pieśń pozostałych

 

Zostają z nami …
zegarek po tacie, płaszcz po przyjaciółce, turkusowe patery po babci, gipsowe anioły po drugiej, czasem kot w spadku po kimś bliskim, bywa, że plik listów przewiązany tasiemką, książka pełna podkreśleń, długopis wypisany po połowy, ulubiony fotel z przetartą tapicerką.
Zostają.
Niemi świadkowie.


Jak grób po Nim, i kamień i płótna i chusty.
Świadczą:
oni byli, to prawda,
oni odeszli, to też prawda,
oni są nadal – to największa z prawd. Tak Wielka, że aż niepojęta. Uwierz – jeszcze się spotkacie.

Oto pieśń rzeczy, które pozostały po tej stronie życia.
Słyszę ją czasem w idealnej ciszy. Gdy przecieram skrzydła z kurzu stareńkim aniołom, układam babeczki na paterach babci, wkładam wiosenną kurtkę Ewy, patrzę w sepi oczy mego taty z fotografii..

– Niech cię nie zwiedzie to, że my trwamy, choć oni odeszli. – mówią przedmioty – To nie my jesteśmy nieśmiertelne, lecz oni. Nadejdzie czas, że rozsypiemy się w pył, a oni powrócą.

Bądź pewna.

Czekaj.

 

waga rzeczy ważnych

Ile ważyły łzy Marii Magdaleny, gdy siedziała przy Jego grobie? A jej uśmiech, gdy Go rozpoznała?
Ile waży ludzka radość i smutek, rozpacz i szczęście, myśl, wiara, zwątpienie?

Są rzeczy niezmierzalne, a tak wielkie; rzeczy niezważalne o wielkiej wadze, rzeczy niedostrzegalne, choć prawdziwe, nienazywalne…

Jest On – prawie niedostępny ludzkim zmysłom, wagom, miarom, rozumowi, a jego imię: „Ja Jestem”.
Na to imię kolana oprawców zgięły się jak podcięte trzciny i padli przed Nim na twarze.
A wobec niej?
– Mario – słodkie, pełne czułości. Ptasi szczebiot, którym zakochany budzi swą umiłowaną.


Jaka więc jest?
Waga słów, waga miłości, waga szczęścia, oczekiwania, spełnienia, cierpienia.

Czy nie jest tak, że tylko to co błahe i drugorzędne daje się nam policzyć. Reszta, to co najważniejsze umyka spłoszone.
Przed miarką, wagą, słowem nawet.

Bo można policzyć strony książki, lecz nie dosięgnie się tak jej myśli, można oszacować liczbę czołgów i ofiar, miast zburzonych, lecz nie pojmie się tragedii wojny, można zliczyć pocałunki i nic nie widzieć o sile miłości…

Staję wtedy, opuszczam ręce i milczę poddając się tajemnicy.

 

dotknięcie prawdy

 

Wczoraj prawie rozpłakałam się w kościele, gdy ostatni raz przy śpiewie „Chwała na wysokości Bogu” dźwięczały wszystkie dzwony, dzwonki, organy. A potem już tylko wielka cisza.
Jakby On odszedł.
Ukrywałam łzy i drżenie ust, żeby nikt nie widział, nie domyślił się jaka to pustka dla mnie, gdy Go nie ma.

Dziś i jutro puste tabetnakulum, odarty ołtarz, dotknięcie nicości … jakby zabrakło płucom powietrza.
Musimy doświadczać czasem tej pustki, odarcia, by wiele zrozumieć, by łuski spadły z oczu, z serca.

Czym jest życie bez Niego?
Czym jestem bez Ciebie Jezu?

Życzę Wam i sobie odnalezienia w te dni prawdziwych odpowiedzi na prawdziwe pytania.
Błogosławionych Świąt🌺

Rut

 

podwójny dar

 

„Przeklęty mąż który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie.”
( Jr 17, 5n)

Pewnie dlatego Bóg daje nam swoje dary w pakiecie z krzyżem.
„Dany mi został oścień dla ciała… – mówił św. Paweł – aby mnie nie wynosił ogrom objawień”.
Mawiają, że wielki Apostoł głoszący na całym świecie Ewangelię, być może chorował na epilepsję – chorobę w tamtym czasie bardzo wstydliwą i upokarzającą, bo traktowaną jak rodzaj szaleństwa lub opętania. Wyobrażam go sobie jak opowiada z ogniem w oczach o Jezusie i nagły atak padaczki rzuca go na ziemię na oczach słuchaczy. Ślina na ustach, które dopiero mówiły o Bogu. Jakie to musiało być bolesne, jaki oścień dla wykształconego, elokwentnego Pawła, gdy tłum rozstępował się ze strachem lub szyderstwem.

