:
– No to wygraliśmy dziadku!
Dobre podejście, nieprawdaż? Bo po co się od razu zżymać i gniewać, skoro można potraktować sukces kolektywnie:)
Ale można zastosować jeszcze inny fortel.
Gramy w piłkę. Ja rzucam do Laurki, a ona do mnie.
Jakoś tak oczywiste wydaje się to, że lepiej gra ten, który dobrze łapie. Ale nigdy nie można być pewnym. Rzucam. Piłka odbija się od rączek córki i ucieka.
– Oj! – ze współczuciem przejmuje się Laurka – Nie udało ci się mamo:)
No, nie udało.
W grze nie liczy się kto wygra, ważniejsza jest rola komentatora sportowego.
I nikt nas nie przekona, że czarne to czarne, a białe to białe:) – chciałoby się zacytować.
