połamany las

 

Po ostatnim kwietniowym ataku zimy, okoliczne lasy wyglądają jak kaleki. Sterczą kikutami obłamanych gałęzi, straszą niezabliźnionymi ranami, niebezpiecznie pochylone, przygarbione nad ścieżkami olbrzymy gotowe runąć przy kolejnym podmuchu wiatru. Skrzypią, skarżąc się nad głowami przechodzących. Wiele z nich już nigdy nie wróci do pionu, wiele jest skazanych na szybszy lub odroczony nieco w czasie upadek. Wiele już leży, barykadując ścieżki zwierząt i ludzkie drogi.
Gdy idziemy lasem, patrzymy więc raz po raz w górę, oceniamy kąt nachyłu pni, stopień oderwania konarów, skalę niebezpieczeństwa, omijamy najbardziej połamane olbrzymy.


Coraz częściej ktoś do mnie pisze, dzwoni, umawia się na rozmowę.
– Rut, proszę pomódl się – słyszę i od razu cała truchleję. Przez chwilę boję się pytać w jakiej intencji mam się modlić, jakbym liczyła, że odwlekając to pytanie, sprowokuję inną niż zwykle odpowiedź.
Ale ona jest prawie zawsze taka sama, choć upleciona z innych słów, innych westchnień, innych łez.

Prawie zawsze to prośba o ratunek dla małżeństwa, rodziny, która chyli się ku upadkowi jak drzewo w lesie.
I modlę się jak umiem, pomagam jak potrafię, towarzyszę, rozmawiam.

I…
coraz bardziej czuję się właśnie tak, jak czuje się małe dziecko stojące pośrodku wstrząsanego żywiołem lasu. Drzewa skrzypią, drżą, płaczą, jedno po drugim rozrywane na strzępy zwalają się do stóp, świszczy wiatr, odpadają potężne konary, a dziecko stoi i nie wie co ma zrobić. Nic nie rozumie. Zbyt struchlałe, by uciekać. Zbyt słabe, by powstrzymać nawałnicę. Przerażone, że wszystkie drzewa wokół runą.
– A jeśli i mnie to spotka? – myśli.
Ale nic takiego się nie dzieje.
– Jakim cudem jeszcze żyję? – pyta.

– Rut, od razu pomyślałam o tobie. Nie wiem dlaczego – mówi zapłakana Maria z pięciomiesięczną córeczką na ręku.
– Bo jestem chuda jak ostatnia deska ratunku – obracam w żart jej słowa.
Uśmiecha się przez łzy.
– Tak – mówi.
Podaję jej olejek św. Rity.
– Proś ją o pomoc.

*  *  *

Jeszcze jedno drzewo niebezpiecznie pochyla się, obok drugie ostatkiem sił utrzymują korzenie. Gdzieś w oddali suchy trzask łamanego drewna, potem głuchy huk i … cisza.

Módlcie się, proszę za rodziny. Za swoje własne małżeństwa i za innych.
Póki nie skończy się ta straszna zima.

 

 

 

ostatnia chwila

 

Przyjechał Max z workiem muszli, zapaleniem nerwu w stopie, ogorzałą twarzą i opowieściami.
Był z kumplami na kajakach w Rumunii. Szalona męska wyprawa. Pięciu rosłych panów w malutkim autku, na dachu bagażnik dachowy, a za nimi przyczepka z czterema kajakami i bagażami. Kilkanaście godzin podróży, a potem w kajaki.


Wśród opowieści jest i taka:
– Na środku jeziora, duża fala, musiałem trzymać dziób kajaka wciąż pod falę, bo gdyby przekręciło mnie bokiem, od razu by mnie zalało, albo przewróciło. I tak już miałem wodę w środku. Gdybym wypadł, zanim by ktoś to zauważył i podpłynął, w takiej temperaturze, o zmroku… – Max nie kończy, ale wiemy jaki bylby efekt.
– Płynęliśmy już wiele godzin, a horyznot tak daleko, że widać tylko czubki drzew. W końcu zrobiło mi się wszystko jedno: czy dopłynę, czy zostanę już tu na zawsze. – kończy brodaty brat.

