różany zapach

 

Cały pokój wypełniony jest różanym aromatem. Aż po brzegi. Zapach wylewa się na korytarz i wędruje z sypialni w głąb domu.
To różowa świeca, którą zawsze podczas modlitwy zapalam przed figurką Maryi. Tą samą figurą, którą trzy lata temu moja mama przywiozła nam z Jasnej Góry. Jest na tyle duża, że w autokarze w drodze powrotnej jechała przypięta pasami na fotelu żeby się nie rozbiła przy nagłym hamowaniu 🙂 Moja mama miewa niesamowite pomysły;)
Teraz Maryja stoi na białym parapecie okna, zwrócona tak, że zawsze gdy czytam, modlę się, zasypiam jesteśmy twarzą w twarz.



* * *
I oto ona patrzy, a ja klepię w czarne klawisze laptopa, przepisując własne koślawe notatki z notesu o złoconych brzegach kartek.
Piszę od nowa „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP”. Ta myśl przyszła nagle w listopadzie zeszłego roku. Jeszcze się broniłam, bo…
– Nie znam francuskiego, a chyba nie jest praktykowane liftingowanie przekładów jak się uwspółcześnia rysy samochodów.
– To nie ma znaczenia – szepnęło coś w głowie – Poproś św. Ludwika o pomoc i pisz.

Więc otworzyłam traktat, który tak mnie urzekł w 2014 roku. Od tamtego czasu zaczęła się jakby nowa epoka w moim życiu.
Wtedy też był listopad. Pamiętam. Wyszłam z księgarni i stałam na środku chodnika wypełnionego ulicznym gwarem, spijając każde słowo z łapczywością człowieka umierającego na pustyni, który odnalazł zdrój wody. Jeśli w moim życiu zdarzały się objawienia, to było jedno z nich.



Pewnego dnia, zanim umarła, Ewa powiedziała:
– Rut, to trzeba napisać od nowa, to jest piękne, ale ludzi odstrasza ten język. Powinnaś to napisać od nowa.
– Ja? – zdumiałam się.

Potem o tym zapomniałam. O tych jej słowach.
Ale nasze zapomnienia są równie zawodne jak nasza pamięć. Słowa i obrazy wracają jak flesze z przeszłości w ułamku sekundy, we śnie, na jawie. Niezapraszane.
Słowa Ewy wróciły.

Więc piszę.
Czy podołam? Nie wiem.
I po co? Też nie wiem.
Wiem, że muszę to napisać.
Są wezwania, o których wiesz tylko, że jesteś wybrany, by je podjąć. I nic więcej. Na żadne twoje pytanie nie uzyskasz odpowiedzi.
Bo nie jesteś na nią gotowy?
Bo jest ci niepotrzebna?
Bo i tak nie zrozumiesz?
Bo glina nie pyta o nic garncarza?


Różany zapach wplątuje się w myśli, opada lekko jak płatki kwiatów na moje palce stukające w klawiaturę.
Piszę.


Nie ma znaczenia, że trafi to potem do szuflady. Dzieło Ludwika tęchło w skrzyni na strychu cały wiek. Wiedział, że tak będzie. A jednak pisał.

Jeśli robisz coś z miłości, nie zaszkodzi temu ani czas, ani ludzie, mól i rdza nie zeżre, ogień i woda będą bezradne.
Nasze zadanie to podejmować wszystko z miłości i nie martwić się co potem.
Jak róże wydają swój słodki zapach, nie pytając gdzie dotrze unoszony na falach wiatru.

 

niekochana Miłość

 

Naciskam ciężką klamkę. Poddaje się dopiero, gdy przyłożę do niej cały ciężar mego ciała. Szczęka zamek i wchodzimy.
Półmrok kościoła.
Za drzwiami otacza nas cisza i zupełny brak ludzi.
– Nikogo jeszcze nie ma – szepczę do Laurki i klękamy pod ścianą.
Córeczka patrzy urzeczona na olbrzymią przestrzeń tak zwykle wypełnioną ciżbą ludzką, a teraz – bez ludzi – wyolbrzymiałą w majestacie i ciszy.
Postanawia przejść się i popatrzeć na to wnętrze jakby nowymi oczyma. Zadziera głowę do góry, przesuwa wzrokiem po złotych ornamentach, idzie arkadą kolumn… W kierunku małych złotych drzwiczek w głębi prezbiterium.

*  *  *

– Już teraz wiem – mówi, gdy wychodzimy już po mszy i nabożeństwie w zimową noc świecącą lodem pod stopami – jak czuje się Jezus, gdy jest tam zupełnie sam, bez nikogo.
– A On przez większość dnia jest tam sam – dopowiadam.
– Tak – mówi smutno.




