Rentgen przyjaciela

 

Wracam z pracy.

Funkcjonuję normalnie. Jem, rozmawiam, ustalamy co kupić, szukamy w necie jaki tort zrobić na moje urodziny. Mąż jedzie na chwilę do swojej pracy. Rozpalam w piecach.

Wszystko jest OK, choć piece trochę dymią. Piję melisę z pomarańczą, śmieję się, oglądamy Teleekspres, bawię się z Laurką w sklep.

Nic złego się nie dzieje. Myję córkę pod prysznicem, zaganiam resztę dzieciaków, z synem rozgrywam partyjkę scraabli, opowiadam mężowi co tam w pracy, czytam chwilę, jem kanapkę z twarożkiem.

Naprawdę nic takiego.

– Dlaczego jesteś smutna? – pyta nagle mąż zaglądając mi w oczy.

– Nie, nie jestem. – zaprzeczam – Tylko się zamyśliłam.

– Cały czas się zamyślasz. Czymś się martwisz, prawda?

– Nie. Nic się nie dzieje. – staram się uśmiechnąć przekonująco.

– Widzę. – mówi on.

I wtedy się poddaję.

Nagle ze zdumieniem dostrzegam, że nie uda mi się oszukać kogoś, kto tak mnie zna. Wszystkie maski, pozy i gry przenika na wylot. Łatwiej oszukam samą siebie niż jego.

– Tak, jest mi smutno i się martwię. – mówię cicho – Później ci powiem. – dodaję oglądając się na dzieci.

 

Życie bywa trudne i skomplikowane, ale udając, że tak nie jest, jeszcze bardziej je komplikujemy. Dlatego potrzebujemy przyjaciela o bystrym wzroku i odwadze, by zadawać pytania i burzyć pozory. I tak się dobrze składa, że moim przyjacielem jest mój mąż.

 

„Znasz mnie i przenikasz… nie tajna ci moja istota” – chciałoby się wyszeptać za biblijnym mędrcem.

 

być kobietą, być kobietą

 

Trzy siostry paplają w kuchni.

Rozmowa – jak to między kobietami – musi w końcu zejść na ciuchy.

– Ja już nie mieszczę się w pasie. – zwierza się najstarsza Ala pociągając za brzeg dżinsów.

Nusia kiwa ze zrozumieniem głową. Tym skwapliwiej, że w związku z takim obrotem sprawy, dżinsy za jakiś czas przejmie w spadku:)

Tylko najmłodsza siostra nie do końca – jak to mówią – „czai bazę”.

– Ale gdzie to jest? Ale gdzie to jest? – dopytuje, podskakując obok długich nóg Alusi.

– Ale co gdzie jest?

– No, ten PAS, w któlym się nie mieścis:)

 


być mężczyzną, być mężczyzną…

 

Z pokoju Dusia dobiegają jakieś „techniczne dźwięki”. A to coś po czymś szoruje, a to stuka, a to wiruje jazgotliwie.

– Synu!!! – krzyczę – To brzmi jak wiertło dentystyczne!

Zza drzwi wyłania się Laurka.

– Dusio lobi jakiś swój nowy wynalazek – komunikuje bez zbędnej emfazy jak ktoś kto już niejedno widział i niewiele go zdziwić potrafi.

Dusio nas do pewnych rzeczy przyzwyczaił metodą kropli drążącej skałę. Jeśli robisz coś stosunkowo często i z uporem maniaka, to w końcu najzagorzalsi nawet oponenci dadzą się przekonać, że to normalne.

I tak daliśmy się przekonać…

Do tego, że wiaderko na drewniane klocki wisi nieustannie na drzwiach szafy i udaje kosz do gry w kosza. Oczywiście po uprzednim wysypaniu klocków byle gdzie i wyjęciu dna:)

Do tego, że nasz duży pokój to boisko piłkarskie, a kanapa i kufer to dwie bramki. Szkoda tylko, że w trakcie rozrywek choinka zbyt systematycznie jest pozbawiana igliwia.

