spotkanie

Taki ranek, gdy jestem zupełnie sama w domu.
Mąż w pracy( dziś daleko), dzieci w szkole, zegar tyka kojąco przesypując czas, kawa pachnie ( dziś piję ją sama), zgrzytają fusy w ustach, kot drapie w coś pazurkami za uchylonym oknem.
Jest słońce i mróz, ten piękny czas pomiędzy zimą a wiosną. Jeszcze tu i tam drobiny śniegu strąca wiatr z gałęzi, ale tulipany już wydostały zielone ramiona spod ziemi, kotki bazi powłaziły na wierzbę.
Wiewiórka wije gniazdko w zielonej budce. Na sośnie została już tylko jedna. Ta druga budka spadła od zbyt intensywnego wicia gniazda przez szalonego rudzielca.
W powietrzu na zmianę słychać śmiech dzięcioła i szum samolotów wojskowych.
– Znowu te Wiatrowe Duchy – powiedziała wczoraj Laurka – Całą noc latają.
– Ładna nazwa – pomyślałam – chyba tak teraz będę nazywać loty myśliwców nad nami.
Światło odbija się w szybie auta, za autem kalina wciąż obsypana obficie koralami. Gdzieś daleko słychać klekot traktora, pierwsze polowe prace się zaczęły.

Obiad już gotowy, drewno przyniosłam, w piecu napalone, poskładane pranie, pozmywane naczynia, śniadanie, kawa, różaniec.
Zaraz wsiądę do samochodu, odwiedzę mamę, potem ze szkoły odbiorę Laurkę.

Ale jeszcze nie teraz.
Jeszcze sobie tak posiedzę sama.
Lubię takie chwile.
Wtedy bardziej intensywnie czuję Jego obecność. Dotkliwie.

Niektórzy mówią, że Boga najbardziej dostrzegają w górach.
Ja nie potrzebuję gór.
Nawet niespecjalnie za nimi przepadam. Dziecko zielonych nizin.

Górą spotkania jest dla mnie taka chwila, gdy jestem sama.
Zupełnie i pozornie sama.

zdumienie wielkopostne

Otwieram moje Pismo Święte.

Mała, wyświechtana już przez lata książeczka, którą otrzymałam w prezencie od kapucyna o. Prudencjusza jako licealistka.

Towarzyszyło mi potem całe moje życie: w domu, na studiach, w podróżach, w pracy, w plecaku, torbie, kieszeni. Jest tylko dwa lata młodsze ode mnie. Pełne podkreśleń, śladów łez i potu na cienkich kartkach. Zasuszone między nimi kwiaty już dawno wypadły, ale jest obrazek Jezusa na krzyżu, do którego tuliłam czoło i twarz w czasach zupełnej ciemności.

Obrazek tak samo zniszczony jak mała Biblia. Zmięty moim życiem, moimi dłońmi szukającymi oparcia, moimi oczami, gdy wypatrywały iskry nadziei…

*  *  *
Dziś – zmęczona kolejną ciemnością – otwieram niebieskie okładki i mój wzrok pada na słowa:

„Patrz – świat poszedł za Nim.”

Pełne zdumienia i zrozumienia własnej porażki słowa faryzeuszy, patrzących na tryumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy.

Tak, świat pójdzie za Tobą Jezu.
Jeszcze trochę.

Nie martw się Miły.

Jeszcze parę mil ciemności nad przepaściami. Jeszcze parę krzyży przerzuconych jak mosty nad rwącymi rzekami zdarzeń. Jeszcze kilka zakrętów ostrych jak noże.
Jasne snopy nowych świętych, żniwo wielkie, tuż przy Twojej ścieżce dojrzewa szybko.

– Patrz, świat poszedł za Nim. – powiedzą znów zdumieni – Poszedł, choć Jego droga to droga krzyża, usłana cierniami.

 

 

tchnienie Ducha

 

Wśród wielu relacji z wojny usłyszałam dziś głos pewnego polskiego zakonnika, który wraz ze swymi współbraćmi został tam, w morzu wojny, w środku obracanej w pył ukraińskiej ziemi. Żaden z nich nie ma pewności czy i oni wraz z tą ziemią nie obrócą się w proch.
Powiedział jednak, że w tym całym dramacie, potwornym krzyżu i cierpieniu widzą jak Duch Święty potężnie działa wśród ludzi. Że czują niemal namacalnie Jego potężne tchnienie w narodzie ukraińskim, który nie tylko walczy ofiarnie o wolność, ale też upada na kolana, modli się i nawraca.

” Niech zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię.
Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!” – słyszę w sercu dudniący krzyk Jana Pawła II.

Moje serce truchleje, gdy myślę o tym, co dzieje się na tamtej ziemi, lecz gdzieś bardzo głęboko na jego dnie tli się ta prawda, że krzyż, zwłaszcza tak wielki, będzie zbawczy dla wielu. Dla setek, tysięcy, może milionów ludzi, którzy na powrót staną się ludźmi. I ocaleją na wieki.

I widać to już także w naszym narodzie. Chrystus, który jak silny korzeń przerósł na wskroś polską ziemię, wypuszcza zielone pędy i ujawnia się światu Jego świętość, dobroć i miłość w zwyczajnych czynach i słowach zwyczajnych ludzi.

Pomóc komuś w potrzebie, otrzeć łzy dziecku, opatulić zziębniętego kocem, dać nocleg, pościć i modlić się o pokój dla braci, kupić czego potrzebują, towarzyszyć w smutku…
Czyż nie o tym mówi dzisiejsza Ewangelia? Jestem głodny… jestem przybyszem, jestem nagi… jestem smutny… – szepcze dziś Jezus.

My widzimy tylko wojnę.

Takie są nasze ludzkie oczy. Malutkie i niewiele widzące jak oczy kreta, bo większość naszych dni spędziliśmy w mroku.
Ale Duch unosi się nad tym wszystkim, nad chaosem, śmiercią, ruiną, do której doprowadziliśmy świat.

Nie zostawił nas, nie porzucił. Działa z ogromną mocą i wieje kędy chce. I odnowi ziemię. Odnawia nasze serca, umysły, narody, rodziny, sumienia, wszystko.

Może my nie doczekamy nowej ziemi, bo „z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy”. Kapłan wszak przypomniał nam to kilka dni temu. Lecz jeśli na tym prochu, w który się rozsypiemy, zakwitną kiedyś ogrody, to warto.

Przyszłe pokolenia zatańczą wśród kwiatów.

Ci, którzy Panu ufają są jak góra Syjon, co się nigdy nie porusza, lecz trwa na zawsze.

( Psalm 125)

 

przyszłość

 

Dziś wiersz Alicji, pełen nadziei.

 

Jeszcze będą ogrody…

Jeszcze będą ogrody z przepychem magnolii,

i z bogactwem czereśni, dla kosów i dzieci.

I hulajnogi, hamaki, dla tych przybyszy z daleka,

których dziadkowie taszczą teraz pieluchy i wózki.

I będzie szelest stronic, bulgotanie zupy,

i śpiew, i śmiech, i szepty. Wszystkie dzienne sprawy.

I będą sny spokojne.

Będzie jeszcze świat.