autka

 

Modlę się za Putina.
Od kiedy zaczęły się te niebezpieczne manwery wojsk wokół ukraińskiej granicy. I wcześniej jeszcze – za każdym razem, gdy gdzieś zobaczyłam jego wykrzywioną grymasem pychy i nienawiści twarz, usłyszałam któreś jego pełne buty i cynizmu słowo.
Ostatnio tyle razy usłyszałam te słowa od różnych osób:

„Modlę się za Putina. To biedny człowiek”.

Tak, może najbiedniejszy z nas wszystkich.
I myślę: jak głęboko Chrystus puścił korzenie w nasze serca, że w obliczu tego, co widzą i doświadczają, potrafią patrzeć dalej, głębiej i wzruszyć się nędzą człowieka, któremu pół świata życzy już tylko śmierci.

*  *  *
Przypomina mi się film nagrany z ukrycia, który pokazywał największą twierdzę Putina, prawie państwo w państwie, strzeżone jak źrenica oka, z bunkrami i wszystkimi zbytkami światowymi, lotniskiem, garażami na setki aut, wojskiem. A wśród wielu pokoi, salonów, sal kinowych, piwnic wypełnioych winem, sal bilardowych, sypialni, pływalni, pośród całego tego zbytku, jeden pokój wypełniony tylko przeszklonymi regałami, na których rządkiem stały małe modele autek. Prawie takich samych, jakie zbierali moi bracia czy synek w dzieciństwie.
– Mały pogubiony chłopiec – pomyślałam wtedy.


Gdzie i kiedy się zgubił?, czy ktoś kiedyś go szukał?, dlaczego nie mógł znaleźć drogi?, co spętało mu nogi, myśli, serce, że dziś…?
Idzie prosto ku przepaści na oczach całego świata, a nikt go nie woła, nikt nie mówi: uważaj!


Nikt poza Nim.
To On, wrośnięty jak korzeń w nasze serca, prosi: ” Módlcie się, to mój syn. Mały syn, który się zgubił. Już tak długo go szukam”.


 

drzewo krzyża

 

Pisałam tu kiedyś o naszym własnym krzyżu, o chorobie nowotworowej mojego męża, o tym jak nagle spadł na nas parę lat temu w Środę Popielcową. Dziś jest rocznica dnia, gdy krzyż został wyłożony nam na ramiona. Piąta rocznica.
Wciąż go niesiemy, bo rak nie odpuszcza tak szybko. I rok temu – gdy pojawił się przerzut na płucach – krzyż znowu rozerwał nasze rany.

Dziś czekamy, za kilkanaście dni kolejna tomografia. Zawsze, gdy odbieramy jej wyniki, stajemy jak przed trybunałem, czekając na wyrok. I powtarza się w naszym życiu pierwsza stacja drogi krzyżowej. Co kilka miesięcy. Struchlały człowiek przed Piłatem.

Pisałam Wam o tym krzyżu i wielu innych w naszym życiu. O zadziwiających Wielkich Postach, które dla naszej rodziny niemal co roku przynoszą nowy krzyż i równie zdumiewających Wielkanocach, gdy zmartwychwstajemy razem z Jezusem, wychodzimy z grobu i żyjemy dalej. Jak On.


Wiele razy zadawałam sobie pytanie: dlaczego Bóg dopuszcza na nas krzyż?
Wiele razy Jemu to pytanie zadawałam, leżąc bez sił przygnieciona cierpieniem.
A On zamiast odpowiedzi pokazywał mi owoce zrodzone na tym krzyżu. Niesamowite owoce: nawrócenia, pojednanie ludzi, solidarność między tymi, którzy dotąd walczyli, przemianę myślenia, skruszenie betonów niezgody, bezinteresowne odruchy pomocy, problemy które same się rozwiązywały, sprawy, które same się załatwiały, prostowanie dróg, przemianę serca, odnowianie relacji… Mogłabym tak długo wymieniać.


Zrozumieliśmy wtedy, że krzyż jest najpłodniejszym drzewem świata. Nie jabłoń, nie grusza i nie śliwa, lecz krzyż przeżywany z Bogiem.

*  *  *

Dziś żyjemy w cieniu innego krzyża – wojny na Ukrainie. Dla mnie osobiście jest on bardzo ciężki. I znowu – jak zawsze – pytam dlaczego.

