– Mamuś, jakie mogę wziąć kwiatki do wazonu? – pyta córka studentka spakowana już prawie do wyjazdu.
– Tulipany już przekwitają, zresztą nie dojadą ci bez wody – rozważam – Chodź, zobaczymy – mówię, biorąc nożyczki – Coś znajdziemy.
I znajdujemy: gałązki tawuły szarej tak obsypane kwieciem, że wyglądają jak w okiściach śniegu. Samo piękno.
– Tylko nie stawiaj blisko łóżka, bo za mocno pachną – ostrzegam.
– Nie, nie – śmieje się ona – Zawsze stawiam bukiet na stole w kuchni, bo to tak miło jeść, gdy są kwiaty. W szklanym wazonie – dodaje.
A ja myślę: skąd ona to ma? Kwiaty, szklane wazony, kuchenny stół…

* * *
Wszystkie córki szykują się do kościoła. Myszkują po garderobach, moja szafa też otwarta na oścież wszystkim pokazuje swe barwne trzewia. Trwają głośnie konsultacje, jedna drugiej pomaga przy zapięciu guzików, haftek, pasków, wymieniają się sweterkami, żakiecikami, dobierają kolczyki. Potem schodzą z góry, wszystkie jak wiosenne kwiaty, w kolorowych kobiecych sukienkach. Tata rozpływa się w zachwytach nad urodą swych córek.
– Mają to po tobie – szepcze – te kolory, sukienki.
* * *
Schodzi zaspana Nusia.
– Co robiłaś w nocy? – pytam groźnie.
– Czytałam ” Błękitny zamek” – mruczy.
– Który już raz? – śmieje się Ala.
– Nie wiem. Nie liczę – odpowiada przesłuchiwana – To akurat książka na jedną noc.
– Ja chyba znów przeczytam ” Pamiętniki Wacławy” – postanawia najstarsza.
Moje sczytate czytadła w rękach moich córek.
* * *
Mężulek wraz z synem ustawiają ławy pod budowę warsztatu. Pochłonięci obliczeniami, zaaferowani, szczęśliwi.
Gdy ktoś nas pyta dlaczego Adaś wybrał budownictwo, zaczynamy się śmiać.
– Przecież razem z tatą przez wiele lat budował i wykańczał nasz dom, od dziecka na budowie.
Fakt, myślał jeszcze o meblarstwie, bo meble też z tatą robi, ale na studiach budowlanych mógł się jeszcze czegoś douczyć, bo o meblach wie już prawie wszystko:)
– Ale najbardziej lubię zapach metalu – mówi.
– Fuj – krzywią się siostry.
Wypisz, wymaluj mój Michał.
* * *
Gdy patrzę na moje dzieci, widzę jak oboje z mężem przelaliśmy się w ich życia.

Więcej zostawimy po sobie niż nam się zdaje. Nie tylko parę ubrań, okulary, stosik książek sczytanych, narzędzia …
Ślad, jaki zostanie po nas będzie dużo bardziej trwały niż dom, który zbudowaliśmy, drzewa zasadzone, uzbierane przedmioty.
Przerastamy nasze życia jak korzenie, które nie mieszcząc się w doniczce, każdą szparą wychodzą poza nią i wrastają w inne podłoża. Jakby naczynia naszych żyć tu na ziemi były zbyt małe, by nas pomieścić, niezdolne utrzymać bogactwa, którym jest każdy z nas.
Dzbany rozsadzone od wewnątrz naporem łask i darów , sączące się cysterny ściekające strumykami w inne życia. Nadhojność, nadprzesyt, nadrastanie bycia.
* * *
Skoro my, tacy maleńcy tak mamy, to o ileż bardziej On.
Bóg nie mógł nie-stworzyć świata, i nie mógł go stworzyć mniej pięknym, czy uboższym. Musiał , po prostu musiał wylać siebie w swej przebogatej naturze, rozlać poza siebie miłość, piękno, dobro, prawdę.
Bo nie można powstrzymać wód wezbranych. Nie ma takich tam, które zatrzymałyby ocean cały.

Nikt nie powstrzyma Boga, Który chce się wylać.