Alegoria wielu żyć wielu z nas.
Walka z wiatrami, z wysoką falą, noc, zimno, samotność. Aż w końcu ta niebezpieczna myśl: poddać się. Zmęczeniu ciała, smutkowi duszy, myślom rozpaczy, podpowiedziom szepczącym w środku głowy: „Po co ci to? Zostaw. Najwyżej zginiesz.”

Może właśnie te chwile są najważniejsze w naszym życiu. Może całe życie trenujemy na mniejszych przeszkodach, nabieramy tężyzny i sił, by w takich sekundach nie zatrzymać się, jeszcze raz uderzyć wiosłem, wyczytać nadzieję z ostatniej smugi światła na horyzoncie.

I przetrwać.

Dziś Max jest z nami. Ze spokojem pokazuje zdjęcia jeziora, swojego kajaka, zachodu słońca nad wodą.
Stopa jeszcze boli, ale reszta dobrze.
– A te wielkie muszle to kogo? – pyta Lalcia.
– Ślimaka – odpowiada Max.
– Ale chyba nie jednego – śmieję się, wysypując parę kilo tego cennego ładunku z worka.


Muszle śmierdzą padliną, więc trzeba je porządnie wymoczyć i umyć zanim staną się pamiątką po wyprawie, która mogła być ostatnia.

 

# znaczek 92

” Ty Panie, zawsze jesteś taki sam… niezmiernie dobry, święty i sprawiedliwy; dobre, święte i sprawiedliwe jest wszystko, co czynisz…
A ja… nie potrafię trwać długo w jednym stanie, jakby siedem razy na dzień odmieniała się nade mną pogoda.
A przecież od razu jest lepiej, gdy tylko zechcesz i wyciągniesz ku mnie pomocną dłoń, bo Ty sam bez udziału ludzi możesz mnie wesprzeć i tak mnie umocnić, że już twarz moja nie będzie się ciągle zmieniać, ale w Tobie tylko serce będzie trwać i sdpoczywać.”

O naśladowaniu Chrystusa, Tomasz a Kempis, Księga III

 

popołudniowe wianki

 

Popołudnia spędzam z łopatką w dłoni, konewką i w kwiecistych ogrodniczych rękawiczkach. Pośród bzyczenia pszczół i trzmieli ochoczo zwiedzających przybytki kwiatów. Ja pośrodku tego barwnego ruchliwego spektaklu, oświetlona wielką lampą słońca mam swoje małe zadania.

A to ratuję po kolei krzaczki stokrotek i niezapominajek, zagrożone zbliżającą się budową warsztatu męża i instalacją oczyszczalni, a to dosiewam goździki brodate i onętki, a to szukam w trawie zagubionych siewek rudbekii, a to podlewam bratki i pelargonie w doniczkach…

Wciąż jest coś do zrobienia, do ocalenia, do ulepszenia. Nawet jeśli jest to praca tak mała, że zauważają ją tylko mrówki nieodłącznie mi towarzyszące.
I Ktoś jeszcze widzi. Czuję Jego wzrok przenikający.
Ten, Który nie przeoczy niczego. Nawet mego drgnienia powiek, cóż dopiero nadgarsków poparzonych pokrzywą i podrapanych dłoni. Wszystko policzy, doda, doceni.

Staram się naśladować Jego uważność, być spostrzegawcza. Docenić wysiłek hiacynta, który nieopatrznie przygnieciony kamieniem, jednak – klucząc ku światłu – wydostał się i zakwitł. Odepchnąć kamień, uratować kwiat, podeprzeć krzywą łodyżkę.
Podziękować za kolory tulipanów, które widziane pod słońce, przepuszczają światło jak witraże. Za pomponiastość stokrotek, za kępki szczypioru, które wyrosły w najmniej spodziewanym miejscu, za wędrujące fiołki, staruszki jabłonie obsypane pączkami rumianymi jak policzki młodych dziewcząt, kobierce szmaragdowej trawy przetykane słońcami mleczy…

Moje popołudnia są splecione jak wianek z prac małych i wielkiej modlitwy uwielbienia i nie sposób powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.