* * *
Parę miesięcy temu namalowałam obraz. Nadałam mu tytuł: Chrystus ukrzyżowany na ciemności świata.
Czasem tak właśnie jest, robimy rzeczy nie rozumiejąc dlaczego. Malując to rozciągnięte pośrodku czerni białe Ciało, robiłam to pod wpływem impulsu. Jakbym była tylko biernym narzędziem.
Ale to obraz pełen nadziei, bo w morzu ciemności błyszczą niezliczone mniejsze i większe światła, a serce Umierającego rozlewa złoty blask na zniszczoną, kamienistą, obumarłą ziemię.



– Wiesz ile dobra się dzieje z powodu tej wojny? – powiedział mi dziś rano przy stole mąż – Śmieją się nawet, że Putin jest geniuszem, bo sprawił, że w ciągu sześciu dni wydarzyły się rzeczy, które dotąd wydawały się niemożliwe.


I zaczynamy oboje wymieniać to wszystko, a oczy coraz bardziej się nam otwierają i widzimy… jasne światła w morzu ciemności.


Obudzenie sumień państw zachodu, olbrzymia solidarność w działaniu, zażegnanie wszystkich innych sporów, swoista „wiosna ludów” w której zwykli obywatele zrozumieli, że mogą wpływać na to, co robią ich rządy, odsłonięcie wielkich pokładów zwykłej ludzkiej przyzwoitości i dobroci, przebaczenie polsko – ukraińskie, przywołanie do porządku skorumpowanych organizacji, zatrzymanie nord steam, uniezależnienie energetyczne Europy, wniosek Ukrainy o przyjęcie do Unii Europejskiej, to, że wyśmiewany dotąd i pogardzany prezydent Żełeński stał się bohaterem narodowym, rodzenie się na naszych oczach świadmości narodowej Ukrainy, powstają ich narodowe legendy, symbole, bohaterowie, pieśni, miejsca pamięci, o których będą się z dumą uczyć ich wnuki i prawnuki.
Bo tak właśnie jest – naród zawsze rodzi się w bólach. Jak każdy z nas urodził się z bólu swej matki. Każdy z nas jest przecież owocem krzyża.
Może też – tak bardzo tego pragnę – obudzi się ten biedny, okłamywany od dziesięcioleci naród rosyjski. Piękny olbrzym, który został uśpiony i zniewolony tym snem.

I znowu – możnaby tak wymieniać bez końca owoce, jakie dojrzewają na krzyżu wojny ukraińskiej.
Niestety żniwo śmierci i zniszczeń jest wielkie, więc musimy walczyć wszyscy.
Każdy tak jak potrafi. I tak się dzieje.
Ci, którzy umieją gotować – gotują, ci co umieją hakować – hakują, tłumacze – tłumaczą, kupujący – bojkotują, sportowcy – odmawiają udziału w zawodach, ci, którzy umieją śpiewać – śpiewają, poeci – piszą, reporterzy – relacjonują, wierzący – modlą się i poszczą, dyplomaci – negocjują, kierowcy – przewożą, dzieci – zbierają słodycze, księża – odprawiają msze, matki – tłumaczą swoim dzieciom czym jest ojczyzna i wolność, mężczyźni stają się mężczyznami, długie kolejki płyną do konfesjonałów…

Niemen śpiewał : ” Bo ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim.”




Dziś te słowa brzmią jak prorocze.
Krzyż Ukrainy obudził wszystkich nas.
Wstrząsnął światem.
Zapytał: dokąd idziecie?

Zatrzymał na skraju przepaści.
Jak 2 tysiące lat temu krzyż Chrustusa.

Zaczyna się Wielki Post. Może najważniejszy w naszym życiu.


 

światło zza kurtyny

 

Gdy ciemność cię zaskoczy, przez chwilę tracisz oddech, ślepniesz. Jakby ktoś znienacka zarzucił czarny koc na twoją głowę. Przeżyłam to już tyle razy w ciągu ostatnich lat. To moment podobny do śmierci. Łudząco podobny, bo myślisz wtedy, że już nigdy… nigdy…
Lecz potem…


Zaczynasz widzieć mimo to, słyszeć przez zasłonę. Jak nigdy dotąd nie widzialeś i nie słyszałeś.
Twoje serce wali jak szalone.

*  *  *
Moje serce zamarło na chwilę tamtego dnia.
Lecz już się obudziło, otrząsnęło jak pies, który wpadł do rzeki. I teraz wielki pokój zalał je potężną, niezrozumiałą po ludzku falą nadziei.
„Bo światło w ciemności świeci i ciemność go nie ogarnęła”.