Z takich, właśnie z takich drgnień serca rodzi się miłość do Niego. A miłość jest już czymś więcej niż wiara.
Bo wierzyć w Niego to za mało.
Nawet szatani wierzą w Niego, lecz Go nie kochają.
A Jego trzeba kochać.

 

ogień

Czasem – zajęta różnymi sprawami – na długo zapomnę, by podkładać do pieca. I, gdy nagle przypomnę sobie o tym…
… ta chwila, ta sekunda tuż przed uchyleniem drzwiczek pieca, ta szalona nadzieja, że nie wygasło do końca, że nie jest jeszcze za późno, że tli się na dnie trochę żaru, z którego umiejętnie wykrzeszę nowy ogień.

Dla każdego z nas to będzie inna metafora. Jedni pomyślą teraz o swoim małżeństwie, o przyjaźniach, ludziach kiedyś bliskich, o swoim zdrowiu, firmie, niezrealizowanych marzeniach, pasjach gdzieś zgubionych…



Ja myślę o spowiedzi.
Gdy staję kratek konfesjonału cała wypalona, zwęglona, pusta… Ta chwila, gdy myślę panicznie : czy jeszcze jest szansa? czy nie wygasłam do końca? Gdy szukam w popiele ostatniej iskry.

Na wprost konfesjonału rozpostarte na krzyżu ciało, głowa opadła na prawe ramię jak we śnie, przebity bok…

On…
Zawsze rozdmuchuje ogień na nowo.
Dla Niego…
Nie ma słów: „za późno”.

Czyni wszystko nowe z jednej iskry żalu.
Z jednej mojej łzy zakrzepłej pod powieką wylewa strumień swych zmiłowań.

– Miej ufność – mówi cicho staruszek ksiądz.



Ta ulga, gdy zamykam ciężkie drzwiczki pieca,

gdy zamykam za sobą dębowe drzwi konfesjonału, a ogień huczy, tańczy, śpiewa.

 

 

szaliczek i kocyk

 

Życie sobie płynie i przynosi kolejne rzeczy, a odbiera te, które są już niepotrzebne lub zawadzają w drodze.
Ja – jak to ja – widzę ostro to wszystko, co dostaję, a nieco przymrużam oczy, gdy coś tracę. A z upływającym czasem zaczynam dostrzegać, że odebranie czegoś to też rodzaj daru.

Więc gdy kładę się na poduszkę po każdym bujnym dniu, w mojej głowie jak dzikie pnącza rosną modlitwy dziękczynienia i uwielbienia dla Tego, Który jest Dawcą wszystkiego we wszystkim. Oplatają moje myśli jak gałązki dzikiego wina i tak zasypiam cała opleciona. Nad ranem. Bo jestem nocnym markiem i zasypianie nie jest moją mocną stroną;)

Ale bezsenność też jest darem.



Ostatnio upatrzyłam w szmateksie ( w zasadzie głównie w tego typu sklepach ubieram i siebie i cała moją rodzinkę i nawet nasz dom; nie dlatego, że nas nie stać na drogie markowe sklepy, lecz dlatego, że szkoda naprawdę pieniędzy skoro piękne, oryginalne i solidne rzeczy można kupić za parę złotych) duży ciepły bladoróżowy szalik w kratkę. Spodobał mi się. Miał to coś, co od razu dostrzegam w przedmiotach, gdy na nie spojrzę. No ale tego właśnie dnia kosztował 8 zł. Trochę za drogo jak na szalik;)
Zostawiłam więc go i poszłam dalej. Ale oto wczoraj znów zajrzałam do sklepu, a w środy naprawdę warto, bo wszystko jest po 1zł 50 groszy. Wszystko: buty, torebki, płaszcze, kożuchy, pościel, koce, suknie…
I oto różowy szaliczek leżał i czekał na mnie w powabnej pozie.


„Skoro czekałeś, to cię wezmę” – pomyślałam i wrzuciłam do koszyka. Razem z małym słodkim kocykiem w babeczki.
„Kocyk dla przyszłej wnusi – postanowiłam – bo napewno kiedyś będę miała wnusię”.
A ksiądz właśnie na kazaniu mówił żeby myśleć perspektywicznie, z wyprzedzeniem parę lat do przodu:) Uśmiechnęłam się w duchu, bo różnie to jest z tym naszym planowaniem. No, ale ksiądz jeszcze młodziutki, ma prawo nie wiedzieć;)

I tak oto szaliczek uprany leży na łóżku, a kocyk pachnący świeżością powędrował do nowego pudełka w garderobie. Pudełko dziś właśnie zainaugurowało jako „Pudełko z rzeczami dla wnusiów”.
– Mamo, jesteś szalona – zaśmiała się Laurka, dotykając miękkiego kocyka na dnie tekturowego pudełka.
– No jestem, zawsze byłam, przecież wiesz – przyznałam się bez bicia.



