Wśród wielu relacji z wojny usłyszałam dziś głos pewnego polskiego zakonnika, który wraz ze swymi współbraćmi został tam, w morzu wojny, w środku obracanej w pył ukraińskiej ziemi. Żaden z nich nie ma pewności czy i oni wraz z tą ziemią nie obrócą się w proch.
Powiedział jednak, że w tym całym dramacie, potwornym krzyżu i cierpieniu widzą jak Duch Święty potężnie działa wśród ludzi. Że czują niemal namacalnie Jego potężne tchnienie w narodzie ukraińskim, który nie tylko walczy ofiarnie o wolność, ale też upada na kolana, modli się i nawraca.
” Niech zstąpi Duch Twój i odnowi ziemię.
Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!” – słyszę w sercu dudniący krzyk Jana Pawła II.

Moje serce truchleje, gdy myślę o tym, co dzieje się na tamtej ziemi, lecz gdzieś bardzo głęboko na jego dnie tli się ta prawda, że krzyż, zwłaszcza tak wielki, będzie zbawczy dla wielu. Dla setek, tysięcy, może milionów ludzi, którzy na powrót staną się ludźmi. I ocaleją na wieki.

I widać to już także w naszym narodzie. Chrystus, który jak silny korzeń przerósł na wskroś polską ziemię, wypuszcza zielone pędy i ujawnia się światu Jego świętość, dobroć i miłość w zwyczajnych czynach i słowach zwyczajnych ludzi.
Pomóc komuś w potrzebie, otrzeć łzy dziecku, opatulić zziębniętego kocem, dać nocleg, pościć i modlić się o pokój dla braci, kupić czego potrzebują, towarzyszyć w smutku…
Czyż nie o tym mówi dzisiejsza Ewangelia? Jestem głodny… jestem przybyszem, jestem nagi… jestem smutny… – szepcze dziś Jezus.
My widzimy tylko wojnę.
Takie są nasze ludzkie oczy. Malutkie i niewiele widzące jak oczy kreta, bo większość naszych dni spędziliśmy w mroku.
Ale Duch unosi się nad tym wszystkim, nad chaosem, śmiercią, ruiną, do której doprowadziliśmy świat.
Nie zostawił nas, nie porzucił. Działa z ogromną mocą i wieje kędy chce. I odnowi ziemię. Odnawia nasze serca, umysły, narody, rodziny, sumienia, wszystko.
Może my nie doczekamy nowej ziemi, bo „z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy”. Kapłan wszak przypomniał nam to kilka dni temu. Lecz jeśli na tym prochu, w który się rozsypiemy, zakwitną kiedyś ogrody, to warto.
Przyszłe pokolenia zatańczą wśród kwiatów.

Ci, którzy Panu ufają są jak góra Syjon, co się nigdy nie porusza, lecz trwa na zawsze.
( Psalm 125)

Powstaliśmy z prochu… a zarazem z Miłości, która chciała naszego istnienia. I dlatego naszym kresem nie jest proch…
Masz rację Alu. A i proch, który po nas zostanie też kiedyś przyoblecze się na powrót w ciało.