Wiem to napewno.
Nie tylko oni – Ukraińcy zwyciężą tę noc.
Zwyciężymy my wszyscy, którzy wierzymy w światło, którzy dla Niego poświęciliśmy swoje życie, którzy dla Niego pracujemy dzień po dniu.



Może nie mamy broni, samolotów, dział, rakiet i bomb, lecz co dzień wstając z podniesionym czołem, dajemy świadectwo.
Mogę uratować świat tym, że dziś pozmywałam podłogi, wytarłam kurze z ram obrazu Miłosiernego, podlałam kwiaty, zrobiłam pranie, z dziewczynkami pizzę na obiad. Pomagam zwyciężyć zło szorując zapamiętale sedes i umywalkę, niosąc drewno do pieca, krojąc cebulę do zupy. Moja Ala opiekuje się dziś chorą mamą Julki i tak przyczynia się do zwycięstwa światła nad ciemnością. Namaluję kolejny obrazek, ktoś napisze następny wiersz, ktoś inny – sms pełen życzliwości. Kupię koce na zbiórkę dla uchodźców, uporządkuję ogródek pod kuchennym oknem. Tyle mogę zrobić. Tak dużo maleńkich rzeczy, które jak kropla dzień po dniu zmieniają skałę.

 


Każdym najdrobniejszym gestem piękna, dobra i prawdy naprawiam świat i przybliżam ten moment, gdy…

… nagle kurtyna ciemności opadnie raz na zawsze i odsłoni Jego pełen miłości plan.
A zamysły jakie ma co do nas są pełne pokoju, a nie zguby.

Odmawiam codziennie różaniec modląc się o pokój.
Przyjdź królewstwo Twoje…
Przyjdź królestwo Twoje…
Ty sam przyjdź umiłowany.
Biegnij…



I wiem, że jest blisko. Ziemia drży od kroków Jego stóp.


Ciemna kurtyna za chwilę spadnie.
Blask przeszyje na wskroś nasze oczy i serca.

 

 

 

# znaczek 74

Dziś rano obudziłam się jakby w nowym świecie.

– Rosja zaatakowała Ukrainę – szepnął mi ze smutkiem mąż, gdy otwarłam oczy – Dziś w nocy.

Ogłuszona tym, trochę po omacku poznaję nową rzeczywistość.

Zanim podniosłam głowę z poduszki, dostałam sms od Amelii: „jakby co, przyjeźdźcie do nas”.

Wstałam i napisałam do przyjaciela z Ukrainy: Pamiętajcie, nasz dom stoi przed wami otwarty.

Jest księdzem greko – katolickim, ma żonę i troje małych dzieci.

– Dziękujemy wam. Módlcie się za nas – odpisał.

Modlę się. Od paru tygodni codziennie cały różaniec o pokój.

Samoloty huczą nad głowami. Tu, gdzie mieszkamy zawsze huczały, lecz teraz ten dźwięk wydaje się bardziej złowrogi.

– Mimo wszystko dobrych urodzin Ci życzę – odpisuję Amelii. Tak, ma dziś urodziny.

Za oknem prawie wiosna, słońce, ptaki, trawa jakby zieleńsza.

Proza, piękno i groza wymieszały się w tym jednym dniu.

„Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze” –  przypomina mi się nagle cytat z Sartra.

– Zobacz mamo – mówi Ala i podsuwa mi obrazek z Internetu.

Jezus do Alicji Lenczewskiej.

 

Tak, te są nasze. Widocznie to nie przypadek, że urodziliśmy się właśnie w takich. Widocznie mamy dość siły i mądrości, by ten czas przeżyć godnie.

Widocznie Ktoś nam zaufał, że nie zmarnujemy żadnego okruszka danego nam czasu, nawet gdyby był twardy jak suchy chleb.

Jutro podejmuję post o chlebie i wodzie za Ukrainę.

Może chcecie się do mnie przyłączyć?

Modlitwa i post to jedyna broń, jaką mamy.

 

 

 

 

 

czwarta róża

 

Udało się!!!
Dzięki łasce z nieba i opiece Maryi w ciągu zaledwie dwóch tygodni powstały 3 róże różańcowe żon modlących się za mężów.
Wczoraj wysłałyśmy na maile rozpiskę dla trzeciej róży. Okazało się, że niemal połowa składu tej róży to Anie. Uznałyśmy to za wyraźny sygnał z nieba, że święta Anna pragnie opiekować się trzecią różą. A skoro Anna, to i Joachim – oboje rodzice Maryi.