Do tego, że Dusiowe biurko bardziej podobne jest do warsztatu stolarza lub mechanika niż do miejsca przeznaczonego na naukę.

Do pochlebstw , które płyną z ust Dusia jak wezbrana rzeka miodu, gdy chce, by siostry rozegrały z nim mecz. Takich męskich pochlebstw – nasyconych w treści, ale nie wylewnych – typu: „jesteś naprawdę dobra w obronie i zwody ci już nieźle idą”. Cokolwiek to znaczy:)

Do dzikich zabaw, do których zawsze – nie wiedzieć jak – zwerbuje amatorów.

Do oglądania „Galileo” o każdej porze dnia w ilościach przekraczających wszelkie dozwolone dawki.

No i… do wynalazków Dusia, które testowane są na bieżąco w przestrzeni domowej jak np. indiańska strzałka ze śruby, która wbiła się w szkło obrazka na ścianie. Dobrze, że po drodze nie było niczyjego oka:) Choć – w sumie – co nas nie zabije, to nas wzmocni:)

 

Może zabrzmię kontrowersyjnie w epoce  idei gender, ale jedyne co przystaje do rzeczywistości to stwierdzenie, że :bycie chłopakiem to coś zupełnie innego niż bycie dziewczynką:) Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to nie wiem z jakiej jest planety, ale nie z tej samej, po której ja stąpam codziennie. A twardo stąpam, zawadzając nogą o rozsypane klocki, śruby, kawałki rozłupanego drewna, śrubokręty, indiańskie strzałki i piłki wszelkiego kalibru:)

 

co się dziedziczy?

 

– Babcia mi powiedziała o mamie dziadka Lyśka. – relacjonuje odwiedziny „na dole” u babci.

– Jak ulodzę moje dzieci, to powiem im jak się nazywała moja mama. – zapewnia mnie.

– Dobrze, powiedz im. Ja będę ich babcią, wiesz?

– Tak, a tatuś dziadkiem. – dodaje.

– A dużo urodzisz tych dzieci? – pytam ciekawa czy wielodzietność nadal jest dziedziczna.

– Taaak. I będę ucyć i będzie mnie ksys bolał od ksycenia na dzieci w skole:)

 

Bycie belfrem – jak się okazuje – też przechodzi z genami:)

 

A ksyceć ksycę rzadko, bo mi gardło na to nie pozwala. Że o krzyżu nie wspomnę:)

 


nauka bycia człowiekiem

 

Ranki są chłodne. Miś ubiera Laurkę w polarek.

Już nauczył ją rozwiązywać problem z zawijającymi się przy tej okazji rękawami bluzeczki. Córka wciska rączkę, mocno trzymając brzeg materiału, a bluzeczka dziś czarna ze srebrnym serduszkiem.

– A teraz puść. – instruuje tato.

– Nie mogę. Lęka mi się zaklinowała. – sapie pociecha, usiłując w tubie rękawa rozluźnić piąstkę.

 

  Hmmm. Zaklinowana ręka.  Jeszcze kilka kursów instruktażowych i osiągniemy sukces:)

 

 

Iluż rzeczy trzeba się nauczyć w byciu człowiekiem.

Odczytywania grymasów ludzkich twarzy, intonacji na czas radości i smutku, obsługi sztućców, nazywania kolorów, mrużenia oczu w słońcu, wspinania się po schodach, trzymania mydła w dłoni, wypluwania pestek wiśni, gwizdania i dmuchania nosa, gdy katar dopadnie, odróżniania prawo od lewo, wystrzegania się pokrzywy i ostu, ostrożnej czujności przy ogniu, mówienia o sobie „ja” i wyczucia kiedy o sobie nic nie mówić , sznurowania butów, czesania włosów, trzymania kredki, zapinania guzików, splatania słów w zdania i kwiatów mleczu w wianki, picia przez słomkę, wkładania rąk w rękawy.

