skuteczny obrońca

 

Laurka gra z dziadkiem w piłkarzyki.

Dziadek jest przy piłce i już już odginając figurkę jednego ze swoich strzelców składa się do gola, gdy… nad boiskiem zawisa ręka sprawiedliwości dziejowej , chwyta plastikową bramkę i unosi ją w przestworza.

Nie ma bramki, nie ma gola!

A już był w ogródku, już witał się z gąską:)

 

Dziadek oczywiście.

 

ps. Metody nie będziemy patentować. Polecamy ją szczególnie reprezentacji Polski w piłce nożnej:)

 


statek w porcie i tego kosekwencje

 

Zupełnie niedawno przypłynął znów do portu w Gdyni statek z pomarańczami i mandarynkami. Zawsze to robi w okolicach bożonarodzeniowych. I wtedy właśnie radykalnie zwiększa się spożycie tych frykasów w Krainie Lechitów.

Ku naszemu zdumieniu okazało się, że Laurka po zażyciu aromatycznych pomarańczowych owoców nagle zaczęła drapać się po całym ciele. Przy bliższych oględzinach stwierdziliśmy krosty i zdiagnozowaliśmy: pewnie to jakieś uczulenie. Spokojnie zdiagnozowaliśmy i przeszliśmy nad tym do porządku dziennego:)

Ostatnio znów nas wzięło, bo statek widać był sporej ładowności, a promocja aż rzucała się w oczy i kupiliśmy kilka owoców. Przesuszone i sparciałe nie znalazły wielu amatorów, więc Laurka uznała za słuszne sobie nie folgować. I nie folgowała, a my jakoś też tam specjalnie nie oponowaliśmy, bo diagnostyka musi opierać się na wielu testach:)

Nie minęły dwie godziny, gdy:

– Coś mnie tu swędzi – poskarżyło się dziecię drapiąc się nad kolanem.

Zajrzeliśmy. I jest. Bąbelek.

– To alergia. – stwierdziliśmy spokojnie – nie będziesz mogła jeść mandarynek.

– I jesce tu mnie swędzi. – relacjonowało postęp choroby dziecko.

– I jesce tu. – pokazywało na pupę, drąc ją pazurkami aż legginsy skrzypiały jak śnieg na mrozie.

A po chwili ciszy i stosownego namysłu dodało:

– I jesce PO PYSKU.

I przeniosło działania odwetowe we wspomniane rejony ciała.

 

Stanowczo za dużo bajek o kotkach i pieskach:)

 

Ps.

A dziś – w związku z pobytem feryjnym u dziadków, którzy żyją niemal w leszczynowym zagajniku – do diagnozy dodajemy spostrzeżenie kolejne – katar alergiczny na bazie pyłków, bo leszczyny akurat sobie kwitną dyndając frędzelkami radośnie.

I wiosna prawie jest! Piękna. Ciepła. Skrząca od śniegu, strużek wody i ptasiego trelu. Jeszcze kilka tygodni i wszystko wybuchnie bogactwem koloru i zapachu. Więc – jeśli chodzi o uczulenia – to pewnie jeszcze wiele diagnoz przed nami:)

 


sesja

 

Leżę w łóżeczku Laurki. Ona obok z jakąś broszurką w ręce udaje, że robi mi test.

Chyba na inteligencję, bo większości odpowiedzi nie znam:)

– Dlacego tseba pilnować zeby kwiatki kwitły? – zadaje mi kolejne pytanie profesorskim tonem.

O, tu mnie nie zagnie – myślę.

– Żeby miały owoce. – odpowiadam.

– Tak, dooobze. – z pełną namysłu flegmą zalicza mi pani profesor.

Ufff. – odetchnęłam z ulgą.

Egzamin na ogrodnika zdany:)

 

Jeszcze tylko jakieś dwa miliony pięćset siedemdziesiąt jeden tysięcy dwieście dwadzieścia pięć egzaminów życiowych do zdania i sesja zostanie zaliczona:)

 

 

 

 

 

wielo-pak

 

– Mamo, czy my jesteśmy rodziną wielodzietną? – pyta Nusia oblizując łyżeczkę po moim urodzinowym torcie.

– Tak. – odpowiadam.

– I wieloletnią. – dodaje zaskakującą refleksję Laurka.

 

Słuszna uwaga.

Nasza rodzina jest wieloletnia, a ja jeszcze bardziej:)

 

A wiecie kiedy sobie najbardziej o tym przypominam? Gdy przytula się do mnie moja prawie dorosła Ala:)

 


rodzinka w malarstwie

 

Tłoczymy się na kartce, a kartki takie wąskie produkują. Ciasno bardzo, a tu jeszcze miś się boczkiem wcisnął:)

 

Niech nikogo nie zmyli liczba osób. Niektóre są tylko nadrukami na koszulkach:)

 

Laura jest jeszcze w brzuszku. Uwielbia to wspominać:)

 

Wydatne purpurowe usta mają na obrazach tylko kobiety:)

 

RODZINA.