I tak oto mamy różę pierwszą: św. Józefa i Wenantego 🌹, różę drugą: św. Antoniego i św. Rity 🌹 oraz różę trzecią🌹.

Ogromnie się cieszymy, bo to znaczy, że 60 mężów i całych rodzin będzie obdarowanych wielkimi łaskami.

Teraz powstaje róża dla mężów modlących się za żony. Mamy już 5 panów.


Jeśli więc macie wśród swoich znajomych, kolegów z pracy, przyjaciół czy krewnych mężów, którzy chcieliby modlić się w ten sposób, napiszcie.
A może Wasi mężowie? Żeby łaska płynęła w obie strony❤️

To byłby chyba najlepszy prezent z okazji Dnia Kobiet.

Jest 15 wolnych miejsc.

 

 

 

# znaczek 73

 

„Jesteśmy w sytuacji małego dziecka wchodzącego do olbrzymiej biblioteki wypełnionej książkami w wielu językach. Dziecko wie, iż ktoś musiał napisać te książki. Ale nie wie jak. Nie rozumie ono języków, w których książki te zostały napisane. Dziecko niewyraźnie dostrzega tajemniczy porządek w układzie ksiąg, ale nie wie co to jest. Taki, wydaje mi się, jest stosunek nawet najbardziej inteligentnej istoty ludzkiej do Boga.”

                                                    Einstein

 

 

służyć Pięknemu

Oglądałam ostatnio piękny, inspirujący film, tak inkrustowany pięknymi pejzażami i mądrymi słowami, że można go uznać za duchową ucztę.
Spokojny, wyciszony, toczy się powoli i nie zmierza do żadnego ostatecznego celu ani kluczowej konkluzji. Wszystko dzieje się w trakcie, odsłania powoli, pobudza do myślenia o życiu, miłości, śmierci, o poczuciu winy, o pięknie.

A film ” Barwy wspomnień” jest tak naprawdę o malarstwie, o spotkaniu młodego chłopaka, który pragnie malować i starego rosyjskiego malarza Nikolai, który od życia nie oczekuje już nic poza śmiercią.
Nie opowiem wam całego, bo bogactwo tego obrazu jest tak wielkie, że trzeba by ogromnego płótna czasu, by wyrazić choć odrobinę.
Napiszę wam tylko o jednej scenie.

Stary Nikolai, gdy dowiaduje się o pasji chłopca i jego chęci malowania pyta:
– Wierzysz w Boga?
– Tak – odpowiada chlopak.
– A modlisz się codziennie do Niego?
– Tak.
– I wierzysz, że cię wysłuchuje?
– Tak, wierzę.
Wtedy Nikolai mówi:
– Prawdziwy malarz nie może być ateistą. Musi wierzyć i czuć, że jest nad nim siła wyższa.

Zatkało mnie.
Tak.
Prawda ma to do siebie, że zamurowuje cię, gdy ją usłyszysz. Bo nie ma już nic do dopowiedzenia. Jest tylko prawda. Jej powalający na ziemię splendor. Veritatis splendor.

*  *  *

Kiedy myślę o tym dlaczego zaczęłam malować, zaczynam dostrzegać, że to była długa droga sięgająca wielu, bardzo wielu lat wstecz zanim pierwszy raz wzięłam pędzel i zasiadłam przed płótnem.
A wszystko zaczęło się od zachwytu pięknem świata i od wiary w Tego, Który to piękno stworzył.

I od wdzięczności tak rozsadzającej serce, że szczelinami zaczęła sączyć się na zewnątrz. Najpierw w słowach pisanych, a potem – gdy to już było niewystarczające – w malowaniu.

Czy wdzięczność poprowadzi mnie jeszcze dalej? Nie wiem. Sama jestem ciekawa:)

Lecz – zarówno wtedy,  gdy używam słów i gdy korzystam z farb, by oddać piękno, które dostrzegam, dochodzę do pewnej granicy. Na poły z żalem, na poły z pokorą widzę, że to co opisuję czy maluję to tylko blady cień prawdziwego piękna. Że moje kwiaty to tylko odbicie rozmazane w tafli wody wobec uroku kwiatów prawdziwych. Że moje drzewa to tylko duchy drzew prawdziwych.  Moje maki nie mają płatków falujących na wietrze, a liście drzew nie igrają w słońcu jak srebrne blaszki.