Krzyż jest zaporą dla pychy, sprawia, że za niedorzeczną traktujemy myśl, że cokolwiek pochodzi ode mnie, ze mnie, z mojego własnego geniuszu czy siły.
Jakiego geniuszu? Jakiej siły?

Otrzymałam w życiu wiele darów w pakiecie:
Dar wielokrotnego macierzyństwa i krzyż który sprawiał, że każda moja ciąża przebiegała na pograniczu życia i śmierci.
Dar wspaniałego męża wraz z krzyżem jego choroby nowotworowej, który przyszedł kilka lat temu i wciąż go niesiemy.
Dar, dzięki któremu umiem wspaniale opowiadać urzekając słuchaczy i słabiutki głos, który znika z upływem lat jak rzeka na pustyni.
Dar pisania i chorobę, która dziesięć lat temu zniszczyła stawy moich dłoni. Stawy zregenerowały się, ale do dziś z trudnością odczytuję własne pismo.
Dar malowania, a wraz z nim przetrącony kręgosłup, który nie znosi długiego ślęczenia nad sztalugą.

Dary i towarzyszący im jak opakowanie prezentowi krzyż.

A może odwrotnie: może to krzyż jest prezentem większym niż cokolwiek. Bo zachowuje od skażenia to, bez czego nikt z nas nie przejdzie owej ciasnej bramy. Zachowuje pokorę.

Aby mnie nie wynosił ogrom objawień – pisze Paweł.
Każdy z nas może tu dopisać swoje własne wyznanie: abym nie myślał, że sam napisałem książkę, abym nie sądził, że ludzie nawracają się dzięki mnie, abym nie przechwalał się, że dobrze sobie ułożyłem życie, abym nie żył w iluzji, że wszystko zależy ode mnie, żebym nie zapomniał o Bogu, Który daje mi każdy oddech…

Bym nie był podobny do dzikiego krzewu na pustyni, który myśli, że żyje, a już dawno umarł w środku, goniony wiatrem to tu to tam jak zmięta kartka.

Abym był jak potężne drzewo, które jest świadome, że żyje i szumi dzięki strumieniowi, w którym zanurza swe korzenie.

tylko dzięki Niemu …

 

 

 

deficyt much i inne sprawy

 

– Jakoś much w tym roku nie ma – zdumiona niepomiernie stwierdza Laurka.
A za oknem zawierucha, raz deszcz, raz śnieg, a wietrzysko mroźne nieustannie.
Cała rodzina wybucha śmiechem:)
No tak, nie ma.
Aż się ten fragment z Biblii przypomina, jeden ze śmieszniejszych :
„w owym dniu Bóg zagwiżdże na muchy”.

* * *

– Ty musisz obok podpisu na obrazach pisać jeszcze datę, tak sobie pomyślałem – mówi Ksawery, oglądając najnowsze dzieło – Bo jak już będziesz sławna, to będzie ważne kiedy obraz powstał.
– Tak, tak – potwierdza Ala, która ostatnio Muzeum Narodowe nawiedziła w Krakowie – Matejko też tak robił.
Zaczynam się śmiać.
Są uroczy w tej swojej wierze we mnie.
– No, skoro mój kolega Matejko tak robi, to ja chyba też muszę – mówię filuternie mrużąc oko.


* * *
Mogę też liczyć zawsze na pokrzepienie, bo, gdy po malowaniu Andrzeja Boboli uskarżam się na kręgoslup, najstarsza córka śpieszy z wyjaśnieniem jakże logicznym:
– Boli, bo po Boboli:)
Nie ma to jak diagnoza przyszłego fizjoterapeuty.
Plasterek na moje skołatane serce:)

 

 

Wielki Tydzień


Ja i mój mąż co roku o tej porze oczekujemy na niego. Domyślamy się, że przyjdzie. Mniejszy lub większy, lżejszy lub cięższy. Przypominam sobie wtedy Jezusa, który szedł ostatni raz do Jerozolimy. Był świadomy, że każdy krok zbliża Go do krzyża.
Tak i my z niepokojem serca, które jak dzika spłoszona gołębica łopocze skrzydłami, przemierzamy dni, godziny i minuty dzielące nas od krzyża. Po ludzku niespokojni jaki będzie i czy damy radę go ponieść.



I przyszedł.
Wczoraj najmłodsza córeczka zagorączkowała, dziś nie poszła do szkoły, a wieczorem cała już była w kropki. Ospa. Tylko ona z całej naszej rodziny nie przechodziła ospy.
Uśmiechnęliśmy się z Michałem do sobie porozumiewawczo.
– Wielki Tydzień – powiedzial on.
– Tak, wczoraj znowu pojawiła mi się 21:37 – potwierdziłam – Jan Paweł już jest.