 

Temat dominujący w twórczości Laurki. Technika stale doskonalona:)

 

 

 

 

 

 

 

z inspiracji pana Brzechwy

 

Kiedy mama jest dziecku najbardziej potrzebna?

Kiedy płacze?

Nie.

Kiedy chce jeść?

Nie.

Kiedy jest chore?

Nie.

Więc kiedy mama dziecku jest najbardziej potrzebna? Wręcz niezbędna?

Wtedy, gdy mama właśnie weszła do WC:)

– Mamo, mamo, gdzie jesteś?!!! – rozlega się natychmiast inwokacja.

– W ubikacji!!! – odkrzykuję co by nie siać dalszej paniki.

Chwila ciszy i nagle za drzwiami słyszę naprędce skonstruowaną przyśpiewkę:

 

„W ubikacji

W ubikacji

Jesteś już od czwaltku.”


Na ludową nutę:)

– Nie, nie jestem od czwartku. – protestuję w obronie swej godności, choć jest dopiero piątek.

 

Wszystko przez to, że wczoraj czytaliśmy „Na straganie” Brzechwy. Jedno z warzyw skarży się tam bolejącym głosem: „leżę tutaj już od wtorku”. A potem jeszcze śpiewaliśmy przed snem ludowe piosenki.

Nie czytajcie dzieciom zbyt wielu książek. Są zbyt inspirujące:)

 

 


magia domu

 

Wracam do domu, rzucam torbę i teczkę za drzwi żeby ich nie widzieć na oczy, szybko zrzucam służbowe ubranie, wciągam błękitne dresy i włochaty obszerny sweter z kapturem, a na nogi – fioletowe miękkie baleriny, zmywam część makijażu, zdejmuję kolczyki, odpinam zegarek z nadgarstka i … zaczynam jakby od nowa. Kłopotliwe tylko bywają myśli – ich nie da się tak łatwo zdjąć, zrzucić, zmyć, odpiąć i odłożyć. Turkoczą w głowie i nie pozwalają się zatrzymać.

Siadam za stołem kuchennym, włączam muzykę. Dociera do mnie oszałamiający zapach trzech hiacyntów, a wraz z nim kojąca myśl, że przeżyłam kolejny długi i trudny dzień.

Wypijam herbatę z jarzębiny. Obok siedzi mąż, rozmawiamy. Świergoczą dzieci jak swarliwe wróble. Każdy łyk i każde słowo unieszkodliwia turkoczące myśli.

A w pokoju skrzy się jeszcze choinka. Stoi już w zielonej kałuży opadłego igliwia, lecz wciąż się uśmiecha złotymi łańcuchami. Pod drzewkiem mała szopka, z której dzień w dzień – nie wiedzieć czemu – wychodzi na dywan Maryja, żłóbek z Jezuskiem i liczne anielskie grono.

Domniemana sprawczyni wyprowadzek właśnie organizuje na kanapie dom.

– Tu jest moja kuchnia, mamo. – tłumaczy, ustawiając na poręczy dwie plastikowe miseczki: jedną z suszonymi jabłkami, drugą z czekoladowymi płatkami.

– A tu jest moje łóżko i mojego dzidziusia – oprowadza dalej jak rasowa gospodyni.

Siadam sobie w samym kątku kanapy, opatulam się mocniej swetrem.

Laurka pochyla się nad lalą – bobasem i głaszcząc ją po główce mówi:

– Spacznie śmij:)

 

Nareszcie.

 

Jestem w domu.

 

 

 

 

mały Salomon

 

Jedziemy na zakupy.

Wsiadamy do małego czerwonego autka. Laurka sadowi się na swoim foteliku, ja siadam na przednim siedzeniu pasażera. Wyjątkowo, bo na co dzień autkiem sunę do i z pracy.

– Ty lepiej mamo kielujesz. – chwali mnie córeczka w różowej czapeczce.

Moje ego puchnie w momencie jak sylwestrowy balonik. W chwilę potem wsiada za kierownicę Miś, lecz nim drzwi auta trzasną…

– Ty tato tez lepiej kielujesz. – spływa z tylnego siedzenia komplemencik.

 

Gramy w memory.

Na naszym kuchennym stole ubranym w żółty obrus w kratkę. Laura jest naprawdę dobra i błyskawicznie znajduje pary obrazków. Czasem tylko uda się z nią wygrać. Zwykle to ona jest zwycięzcą.

– Jestem lepsa. – kwituje kolejny swój tryumf.

– O nie!!! – udaję, że się złoszczę, na co Laurka momentalnie znajduje pociechę:

– Ty tes jesteś mamo lepsa. – mówi z krzepiącym uśmiechem.

 

Zaiste – Salomonowe to wyroki:)