I tak sobie myślę, patrząc na ten szalik i kocyk: są rzeczy, zdarzenia i miejsca, które po prostu na nas czekają cierpliwie, a my czekamy na nie. Zwykle jesteśmy mniej cierpliwi niż one, ale w końcu drogi się przecinają. I oto niespodziewanie mamy rodzinę, dom, dzieci, wnuki, talent do malowania obrazów, kocyk, filiżankę na kawę… I wszystko za darmo.

Trzeba tylko poczekać, a gdy przychodzi – przyjąć. Nie przegapić, nie wzbraniać się, nie unosić fałszywą skromnością.

Przyjąć.
I być wdzięcznym.
Otulać swoje życie wdzięcznością.



Bo nic nie musiało się zdarzyć, a zdarzyło się tak wiele, bo nic nie musiało przyjść, a oto jest, bo na nic nie zasłużyliśmy, a zostaliśmy obsypani złotem aż po czubek głowy.

 

fiołkowo

 

– I jak tam synu idzie ci socjologia? – pytam schodzącego z poddasza ciężkim krokiem starca po przejściach:)
Wiem, że przebywał tam w odosobnieniu ostatnie kilka godzin, ucząc się do poprawki swego ulubionego przedmiotu, jakże ściśle związanego z budownictwem:)
W odpowiedzi słyszę najpierw mało pochlebne uwagi w typowo męskim dialekcie:), a potem już bardziej zrozumiałe dla mych uszu:
– A weź, takie bzdety fiołkowym językiem pisane.
Przy frazie „fiołkowy język” mój potomek płci męskiej robi jakieś fikuśne gesty dłońmi, jakie zwykły czynić wróżki tuż przez rzuceniem zaklęcia.



Różnica niewielka w sumie między moim synem, a wróżką, bo zaklęcia też potrafi rzucać.
I to jakie;) Zaiste nie fiołkowe.
– I na co mi to? – deneruje się coraz bardziej – „preferencje żywieniowe Polaków”, „jedzą prosto acz różnorodnie”, „jak definiuje cię to, co jesz?”… – cytuje mi złote myśli z wykładu.

🙂
– Synu – wchodzę mu w słowo – na wszystkich kierunkach musi być taki „kwiatek”. – śmieję się – Na moich to była logika, metoda zero – jedynkowa, wrocławska i toruńska. A wykładowca przez półtora godziny z zamkniętymi oczami pisał szlaczki na tablicy. Ożywił się tylko raz w ciągu całego roku. – opowiadam – Gdy zobaczył ( nie wiem jakim cudem – bo wciąż miał zamknięte oczy) żywego szczura na ramieniu jednej ze studentek:)
Wtedy wpadł w furię.
Syn się śmieje.


Tak, studia są pełne kwiatków fiołkowym językiem pisanych;)
A Alusia właśnie przeszła obronną ręką starcie egzaminacyjne z postrachem jej wydziału, zwanym – nomen omen – „Kwiatkiem”.

„Sesję czas zacząć” – parafrazując Mickiewicza.
A my – rodzice obojga studentów – lewą ręką trzymamy kciuki, a w prawej obracamy koraliki różańca. O motywowaniu, podnoszeniu na duchu, gotowaniu jedzenia na wywóz – nie wspomnę;)





pierwszy płatek śniegu

Wszystko zaczyna się od jednego płatka śniegu. Frunie powoli w dół, waha się to w prawo, to w lewo. Jakby dopiero się decydował: czy spaść na ziemię czy wrócić spowrotem.
Potem długo, długo nic.
A niebo coraz bardziej gaśnie, do błękitu ktoś dodaje szarej farbki i miesza na palecie…
Chwilę potem pojawia się garść innych płatków. Wyglądają trochę jak stado małych muszek, które urządzają sobie gonitwy w przestworzach. Są maleńkie, ale dobrze je widzę na tle ciemnoszmaradowego tła sosen.
A potem czuję, że ktoś zaczyna
bełtać błękit także w mojej głowie, a mgła powoli osnuwa myśli.

I śnieg powoli zaczyna sypać.
Sennie osuwa się w dół coraz gęściej tkana biała firana. Czasem nagły podmuch podrywa jej brzeg  i ukazuje kawałek świata tuż za nią.
Siedzę na antresoli i patrzę na zimowy świat, w palcach obracam czerwone koraliki różańca. Obok mnie stary anioł, też z różańcem przewieszonym przez dłonie. Zapaliłam zieloną świeczkę.