* * *


Krzyż to ogromna tajemnica. Przemierzyłam już niemal pół wieku, a ona wciąż jest przede mną zakryta. Zbliżam się czasem i wydaje się, że już znam odpowiedź, lecz potem okazuje się, że jestem jeszcze tak daleko od prawdy.

Wiem jednak napewno to jedno:
to, że nam Bóg błogosławi, to nie znaczy, że nie daje nam krzyży.


Wręcz przeciwnie: wydaje się, że On najobficiej, najszybciej, najskuteczniej błogosławi nam przez krzyż.
To wymowne, że gdy ojciec czy matka błogosławi swoje dziecko, kreśli mu znak krzyża na czole. Nie kwiatek, nie gwiazdkę i nie serduszko, lecz krzyż. Podobnie, gdy jesteśmy błogosławieni przez kapłana, on kreśli w powietrzu dwie belki krzyża. Jakby krzyż był dobrym życzeniem, darem na drogę, zabezpieczeniem, źródłem zwycięstwa.


Nie rozumiemy tego, lecz niejasne przeczucie kołacze mi się w sercu, że krzyż jest darem większym niż wszystkie inne tu na ziemi.
I bez niego nie potrafilibyśmy ani żyć, ani umrzeć.


 

zamiast

 

Pierwszego kwietnia, gdy odsłaniam lniane zasłony w sypialni, nie wierzę własnym oczom.
Jakby ktoś wykrzyknął śmiejąc się:
– Prima Aprilis!!!

Cały świat niespodziewanie ubrany w puchową pierzynę, spod której tylko tu i tam nieśmiało wychylają się pierwsze oznaki wiosny. Ta już zdążyła ukazać się nam tu w całej swej krasie świergotem ptaków, swawolami wiewiórek, powrotem niezliczonych kluczy, wierzbami płonącymi na czubkach na żółto, krokusami, pączkami liści, zapachem ornej ziemi.
A tu … Prima Aprilis!!!

Wieczorem zgasło światło i do białej scenerii pełnej tańczących płatków śniegu dołączyły nastrojowe chybotliwe płomienie świec. A jakże : adwentowych, bo takie właśnie podarował nam ostatnio Ksawery.
– Szkoda, że jednak zdjęłam te girlandy z domu – westchnęłam – ale trochę mi już było wstyd przy prawie 20 stopniach zostawiać stroiki z jedliny i kaliny.

Drugiego kwietnia rano po raz drugi nie uwierzyłam swoim zmysłom, gdy odsłoniłam zasłony:) Śniegu dosypało dwa razy tyle, a większość naszych przydomowych brzózek pokłoniło się aż do ziemi pod jego ciężarem. Wskoczyłam więc czym prędzej w ciepłe ubrania i uzbrojona w brzozową miotełkę, pobiegłam ratować drzewa. Omiotłam je z ciężkiego brzemienia tyle, ile zdołałam i próbowam je podźwignąć do góry.
Unieść ramiona brzóz, ich wiotkie ciała podźwignąć dłońmi palącymi od mrozu. Nigdy nie sądziłam, że będę to robiła.

Resztę dobytku roślinnego otrzepałyśmy już razem z dziewczynkami kilka godzin później. Nad nami strzelały drzewa, urywały się potężne konary w lesie obok domu, śnieg całymi łachami spadał w dół ze zduszonym hukiem, a na dach domu runął urwany czubek sosny.
Żywioł robił co mógł żeby nas przestraszyć.
Ale rudzik – jakby nigdy nic – zagadywał do nas na gałęzi, krokusy wystawiały żółte i fioletowe nosy ze śniegu, koty chodziły po naszych głębokich śladach zaaferowane tym, co robimy.

Cały dzień bez prądu, bez połączeń telefonicznych, radia, Internetu, pralki, odkurzacza, kuchenki, zmywarki, z piecem, który bez elektrycznej pompki swawoli jak pięcioletnie dziecko.
Ale przecież nie jest nam źle. Śmiejemy się, podgrzewamy herbatkę w czajniczku z lightem, wozimy drewno do pieca na sankach, gramy w grzybki, ścieramy kurze, sprzątamy, malujemy akwarelami ( ja – żółtego motylka oczywiście:), czekamy na naszych chłopców, którzy wracają z montażu… Zamiast obiadu są kanapki z pasztetem i ogórkiem, zamiast wiosny – śnieżna zima, zamiast słońca – adwentowa świeca, zamiast…


Zawsze jest coś w zamian.

I gdzieś ponad całym dniem unosi się ciepły obłoczek myśli, że ” wszystko jest łaską” i „wszystko dla naszego dobra”.
I wszystko jest adwentowym czekaniem. Całe nasze życie, czy grudniowe, czy kwietniowe, czy w skwarze lipca, czy szarugach listopada jest oczekiwaniem.

na coś, na kogoś, na Kogoś…