A to tylko najprostsze z lekcji. Bo są jeszcze miłość, wiara, ufność, odpowiedzialność, lojalność… Są jeszcze pytania: Kim jestem? Po co jestem? Dokąd zmierzam poza zmierzaniem do domu, pracy, sklepu w mroźny/słoneczny/wietrzny dzień w moje 41 urodziny?


Nie, to jeszcze nie dzisiaj:) Jeszcze chwila do tortu, może ze świeczkami i hymnu życzeniowego pt. „Sto lat”.

Ale takie myśli i pytania nie czekają na specjalne okazje. Mam je dzisiaj. Od… nie pamiętam kiedy i oby na zawsze.

 

 Trudna sztuka zamyślania się nad swoim życiem.

 

 

 

„bójka” inaczej

 

– W tym roku święty Mikołaj przyniesie naszym rodakom głównie prezenty książkowe – stwierdzał proroczo spiker radiowy tuż przed Bożym Narodzeniem.

I rzeczywiście!

Ja dostałam dwa tomiki wierszy, Ala serię albumów dla początkujących tropicieli zwierząt, Laurka – 101 książeczek ( naprawdę:), a Nusia – „Jaśki”, które od razu rzuciły się świętemu w oczy, bo w formule podobnej do naszego ulubionego „Mikołajka”.

Wszyscy uradowani pogrążyli się w lekturze.

Jedni odpływają z tego świata w łódeczkach wierszy, drudzy- wręcz przeciwnie – zaczynają uważniej przyglądać się ziemi pobudzeni lekturą przyrodniczą, trzeci noszą się ze swoim pudłem z książkami i wymyślają – ku uciesze rodziny- nowe wersje bajki o brzydkim kaczątku, a ostatni – pochłonięci literaturą bądź co bądź chłopacką – miewają dylematy…

– Mamo, co to jest BIJATYKA? – pyta Nusia z tomiszczem „Jaśków” pod pachą.

– Jak ktoś się z kimś bije.

– Aaaa. Bo nie rozumiem tego słowa, a to jest w tej książce.

 


 

No tak.

Nusia ma tylko jednego brata i choć ten stara się jak może, by wprowadzić element walki w spokojne życie sióstr, to stanowczo za mało, by znać termin „bijatyka” .

Bo licznych utarczek werbalnych nazwać tak nie sposób:)

 

 


dwa rody sikorek

 

– Wujek Max powiedział, że teraz wszystkie sikorki zdechną, bo zima je zaskoczyła. – donosi mi Dusio najświeższe wieści do kuchni.

Są święta niespodziewanie obleczone w śniegowe pierzyny. Właśnie patrzę przez okno na świat jak z obrazka i cieszę się wszystkimi odcieniami bieli , a tu taka nowina.

– Co z tymi sikorkami? – pytam wchodzącego mężulka – Dlaczego zginą?

– Nie. To chodzi o to…

I Miś opowiada mi pokrótce skomplikowane losy tych ptaków.

Max mówi, że są dwa rodzaje sikorek. Jakby dwa rody. Jedne- wędrowniczki – przed zimą odlatują do Holandii, bo tam cieplej. Drugie są osiadłe i zostają w Polsce. Gdy zima jest ciężka, dużo tubylczych sikorek ginie, bo nie mogą znaleźć pożywienia.* Wtedy na wiosnę wracają wędrowniczki i mają lepsze warunki i rozwija się ten ród. Ale, gdy zima jest łagodna, większość sikorek, które zostały, przeżyje i znajdzie sobie lepsze miejsca lęgowe zanim wrócą te z zagranicy. Wtedy wędrowniczki mają gorsze warunki i mniej potomstwa. I tak zależnie od roku – prawie jak w zegarku następuje cykliczność rozwoju populacji wędrowniczek lub sikorek tubylców.