Najpiękniejsza kompozycja florystyczna.

 

Masza i niedźwiedź

Zwołujemy się do wieczornej modlitwy. Zawsze o 21:00.
Jedni już klęczą, inni jeszcze idą.
Zbliża się szuranie nogami po chodniczku w przepokoju.
– Idę, idę!!! – zapewnia zbliżający się.
– Ty tato tak ciągniesz nogami po podłodze, że od razu wiadomo, że to ty idziesz – kwituje Lalcia po wejściu do sypialni taty niedźwiedzia.
Wszyscy wybuchamy śmiechem.


Zaiste niepoważne to tuż przed modlitwą;)

 

cisza popołudnia

 

W godzinie miłosierdzia odmawiamy wspólnie koronkę prosząc o pokój na Ukrainie.
Potem siadam w środku naszego sadu, w środku słonecznej polany poprzecinanej jak chłodnymi żyłami długimi cieniami gałęzi i drzew. Nagrzana deska ławeczki, miejsce po ognisku, czarne węgle na tle szmaragdowej już trawy. Ptasi śpiew otula mnie zewsząd, delikatny oddech wiatru przynoszący fale zapachu kwitnącej dzikiej śliwki , dreptanie mrówek pod nogami, a ponad tym wszystkim mruczenie szybowca.

Potrzebuję takich chwil, takich godzin, dni, lat, takiej wieczności.
Zauważyłam, że coraz bardziej potrzebuję ciszy i na coraz dłużej. Że mogę się w niej taplać z rokoszą godzinami jak dziecko zostawione w letnim strumieniu. Bez znudzenia, bez potrzeby wyjścia na brzeg, bez tęsknoty za ludzkimi głosami, bez żalu, że coś tracę.

Może tak dojrzewamy do innego świata.
Odcinamy kolejne cumy trzymające nas przy tym brzegu, coraz bardziej pewni, że tak trzeba, coraz bardziej wolni, gotowi, nasłuchujący. Aż pewnego dnia…

Czuję to.
Coraz bardziej naglący głos, który wzywa.
Nie opieram się mu.
W środku ciszy słyszę to wołanie tak wyraźnie.

A potem przychodzi mąż. Szukał mnie.
– Tu byłoby dobre miejsce na dom – pokazuję mu polankę.
Potem przynoszę kiełbasę, chleb, chrzan, jabłka, wino, bo widok ogniska – nawet wygasłego – przywodzi myśl o biesiadzie.
Za mną przychodzą córki, jedna z książką i kawałkami pizzy, druga dzwoni kostkami lodu w mrożonej herbatce.
I tak cisza i bycie samemu przemienia się w śmiech i kolację w sadzie.

Słońce opada coraz niżej, ptaki zmieniają repertuar na bardziej wieczorny. Czerwone wino odbija się refleksami na mojej dłoni, światło słoneczne rozszczepia się na rzęsach.

Żyję już popołudniem.

 

 

 

moc modlitwy

Św. Faustyna i Jezus, dnia 16 grudnia 1936 roku.

” Dzisiejszy dzień ofiarowałam za Rosję, wszystkie cierpienia swoje i modlitwy ofiarowałam za ten biedny kraj.
Po Komunii świętej powiedział mi Jezus:
Dłużej tego kraju znosić nie mogę, nie krępuj Mi rąk, córko Moja.
Zrozumiałam: gdyby nie modlitwa dusz miłych Bogu, to by już ten cały naród obrócił w nicość. O, jak cierpię nad tym narodem, który wygnał z granic swoich Boga.”
(Dzienniczek, 818)