Na dole moje córki oglądają drugą część Narnii. Nie, nie wyrosły z tego, co mnie bardzo cieszy. Choć prawie wszyscy ich rówieśnicy już dawno wyrośli. Mój syn zasnął na dywanie w salonie, potem ocknął się, przeszedł na nasze wielkie łoże, gdzie siostry urządziły swoje kino i teraz chrapaniem zagłusza im seans;)
Są oburzone.
Mąż gdzieś na podwórku i w warsztacie zanurzony w swych męskich zajęciach.
Koty próbują upolować słoninkę, którą zawiesiliśmy sikorkom, a sikorki jak ruchliwe szmaragdy siedzą na wszystkich gałązkach.

Co jest nadzwyczajnego w tym naszym zwyczajnym codziennym życiu, że o nim piszę?
Nic.
Jeśli ktoś tak pomyśli, nie pomyli się.
Zupełnie nic.
Jak w śniegu, który sypie zimą. Wszak to nic nowego.
Nic.
I jednocześnie wszystko jest w nim nadzwyczajne.
Jak w śniegu, który właśnie okrywa świat białą peleryną.

Wszystko zaczyna się od jednego płatka śniegu.
Wszystko zaczyna się od jednego uważnego spojrzenia. Potem drugie i trzecie, nieśmiała myśl kiełkująca w głowie, że „może to właśnie jest szczęście – takie zwyczajne nic”.

I – ani się obejrzysz – wszędzie jest biało i skrząco.

Wokół ciebie i w środku.

prezent

Ksawery wtacza się do domu, a w ręku dzierży wielgachną zlotą torbę prezentową.
– Mam coś dla was – krzyczy i pachnie wiatrem jednocześnie.
Tu znienacka odzywa się Laurka:
– Jak słodycze, to nie przyjmujemy ! – oświadcza stanowczo, podejrzliwie i z naganą patrząc na torbę.

O, błogi dniu, któregom nie oczekiwała w najśmielszych snach, gdy moje dziecię slodko – lubne wygłosiło takową sentencję mądrościową.
Aż dziw, że w Księdze Mądrości Syracha nie znalazły się te słowa;)

*  *  *

Na szczęście zlota torba nie była upchana słodyczami, lecz skrywała cud nad cudy i dziw na dziwy, jakie tylko w bajkach bywają.
To znaczy – fikuśny serwis kawowy, biały, zdobiony złotymi różami, z przykrywkami do czajniczków, jakich nie powstydziłyby się wieże katedry:)
Aż nam dech zaparlo i mowę odjęło. Oczywiście zanim wybuchnęliśmy śmiechem:)
– Dostałem to i do niczego mi nie pasuje – wyjąkał gość.
Nic dziwnego. Taki serwis to tylko do pałacu jaśnie cara w komplecie dodają. Razem z jajkiem faberge.

A – póki co – żadnego cara nie znamy.
Chyba że…

… tu pomysł zakiełkował mi w głowie.

– Wiem, wiem komu go damy!!! – wykrzyknęłam – Lena dostała podobne cudo na prezent ślubny od Babci Rubasznej, tylko tamte całe są złote i też z różami. Trzyma je w witrynce w salonie.
– No tak – przyznał Miś.
– A Lena ma niedługo urodziny – dodałam.
– O, to super – ucieszył się Ksawery i słychać było jak kamień spadł mu z serca i potoczył się pod naszą komodę;)
– Tylko nie zdziw się – mówię mu – jak za parę miesięcy ten prezent zrobi rundkę i wróci do ciebie. Nierozpakowany;)

*  *  *

W nocy.
– A ja chyba wiem od kogo on dostał ten serwis – nagle zagaduję mężulka – Pamiętasz? Jego bratanek niedawno się żenił. Mogę się założyć, że jakaś ciotka sprezentowała im to cudo w prezencie ślubnym. I pewnie – snuję dalej opowieść – włożyła do czajniczka na herbatę zwitek banknotów, a oni nie zajrzeli tam. Ksawery też nie zajrzał, bo nawet prezentu nie rozpakował…

Nie dokończyłam opowieści, bo oto mój mąż jak rączy jeleń wyskoczył spod kołdry i pobiegł do salonu. Podążyłam za nim krokiem osoby statecznej i z odpowiednią dozą ogłady, by nie biegać śród nocy w negliżu dla zwitka pieniędzy:)

I jak myślicie? Co znaleźliśmy w czajniku do herbaty lub cukiernicy ze złotą różą?

Białe dno i kupę śmiechu.

🙂

Życie jest przeurocze. Nie sądzicie?

Pewnie, że przydałby się nam plik pieniędzy, ale póki umiemy cieszyć się z pustego dna, wszystko z nami w porządku;) Przecież tak zaczęła się historia garnca pełnego złota, od pustego, dziurawego dna…

A Lena dostanie jeszcze słoneczny pejzażyk na ścianę;)

🙂