Zachwycające.

Perfekcyjność scenariusza co do aktu, litery, kropki nad i.

 

A Ty Rut?

Dlaczego się martwisz?

Jesteś ważniejsza niż wiele wróbli, wiele sikorek, drozdów, kosów, trznadli…

Dlaczego się boisz?

Jeśli coś ginie, to tylko po to, by zrobić miejsce czemuś innemu.

Ufaj.

Wszystko jest jak w szwajcarskim zegarku. Bardziej nawet w twoim życiu niż u wróbli, sikorek, drozdów, kosów, trznadli…

 

 

 

 

* przy okazji ( notka wydawcy:) – jak już zaczniemy coś sypać do karmnika to nieprzerwanie, bo ptaki przyzwyczajają się do swojej stołówki i nie szukają gdzie indziej, więc jeśli przestaniemy je karmić, zginą.

 

 

nocne odwiedziny

 

W czasie świątecznych ferii udało się uskutecznić odwiedziny u dziadków. Kilkudniowe, a dla niektórych wybitnie KILKUNOCNE.

Układamy się spać jak śledzie w beczce, bo – w związku z licznym zjazdem rodzinnym – w sześcioro w jednym pokoju. Z braku łóżek niektórzy śpią na materacach na podłodze. Wśród niektórych ja i Laurka.

A każda noc ma swój refren, bo gdy zgaśnie światło, a po długich śmiechach ( dzieci) i strofowaniach( dorośli), zapada cisza, rozlega się spłoszony głosik najmłodszej pociechy…

Noc pierwsza:

– A jak psyjdzie tu wilk? Odp: Tu nie mieszkają wilki.

 

Noc druga:

– A jak psyjdzie tu scupak?

Odp: Szczupaki nie umieją chodzić.

– To pilnuj zeby nam mys nie wyciągnęła poduski:)

 

Noc trzecia: – A jak psyjdzie tu zonglel?

– Kto?

Odp: Żongler mamo!!! – wykrzykują dzieciaki – Ona dziś czytała książkę o żonglerze!

 

I wszyscy wybuchają śmiechem.

Nie, żonglera nie wpuszczamy!!! I tak śpimy jak śledzie w beczce:)

 

 

 

ocalanie dni

 

„…nazwać czyli ocalić.

Nie wolno cudu życia

oddać na pastwę milczenia.”

x. J. Szymik.

 

Dlatego opisuję takie kruszyny: o lampkach na choince, uśmiechach, dyndaniu hamaka, drobnym maczku słów rzucanych w rozmowach, zapachu cynamonu, gołębiach za oknem.

Tylko tak mogę ocalić chwile w mojej pamięci i Waszej.

Tylko tak mogę stanąć w szranki z przemijaniem.

Szuraniem końcówką długopisu o kartkę, stukotem klawiszy laptopa. Kocham słowo i Słowo. Jego kruchość i siłę. Słowo stało się ciałem, a ja odwracam proces – ciało życia zamykam w słowa.

Uwieczniam.

U-wieczniam.

Sprawiam – chcę w to wierzyć – że drobiazgi dni staną się jak wieki, a ich znaczenie będzie uniwersalne, ważne nie tylko tu i teraz i nie tylko dla mnie.

Zwyczajne sznury lampek na naszych choinkach splatają się z odwiecznymi konstelacjami gwiazd, a nasze kroki wpisane są w ciągi logiczne historii.

 

Mija rok, kolejny rok, który u-wieczniam kruchym słowem. Ile jeszcze lat tak się uda, czy sił starczy i woli? Dni jak białe kartki leżą przede mną i łaszą się, by je nazwać… czyli ocalić.


Nie wolno cudu życia oddać na pastwę milczenia.

 

więc… biorę długopis i piszę, układam wieczorami palce na klawiaturze.