Bo żadne słowa i żadne pociągnięcie pędzlem nie oddaje w pełni tego, co jest. Można się tylko zbliżać, zbliżać na paluszkach… lecz nigdy nie będziesz u celu. Twoje obrazy ani te malowane pędzlem, ani te rysowane słowem nigdy nie utożsamią się z Pięknem.

Bo jest Piękno w najczystszej postaci.

I wtedy wpadam w jeszcze większy zachwyt wobec tego, Który Jest i wszystko powołał do bytu. Ja – drobina, która próbuje uchwycić w dłonie promienie słońca.
Tak, miał rację Nikolai: malarstwo musi wyrastać z wiary i prowadzić do niej.

Malarstwo to rodzaj modlitwy, kontemplacji. Podobnie jak poezja, operowanie pięknym słowem.
A wszystko to rejony Boga.

Czytałam ostatnio o van Goghu.
Moja Hanusia poprosiła, bym namalowała dla niej obraz podobny do „Kwitnącego migdałowca” i zaintrygowało mnie, że Vincent namalował ten obraz dla swego nowonarodzonego bratanka, do jego pokoju dziecinnego, nad łóżeczko.

Zaczęłam szperać w internecie, bo jedyne co dotąd wiedziałam o malarzu to, że był wariatem, który obciął sobie ucho:) Ale przecież wariat nie maluje poruszony narodzeniem dziecka.
Jak niesprawiedliwy sąd.
Bo dla Vincenta wiara i rodzina były więcej warte niż talent i malowanie. Kiedy się wchodzi w głąb jego życia, wyłania się obraz bardzo wrażliwego człowieka, który kochał Boga, opowiadal o Nim innym, żył bardzo skromnie i cierpiał, bo czuł się samotny. Tak, był chory, ale umiał niesamowicie kochać ludzi i Boga. I malował, choć niewielu ceniło to, co robił.

Dopiero po śmierci Andego Warhola dowiedziano się, że codziennie rano uczestniczył we mszy, klęcząc przez cały czas jej trwania tuż przed ołtarzem, z oddaniem zajmował się bezdomnymi, a w swej sypialni miał na ścianach obrazy religijne i duży krucyfiks. Był tak blisko Boga, a jedyne co o nim mówiono to, że był szalonym ekscentrykiem.

„Prawdziwe dzieło sztuki nie jest niczym innym, jak cieniem Boskiej perfekcji”. – powiedział Michał Anioł.

„Kiedy oceniam sztukę, biorę mój obraz i kładę obok czegoś stworzonego przez Boga, drzewa lub kwiatu. Jeśli nie współgrają, to nie jest sztuka.” – wyznał Paul Cezanne.

Można by tak wymieniać bez końca tych, którzy pracowali z pięknem i dali się mu pociągnąć aż pod stopy Boga. Poetów, malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, kompozytorów…

A na koniec niespodzianka…

Wiersz o Vincencie Van Goghu, który kiedyś napisała Alicja ( nie, nie moja córka, lecz Alicja, która tu z nami rozmawia o Narnii i Tolkienie:).
Posłuchajcie jak pięknie opisuje tego wrażliwca i przyjaciela Boga.

Ogień

Jesteś dyskretny. Nic mi nie wyjawisz

o Twoim nieco szalonym przyjacielu Vincencie.

Zostają domysły. (Można je też nazwać

urojeniami wyobraźni).

Gdy w nocy malował

w okolonym świeczkami kapeluszu,

czuł, jak palący deszcz

skapuje mu na policzki.

Gwiazdy wirowały. Niebo drżało.

Szaleństwo było w człowieku czy w kosmosie – cóż to za różnica.

Czasem chwytał Twój oddech.

Czułość lub gniew

przelewał w rozżarzone barwy.

Uprzejmie udawałeś, że dajesz się złowić.

Ku radości jego i Twojej.

Może kiedyś pociągnie mnie Vincent

w złote pola, w ścierniska, w gaje migdałowe.

Poszukajmy mojego nieco szalonego przyjaciela Boga.

Ukrył się i marzy, abym Go odnalazł.

Pobiegniemy, znajdziemy

miłość przedniejsza od wina.

Ty i Vincent i ja

staniemy się jednym ogniem.