 

 


 

 

Rut, a nie Dickens

 

– Ojciec Wigiliusz ucy dzieci swoje… – wyśpiewuje Laurka huśtając się na hamaku rozwieszonym w drzwiach kuchni ( rewelacyjny wynalazek!!! nasz własny!!!nie tylko do huśtania jak ktoś popuści wodze wyobraźni:)

– Ojciec Wigiliusz… – rozbrzmiewa po raz kolejny i świetnie komponuje się z atmosferą przed-wigilijną: z oparami smażonej ryby, których więcej w powietrzu niż tlenu, wodoru i azotu, z zapachem udekorowanych już na kolorowo pierników, z krzątaniną wszelaką i kolędami płynącymi z radia na parapecie.

A za oknem, wpółuchylonym ze zdumienia, chlupot ciepłego deszczu i dyndające na choince figurki gołębi jakby ulepione z szarej glinki. Śniegu ani grama, ani deczka, choć wciąż nadzieja w sercu żywie, że jutro obudzi nas świat polukrowany jak nasze pierniki.

Spływają ciepłą strugą maile i sms-y z życzeniami i serdecznościami. Listonosz wciska mokre koperty w skrzynkę na furtce. Kurier jak święty Mikołaj przybywa po zmroku i wręcza mężulkowi zdumionemu wielką pakę. Małe rączki pomagają nam rozrywać opakowanie i po chwili pokój zmienia się w sezam pełen skarbów. Przyjaciele lepsi są niż św. Mikołaj, bardziej zaskakujący:)

Wieczorem lampki na choince wplątują się w konstelacje gwiazd za oknem, zapach piernika czuję przy każdym poruszeniu głowy. Cała nim nasiąkłam jak gąbka. I słowami kazań z rekolekcji adwentowych  słuchanych na You Tube. I miłością szeptaną mego męża i wylewną miłością malutkiej Laurki, która co wieczór, gdy odmawiamy nowennę przed Bożym Narodzeniem krąży jak satelita między nami klęczącymi i ściska ile sił w rączkach każdego.

Kolejny rok, kolejna wigilia, jeszcze jedna choinka, opłatek, stos prezentów, tupanie stadka małych stópek na schodach, droczenie się z rodzeństwem, wspomnienia z dzieciństwa odgrzewane po raz kolejny na salwach śmiechu.

Nie ma tylko Amelii, bo mieszka daleko, ma małą córeczkę i do tego kaszlącą. Pozostali są. I Kora i Max i Leon, Lena i Felix. Wszyscy dorośli, większość okrzepła w swoich rolach, nic nikomu nie musimy udowadniać, bo wiemy kim jesteśmy i z grubsza – po co. Przynajmniej ja tak to czuję.

Życzenia przyjmuję z uśmiechem jak miłe słowa niosące życzliwość . Wiem – nie mają mocy sprawczej i wcale tego nie oczekuję. Są miłymi słowami, a co będzie dalej zależy głównie od Boga i ode mnie. I znowu – jak rok temu – dociera do mnie, że mam wszystko. Naprawdę wszystko. Wszystko, czego potrzebuję, choć nie wszystko, czego pragnę, ale to dwie różne sprawy i coraz lepiej idzie mi ich rozróżnianie.

Laurka ściska i całuje poduszkę. Zupełnie tak samo jak wcześniej ściskała nas podczas nowenny.

– Laura jest tak wypełniona miłością, że sama już nie wie komu ją dać. – śmieje się Kora ponad białym obrusem wigilijnego stołu.

Potrzebuję właśnie takich chwil. Pokoju na dnie serca rozesłanego jak serwetka śniegu, miłości najbliższych, śmiechu, bliskości, szczypty samotności, która dodaje smaku jak cynamon piernikom. Potrzebuję takich rzeczy i wszystkie je mam. A nowsze auto czy drzwi z łukiem na letnisko to tylko zachcianki.

Oto moja „Opowieść wigilijna”.